poniedziałek, 14 listopada 2016

Malarz Cz.1 - nieostatnia...

To opowiadanie miało być częścią dłuższego cyklu, a właściwie jest..., 
ale cykl rozrósł się już niemal w mikro powieść i dlatego postanowiłem 
skończyć ją i spróbować innej formy promocji swoich pomysłów, zwłaszcza, 
że to nie jedyny cykl, który się powoli rozrasta, a i ogólnie mam opowiadań 
około trzykroć więcej, niż dotąd opublikowałem. 
Dlatego na razie na blogu prezentowany będzie jedynie poniższy wstęp
do serii tekstów na temat...

*************************************************************

Naprawdę nie rozumiem, co mnie pchnęło do pisania pamiętnika.
Nigdy nie uważałem się za osobnika wybitnego, wiem też, że kilka..., istot...,
byłoby tej decyzji przeciwnych. 
Zresztą, pewnie i tak nikt mi nie uwierzy.
Lecz czuję niesprecyzowaną potrzebę by opisać moją małą, osobistą przygodę,
która z czasem przerodziła się w coś znacznie poważniejszego... 

Jako dzieciak i młodzieniec nie byłem zdecydowany, co też chcę w życiu robić.
Nie powiem, że nie miałem talentu, czy chęci do malowania i rysowania, lecz trudno
mi moje ówczesne bazgraniny uznać za coś, co realnie wpłynęło na mój ostateczny wybór
drogi życia - nie - tamto,było raczej tylko młodzieńczą zabawą...
Przełom nastąpił gdy byłem już po „szkole dla leśników”, z przeczuciem, że być leśniczym
to to, co chciałbym robić w życiu... Zacząłem nawet praktyki u miejscowego nadleśniczego.

Była bodajże sobota, mroźny jeszcze, marcowy poranek. Szedłem przez las sprawdzić stan 
paśników dla zwierząt, a przy okazji wypłoszyć ewentualnych kłusowników, przejrzeć okolice
w poszukiwaniu wnyków i potrzasków, które leśni przestępcy chętnie rozstawiają tam, gdzie
z pewnością mogą się spodziewać dużych ilości zwierzyny...

Pamiętam stupor w jaki wprawił mnie widok starcia, bez wątpienia ratującego mi życie.
Gdy obchodziłem trzeci paśnik i znalazłem już bodajże piąte wnyki, zaskoczyło mnie dwóch 
kłusowników. Obaj uzbrojeni w kałasznikowy - prawdopodobnie pamiętające czasy zimnej wojny,
nie wyglądali na zachwyconych moją ingerencją. Wycelowali broń, odbezpieczyli zgodnie, a ja już
żegnałem się z życiem. Byli zbyt blisko, a las jeszcze zbyt zimowo przejrzysty, żebym mógł uskoczyć
w bok, lub próbować ucieczki. Nie próbowałem ich też przekonywać - samo spojrzenie 
na zaciśnięte usta, zdecydowane ruchy, kaprawe ślepia, sino fioletowe nosy, czy wystającą
jednemu z kieszeni butlę denaturatu - przekonały nie, że nic nie poradzę. 
Zacząłem się chyba modlić.
Jednak nie zginąłem. Nie, nie jestem żadnym superbohaterem, nie unikam kul, ani nie zatrzymuję
ich jak Neo z Matrixa, nie stał się też żaden cud, ani przebłysk sumienia kłusowników... 
Po prostu strzały padły w bok gdy tylko ciszę poranka przeszył okropny wizg - gwizd 
przenikający na wskroś, wibrujący i niesamowicie wysoki. Kłusownicy musieli znać ten głos, 
choć mnie był całkiem obcy. Sekundę później dowiedziałem się, jakim - mimo studiów - byłem 
ignorantem...
Na kłusowników wyskoczył - zza niskich choinek z lewej - ogromny stwór. 
W pierwszej chwili myślałem, że to orzeł, ale nie, orły są ze trzy razy mniejsze, a rozpiętość 
skrzydeł chyba z pięć razy, poza tym nie miewają raczej grubo-futrzanych ciał kotów, 
pięciopalczastych iście kocich łap, czy łuskowatego ogona zakończonego czymś, 
co do złudzenia przypominało kolec jadowy skorpiona...
Stwór rzucił się na kłusowników, zupełnie ignorując ich uzbrojenie, poleciał z jednym tylko
machnięciem skrzydeł, szybko, długim, tygrysim skokiem dopadł pierwszego, szarpnął
przednią łapą aż krew ochlapała wszystko wokół, potem pochylił dziób i zmiażdżył mu szyję.
Drugi kłusownik próbował odskoczyć w bok i wycelować, ale nie zdążył!
Gryf - bo w końcu mój mózg zaskoczył - rzucił pierwszym kłusownikiem w drugiego,
przysiadł na nich i uderzył ogonem prosto w oczodół tego pod spodem.
Chciałem odwrócić wzrok, ale nie mogłem...
Gdy kolec z ogona gryfa wzniósł się znów do góry, spojrzał w końcu na mnie.
Zadrżałem.
Lecz stwór przeciągnął po mnie wzrokiem, po czym odwrócił się z godnością typową
tylko dla kotów... i odszedł. 
Chciał mi chyba pokazać, że nie dla mnie było to widowisko, ot, przypadkiem udało się 
przeżyć. Gdy już poczułem, że mogę się ruszać, tuż za mną strzeliła gałązka złamana czyjąś stopą.
Dziś myślę - umyślnie - bowiem istota, która wyszła wówczas zza moich pleców stąpała ze zbyt 
dużą gracją, by popełnić taki błąd. Rusałka, driada? - myślałem intensywnie bojąc się choć 
poruszyć - pamiętałem nad wyraz dokładnie o bliskiej obecności gryfa... 
Driada (wiem to dziś, mądrzejszy o wiele doświadczeń), podeszła do zabitych, przyjrzała się, 
potem odwróciła do mnie. Mimo strachu i mrozu czułem, że się zaczerwieniłem na twarzy - istota, 
choć wydawała się pokryta jakby kożuszkiem delikatnej, cieniutkiej sierści w barwie 
szaro-zielonkawej, była poza tym zupełnie naga. Niska, może z metr pięćdziesiąt wzrostu, 
proporcjami przypominała młodą, może 20-to letnią kobietę... Była piękna, bez dwóch zdań,
nie spotkałem dotąd tak ślicznej dziewczyny. Jej włosy równie delikatne jak sierść, miały barwę
trudnej do opisania - oliwkowej zieleni z nutą szarości. Oczy zaś miała bursztynowe, nie brązowe, 
ale właśnie jak jasny, złocisty bursztyn.
Podeszła do mnie z gracją, zupełnie bezgłośnie stąpając po ściółce. Stanęła na wyciągnięcie ręki, 
obejrzała mnie dokładnie, uśmiechnęła się, i odeszła, skąd przyszła.
Długo jeszcze stałem tam, marznąc, nie śmiejąc się odwrócić, aż do chwili gdy poczułem, że nie 
wytrzymam i chyba zaraz zamarznę. Odwróciłem się, rozejrzałem po lesie, przeszedłem po 
okolicy, ale nigdzie nie zauważyłem niczego dziwnego. 
W końcu usłyszałem kroki kilku ludzi, a nauczony doświadczeniem natychmiast ukryłem się w młode choinki, zza których poprzednio wyskoczył gryf. Tym razem byli to jednak - zdyszany i blady 
nadleśniczy i dwóch pracowników pobliskiego tartaku - on miał w ręku pistolet, oni siekiery. 
Zobaczyli zabitych kłusowników, nadleśniczy niemal zemdlał... Podeszli szybko, odwrócili
pierwszego, zobaczyli ciało pod spodem i miałem wrażenie, że wszyscy odetchnęli z ulgą. 
Wtedy dopiero wyszedłem zza choinek robiąc to na tyle głośno by nie było żadnych nerwowych
reakcji z ich strony... Głęboka ulga malująca się na twarzy szefa podziałała na mnie tak, że w końcu 
dotarło do mnie wszystko i... to ja zemdlałem.

Niemal dobę później oprzytomniałem w pobliskim szpitalu.
Nie było przy mnie nikogo... i dobrze.
Zanim przyszedł lekarz i policjantem zdążyłem sobie wszystko dobrze przemyśleć. 
Nawet nie próbowałem im tłumaczyć - co naprawdę zaszło w lesie - zasłoniłem się szokiem, 
amnezją. Lekarz patrzył z powątpiewaniem ale nie naciskał, policjant zaś chyba czuł ulgę,
że nie musi zadawać zbyt wielu pytań. Poszli sobie, a ja zasnąłem.

Po wyjściu ze szpitala wiedziałem tylko jedno - chciałem namalować driadę - istotę, którą spotkałem
w lesie. Najpierw myślałem - co prawda - by kupić aparat i poszukać tych istot osobiście, lecz 
zapał mój ostudziło wspomnienie ataku gryfa... Zamiast tego, zaraz po rezygnacji z praktyk 
w nadleśnictwie pojechałem do miasta wojewódzkiego i zapisałem się na kurs malarski, wybrany
pod kątem licznych zajęć z ludzkiej anatomii... Na studia malarskie nie miałem ochoty, czułem,
że nie są mi potrzebne, bo nie będę malował tematów tradycyjnych... Nie myślałem jeszcze wówczas
jak będę zarabiał, w tamtej chwili miałem kasy dość, plus spadek po babci - i kasę sporą i dom 
na wsi, pod lasem, blisko sporego jeziora, w tej chwili wynajmowany, ale już niedługo...

Koniec cz.1.



czwartek, 3 listopada 2016

Dom z ogrodem II

Tak, to oznacza rezygnację z cyklu o zombiakach, pewnie jeszcze do niego wrócę,
ale nie wiem czy na blogu. Zbyt łatwo było mi pisać - względem wcale nie lekkiego
 przecież tematu - z czasem mógłby się w ten cykl wkraść banał, chyba najgorsze,
co się może zdarzyć... 

Zatem tym razem wracam do groteski zmieszanej z czarnym humorem i...
czymś jeszcze...

Dom z ogrodem.


Na przedmieściach jednego z miast wojewódzkich, nieważne jakiego, na skraju osiedla,
przycupnięty pod starym sosnowym lasem, stoi sobie spory dom z ogrodem.
Spadzisty dach pokryty omszałą nieco czerwoną dachówką, miodowo szare ściany.
W oknach stare drewniane ramy i szyby, acz szyby błyszczą w słońcu, jakby dopiero
co umyte. Piękny przykład przedwojennej architektury, jedyny w okolicy tak stary dom,
a jednak wciąż przyzwoicie utrzymany - zwłaszcza, gdyby ktoś mógł zajrzeć za bujny
i wysoki żywopłot i obejrzeć wypielęgnowany ogród. 

Wprawdzie, nie polecałbym nikomu rozkopywać grządek, ale o tym później...

Zazwyczaj w południe i wieczorem z domu wychodzą czterej podstarzali panowie,
zasiadają w fotelach, grzeją się w słońcu, lub - w dni słotne - grają w karty pod altanką,
zimą zaś, lub w szczególnie chłodne dni, osobliwie, przynajmniej czterokrotnie
obchodzą ogród tuż pod żywopłotem. Dwie mieszkanki domu, posiwiałe starsze panie,
czasem tylko ujrzeć można, gdy przyglądają się światu z okien na piętrze.
Raczej nie wychodzą. Dopiero po zmroku pokazują się młodsi mieszkańcy, gdyby uważnie
obserwować cały teren, zauważyć można czterech eleganckich chłopaków w wieku na oko
lat 20, oraz dwie młodziutkie, wesołe panienki, razem, a tak, sześcioro. Co robią nocami
w altance, pisać nie będę, bo nie moja to sprawa, ani wasza, bez urazy, szanowni panowie
i szanowne panie, po prostu mi nie wypada...
Ale nikt postronny raczej tam nie zagląda, sąsiedzi wkładają korki w uszy i śpią smacznie.., 
lub słuchają i marzą, choć wiadomo, że młodym nie należy przeszkadzać, bo muszą
się wyszumieć. Choć, trzeba zaznaczyć, starsi mieszkańcy osiedla patrzą na to nieco inaczej.
Ci młodzi bowiem nigdy nie przekraczają granicy posesji, a poza tym, ile lat można mieć 20 lat? 
Bo chyba nie 20, 30, 40..., bez ustanku, bez końca, w ciąż tak samo wyglądać i mieć tyle
samo sił w nocnych sprawnościach? Tymczasem nocny rytuał w ogrodzie trwa zawsze,
może poza porą śniegów - w każdym razie - odkąd w latach 50 XX wieku powstało to osiedle. 
Lecz większość sąsiadów nie wnika w sprawy innych, mają swoje życie i problemy, poza tym... 
Miejskie legendy powstają łatwo, wystarczą dwie wścibskie rodziny, utrudniające życie
komu popadnie, które wkrótce po tym, gdy próbowały utrudnić je mieszkańcom starego domu,
cóż, znikali bez śladu...
Oczywiście osiedlowi intelektualiści i sceptycy sądzą, że po prostu się wyprowadzili, pewnie 
do centrum, do nowoczesnych blokowisk, gdzie o plotki i uprzykrzanie życia sąsiadom jest
o wiele łatwiej... Lecz są i ludzie obdarzeni sporą dozą wyobraźni, i ci nie kuszą losu
w miejscowym hipermarkecie zanotowano znaczący wzrost sprzedaży zatyczek do uszu,
zwłaszcza w porze letniej... 

Zazwyczaj z terenu posesji wychodzą tylko starsi panowie, tylko w dzień, po zakupy. 
Ta prosta czynność nieco oswaja mieszkańców dziwnego domu z okolicą. Są mili, nie milczą,
kłaniają się sąsiadom, wypytują nawet o życie, grzeczni, taktowni, widać po nich ludzi
starej daty. Jakiż to kontrast z młodzieżą, szalejącą po nocy. Zakupy robią proste, codzienne,
nic ekstrawaganckiego. 

Zanim przejdę do clou, warto zaznaczyć, że jest to najbezpieczniejsze osiedle w całym mieście,
a kto wie, czy i nie w kraju. Nie ma włamań, ani kradzieży, nie szwendają się po nocy grupki
rozwydrzonej młodzieży...

16.04.2016, dom z ogrodem, przedmieścia dużego miasta, nieważne którego...
godzina 00:05. 

Przez pogrążone w sennej ciszy osiedle przejeżdża po cichu miniwan, spory - czarny lakier
błyszczy czystością w świetle pojedynczych, z rzadka poustawianych ulicznych latarni. 
Samochód podjeżdża do starego domu, a potem, zwalniając jeszcze kawałek, wgłąb lasu...
Światła gasną po chwili - nie wiadomo - wjechał głębiej w las, czy też je zgasił po prostu.
Wkrótce okazuje się, że to drugie - z lasu wychodzi grupa pięciu barczystych, niewysokich
mężczyzn. Odziani szczelnie na czarno, pierwszy ma w rękach spory sekator, innym
u kabur pobłyskują pistolety, zza pasa wystają rękojeści noży...
Raczej trudno uznać ich za spóźnionych gości, lub zabłąkaną młodzież pragnącą spytać
o drogę... Nie, to znana w kraju i od lat bezskutecznie ścigana grupa ludzi od wszelkiej,
w tym mokrej roboty, i właśnie dopiero co dostali zlecenie - trzeba "odwiedzić" najstarszy
dom w okolicy, "grzecznie" zapytać o fundusze na dalszą działalność i dla zleceniodawcy,
oraz w miarę możliwości "pozbyć się" mieszkańców. Już za dnia, przechodząc niby spacerkiem,
jeden z rzezimieszków wypytał w okolicy o dom i mieszkańców, wiedzieli zatem, że to tylko
 sześcioro starszych ludzi - błahostka - dla ich zgranej ekipy... 

Podchodzą po cichu do żywopłotu, pierwszy sprawnie wycina w nim dziurę, po kolei
wchodzą na posesję. Gęsiego podchodzą do drzwi, starannie rozglądając się na boki.
Wyłamują zamek, przekraczają próg, znikają we wnętrzu.

Przez jakieś 10 minut nic nie słychać. Potem coś szura, trzeszczy, słychać szybkie kroki,
jakiś cichy jęk, potem przerywany w pół okropny krzyk, charczenie...
Dla odmiany słychać teraz dziwne mlaskanie i siorbanie, przeciąganie ciężkich obiektów
po podłodze drewnianej... Następnie, przez dwie, może trzy minuty coś świszczy
złowieszczo i stuka, wypisz wymaluj, jak w rzeźni, gdy tasaki oddzielają połcie mięsa od kości... 

W starym domu nie zapaliło się dotąd żadne światło, nikt nie wychodzi przez uchylone wciąż
drzwi, nic nie słychać. Mija kwadrans w absolutnej ciszy. Potem z domu wychodzi dwójka
młodzieńców, szybko zbiegają po schodkach, pędem doskakują do żywopłotu, przechodzą
przez dziurę i biegną w stronę samochodu ukrytego w lesie. Słychać odpalany silnik, potem
samochód wjeżdża głębiej w las...
Mniej więcej dziesięć minut później - z lasu wychodzi dwóch posiwiałych starszych panów, 
wypisz wymaluj codzienni mieszkańcy domu... Zasapani, możliwie szybko przekraczają dziurę 
w żywopłocie, po czym maskują ją od wewnątrz... Od płotu odrywają się już jednak dwaj
młodzieńcy i sprawnie podchodzą do domu.
Grozę sytuacji niech podkreśli fakt, że zarówno widziani dotąd młodzieńcy, jak i staruszkowie,
przez cały czas byli nadzy... 
Stając w świetle księżyca słyszą płynące z głębi domu, przeciągłe, dziwne zawołanie, wchodzą
by po chwili wyjść gęsiego - już w sześcioro.
Kobiety niosą latarki i łopaty, panowie ciągną za sobą kilka wypchanych dziwnie, wielkich,
czarnych worków.rozkopują grządki jeszcze nie obsiane, wrzucają do dołów mokrą dziwnie
mieszaninę kości i mięsa, zakopują je i formują śliczne dołki, do których jedna z kobiet wsypuje
nasiona dyni, cukinii i kabaczków. Podczas wszystkich tych czynności cała szóstka jest naga,
ale cóż, co kraj to obyczaj, nie ma sensu wnikać w nieistotne szczegóły...
Po wykonaniu zadania, w świetle latarek oglądają rozkopaną ziemię, wkrótce jeden z panów
zauważa kawałek piszczeli, drugi fragment czaszki, na oko, należących do osobników gatunku
homo sapiens, kości zakopują pod żywopłotem, po czym, jak przyszli - gęsiego i po cichu
udają się do domu...

Tuż przed progiem, ostatnia w rzędzie, niewysoka dziewczyna obraca twarz ku tarczy księżyca, 
gdyby ktoś mógł teraz zajrzeć w to oblicze...

Czarne oczy bez białek, tęczówek i źrenic, duże jak w japońskich kreskówkach, elfia twarz,
blada, napięta, wokół ust - karminowo czerwonych i ponętnie grubych - ciężko osiadło kilka
gęstych, prawie czarnych już kropel krwi...
Kobieta odwraca się i przekracza próg, drzwi zamykają się za nią, cisza. 

Ogród tego lata zakwitnie wspaniale, zwłaszcza, że to nie ostatnia partia nawozu, którą
mieszkańcy domu użyźnią czarną, pulchną wciąż glebę..., nie ostatnia, nie pierwsza,
nie tysięczna jeszcze, ale niewiele brakuje...

Tak to bywa, w najbezpieczniejszym osiedlu w kraju...




czwartek, 20 października 2016

Zombiaki po polsku - Epizod III



Epizod 3

Wynalazca II - Dziwne dni...”

Obudziłem się w środku dnia - słońce stało w zenicie, w zamkniętym szczenie pokoju było nieznośnie duszno. Wstałem i otworzyłem okna, ale nie przyniosło mi to ukojenia, wręcz odwrotnie... Zapach powietrza był przerażający - mieszanina spalenizny i zgnilizny, tylko raz czułem coś tak okropnego - gdy byłem u rodziny na wsi, obok fermy lisów, a właściwie miejsca, gdzie „utylizowano” szczątki wcześniej oskórowanych zwierząt. Łzy zakręciły się pod powiekami, nos zaprotestował, i gardło...
- Duszno - kha, khhe, khhe, akha kha... - oczy szczypią, dziwnie zimno, wieje, ale i tak śmierdzi...
Dopiero po chwili mózg się przyzwyczaja, znam to, czytałem o tym, ale to, że mniej czuję wcale mi nie pomaga, bo w końcu kojarzę zapach z wczorajszymi rewelacjami z mediów, z wybuchami...
- O kurde, to pewnie spaleni sztywni - gadam na głos, jak Piotrek...
Przymykam okno, zapalam TV, kanałów o połowę ubyło od wczorajszego dnia... Na dodatek większość pokazuje stare filmy, tu komedie, tak akcję, tu SF..., jest nawet kanał z horrorami. Tylko trzy stacje nadają normalnie - TVP1, BBC, oraz główna stacja pro rządowa w Rosji... Nie jest dobrze. Cop ja gadam, mamy przesrane. Zombiaki krążą po ulicach w zatrważających ilościach, ludzie siedzą zamknięci gdzie się da, ale rozpacz zbiera żniwo - zawały, wylewy - u ludzi, których nie ma kto ratować, głód sprawił, że gdzieniegdzie ludzie próbowali wyjść, ponoć nigdzie nie dali rady, albo zombiaki wdzierały się do środka, albo grupki odważnych nie wróciły... Do tego samobójstwa, gdzie się dało, najbardziej wrażliwi szli na najwyższe piętra i... Rosyjska stacja podawała wprawdzie, że wojsko radzi sobie i powoli zdobywa co większe miasta, a wkrótce ogłosi się wolne strefy, ale jakoś nie widziałem przekonania i radości na twarzy dziennikarza, podejrzewałem zatem, że prędzej rząd siedzi w bunkrze przeciwatomowym, a redakcja TV jest otoczona tłumami sztywnych... BBC odwrotnie, pokazywali jak jest do bólu, bez cenzury. Walki niemal ustały, wysłane oddziały wojskowe albo same były w oblężeniu, albo nie dawały znaku życia, za to wśród zombiaków dało się zauważyć więcej mundurowych... Trochę się temu dziwiłem, w końcu były te wszystkie karabiny maszynowe, śmigłowce szturmowe..., bomby kasetonowe, czemu nie skorzystano z nich? Co się do cholery stało, że uziemiono większą część sił zbrojnych? Nawet jeśli media coś wiedziały, wolały epatować koszmarem... To tym bardziej niepokoiło, ale cóż poradzić, skoro nie pokazano dotąd żadnej bazy wojskowej? Eksperci, wczoraj będący jeszcze „ekspertami”..., dawali z siebie wszystko. Radzili co i jak, wymyślali niedorzeczne sposoby obrony, lub zalecali czekać na ratunek, choć wciąż nie było żadnych informacji, co by to mogło być... Ale zbadano w miarę możliwości i czasu czynnik chorobotwórczy, tu mieliśmy prawdziwą bombę..., to nie były, jak wcześniej sądzono, żadne bakterie, ale mikro-boty, sztuczne twory, których centrum zarządzania miało sztuczny charakter, przypominając raczej nano-układ scalony, zbudowany z atomów i cząsteczek organicznych... Najwyższa szkoła jazdy, jak wyjaśnił jeden z czołowych amerykańskich biocybernetyków. Oni ( Amerykanie ) dopiero zaczęli próby nad tego typu maszynami, poziom, o którym mowa uważali jeszcze za znany jedynie z powieści SF... Zastanowiłem się - skoro czołowi naukowcy świata uważali ten czynnik za niemożliwy do wytworzenia na dzień dzisiejszy, to kto do cholery to stworzył? Jakiś pierdzielony szalony geniusz? A może obcy, ludzie z przyszłości? Co by nie powiedzieć, powiało grozą, bo skoro to sztuczny twór, prawdopodobnie nie znajdą na niego lekarstwa..., w każdym razie nie szybko. Po prostu trzeba unikać zarażenia..., po prostu...
No nic - pomyślałem - czas wyjść na pierwszy rekonesans - wyłączyłem TV i poszedłem do moich zabawek, całe szczęście, że je uprzednio tak dobrze przygotowałem... Najpierw jednak, tknięty przeczuciem poszedłem do kuchni - woda jeszcze była, choć tylko zimna..., lodówka? No tak, nie ma prądu, sprawdziłem jeszcze światło, to samo. Ale mam generator, mam świece, co mi tam. Z drugiej strony, wiem już czego nie powinienem brać ze sklepu, o ile tylko do niego dotrę... Uświadomiłem sobie jeszcze, że w mediach naszych ani innych nie było nic o nalotach, a przecież sobie tego nie wymyśliłem..., co się dzieje, do cholery... Jednak nie miałem ochoty kolejnego dnia spędzać na oglądaniu TV. Czasem cieszyłem się, jak teraz, że mieszkam sam... Zamykam lodówkę wyjmując z niej jeszcze chłodną zgrzewkę piwa i wracam do pracowni... Wiem, zapewne jestem w szoku, ten kompletny obłęd powinien mnie zaboleć bardziej, ale nie boli, może nie teraz, a może w końcu dotarło do mnie, że dawne życie się skończyło? Poczekamy, zobaczymy... Wyszukałem pojemny i wygodny plecak, torbę na łuk i pochwę, zdolną pomieścić kilka „gadżetów” do obrony... Przebrałem się w pancerz własnej produkcji, założyłem hełm, do plecaka włożyłem kolka bajerów, w tym kupiony ledwie rok temu noktowizor, do kołczanu zapakowałem zapasowe bełty i strzały..., złożony łuk. Do pochwy zapakowałem składaną dzidę i jeden z mieczy..., do ręki wziąłem tylko sportową kuszę. To powinno wystarczyć. Choć nic nie słyszę, choć mało prawdopodobne jest spotkanie żołnierzy, nie mogę tego wykluczyć. A że zombiaki są ślepe, jaskrawy strój mi nie zaszkodzi - teraz nie uważam za głupotę, wczorajszej decyzji o pokryciu pancerza i tyłu hełmu farbą w sprayu - na żółto i na fluorescencyjną zieleń... Do plecaka wkładam jeszcze nieco wody i parę gotowych kanapek, może nie są najzdrowsze, ale jakoś mało mnie to obchodzi...
Czas iść.
Ostrożnie i cicho otwieram drzwi wejściowe.
Na moim poziomie nikogo, na korytarzu cisza, wsłuchuję się w nią kilka minut..., potem zamykam drzwi, i idę po cichutku w dół... Cisza, pusto, sprawdzam kolejne drzwi na mijanych piętrach, zamknięte - albo ludzi nie było w doku, albo są ale się boją, albo też nie wiedzą już, jak je otworzyć... Na zewnątrz też cisza, dziwna, nawet ptaki nie kwilą, jak by wszystkie uciekły z miasta... Dosłownie głucha cisza, co mnie przeraża bardziej, niż wszystko co dotąd widziałem w mediach - raz, bo jest środek wiosennego dnia, dwa, bo zombiaki ponoć świetnie słyszą... Ciekawe, czy to wynik programu tych mikro-botów, czy jakaś aberracja ewolucji? Postanawiam najpierw pójść na rynek, muszę zobaczyć czego dotyczył nalot...
Idę..., to ledwie dwie przecznice, dobrze znam rozkład ulic, wiem przez które podwórko teoretycznie da się przedrzeć do mnie... Słabe pocieszenie, ale zawsze...
Idę - powoli, po cichu, rozglądając się wokół, w miarę możliwości środkiem drogi..., w survivalu jedną z rzeczy, które poznajesz, to że lepiej zwracać uwagę na ewentualne pułapki - a tak postrzegałem teraz zaułki i wyloty bram domów... W końcu, zestresowany, dochodzę do rynku i przez chwilę nie wiem, na co patrzę. Opuszczam rękę z kuszą, rozdziawiam usta... Dopiero teraz widzę do czego strzelał pilot..., wokół leży masa szczątków... To musiał być prawdziwy tłum... Zapewne wielu z tych ludzi znałem, zanim zamienili się e te..., o tym też muszę pamiętać, jeśli zobaczę np. kroczącego sztywno Piotrka, albo Kasię, to niestety, ale muszę im strzelić w łeb... Wzdragam się, dreszcz przebiega po ciele, ale zmuszam się do podniesienia kuszy i obejścia rynku dookoła...
Idę.
Powoli, po cichu, między gruzami, w świecie spowitym ni to mgłą, ni to kurzawą z pyłu, przestępując szczątki... Idę. Dopiero po około pięciu minutach, stwierdzam, że doszedłem już do wylotu ulicy, którą tu dotarłem... Ciągle niczego nie słyszę, żadnego zombiaka, żadnych krzyków, nic. Był taki film, „Jestem legendą” chyba, gość był sam i walczył z potworami..., ale miał przynajmniej psa, poza tym był chyba lekarzem, badał potwory..., ja tam o żadnego nie będę się zbliżał, zresztą po co, co może zbadać grafik-wynalazca? Gówno. No, i tego muszę się trzymać.
Wracam do domu..., ale nie zaszedłem daleko, ledwie przecznicę dalej usłyszałem jakieś charczenie i szuranie... Nie myśląc wiele chowam się w sieni najbliższego domu, oczywiście sprawdziwszy, czy tam..., ale jest pusto. Na wszelki wypadek wchodzę piętro wyżej..., potem znów, sprawdzam drzwi, zamknięte, nikogo. Schodzę na półpiętro i patrzę w dół.
- Kurwa - szepczę z przejęciem - sztywni... - nieruchomieję.
Szlo ich ulicą z sześciu, sześcioro, właściwe. Dwie kobiety i czterech facetów, raczej podstarzali, szli powoli w kierunku rynku, zapewne przyciągnął ich zapach... Gdy przeszli tak, że straciłem ich z oczu, poczekawszy jeszcze minutę, wychodzę. Na progu rozglądam się ostrożnie, już ich nie widać, musieli wejść za róg, albo doszli do rynku... i gdzieś zboczyli... Nic nie słyszę, ale idę teraz znacznie ostrożniej... Do domu dochodzę zlany zimnym potem, słaby..., czuję, że muszę się napić. Rozbieram się, przebieram w suche ubranie, bo przeziębienie nie byłoby najlepszym pomysłem..., potem robię sobie kilka drinków - dwa wypijam duszkiem, trzeci biorę do łóżka, na dziś mam dość..., nawet nie wiem, kiedy zasypiam i już, cisza.

Tym razem obudziłem się w nocy, no, nad ranem, przez chwilę nie wiem gdzie jestem, mam wrażenie, że muszę iść do pracy, dopiero po minucie dociera do mnie, że nie, już nie muszę...
Wstaję z ociąganiem, dopijam drink, robię sobie kolejny, muszę uważać wiem, że alkohol otępia, ale trochę po prostu potrzebuję... Wczorajsze „spotkanie” z zombiakami uświadamia mi, że żaden ze mnie bohater, że nie będzie łatwego celowania, że... Sześciu sztywnych, gdybym ich spotkał bez ostrzeżenia, blisko..., nie wiem czy byłbym w stanie zareagować właściwe. Podchodzę do okna, tak, widzę dwóch, idą zataczając się, na pewno sztywni, bo jeden nie ma ręki... Odruchowo cofam się o krok od okna, mimo że rozsądek podpowiada, że mnie nie widzą..., że w ogóle nie widzą. A jednak nie mogę przezwyciężyć odruchu. Oj, zabawy w żołnierzy jednak nie przygotowały mnie do sytuacji, tak jak sądziłem. Oj nie. Idę coś zjeść... zupka z puszki, chrupiący chlebek orkiszowy, jogurt owocowy i szklanka soku. Tak, było mi to potrzebne. Jeszcze rozpuszczalna witamina c i do roboty... Ubieram się, ale tym razem rozkładam zawczasu dzidę, a odkładam kuszę. Biorę za to kupiony kiedyś ( na czarnym rynku ) ak-47, plus dwa magazynki. Mam jeszcze cztery w zapasie. Lepiej narobić hałasu i musieć szybko spieprzać po rozwaleniu kilku sztywnych, niż narażać się na zbędne niebezpieczeństwo..., poza tym broń palna pozwala strzelać także szybko się wycofując...
Wychodzę swobodniej, w końcu zamknąłem drzwi wejściowe, a zombiaki nie były ponoć na tyle inteligentne, żeby radzić sobie z zamkami... Tak, na razie cisza i spokój. Wychodzę na zewnątrz, nadal cisza, nikogo w pobliżu, tamtych dwóch musiało pójść gdzieś dalej i bardzo dobrze, nie maiłem najmniejszej ochoty ich spotykać... Tym razem idę do sklepu. To tylko jakieś 300 metrów.
Gdy zbliżyłem się już do pobliskiego sklepu, widzę jak wygląda całe osiedle. Cisza, nikogo, tu i tam coś się pali, tu i tam stoją jakieś rozbite, jak i całe samochody. Nie mam prawka, ale może jednak będzie trzeba spróbować..., chyba, że spotkam kogoś, kto potrafi... Na razie nie zaprzątam sobie tym głowy. Najważniejsze, że wciąż nie widzę żadnego zombiaka... Wchodzę do sklepu z ręką na kolbie kałacha... Niepotrzebnie, nikogo. No to zamykam drzwi, klamkę wzmacniam podstawiając pod nią dzidę, z kałachem obchodzę sklep i zaplecze. Pusto. No to do roboty, odkładam broń, plecak otwieram... Znajduję całkiem sporo produktów, przede wszystkim wodę i soki, trochę słodyczy, płatków, długoterminowych wędlin i itp. Zabieram ile mogę i wracam. Jutro będzie trzeba zrobić dłuższy spacer, ale teraz..., teraz rozlokuję zapasy, zamknę się na 4 spusty i posłucham, co tam w eterze..., może sieć działa..., informacje to w tej chwili bardzo ważna sprawa...
Jednak nie uda mi się wejść do domu bezproblemowo. Tuż pod klatką stoi sztywniak, a właściwie sztywniaczka... Musiała być piękna, ale..., nie daję się zwieść jak ludzie w filmach, przekładam kałacha na plecy, bo głupotą byłoby robić raban tuż koło swojego domu... Zatem, pierwsze koty za płoty. Drżącą mimo tych myśli ręką sięgam do kołczana, wyjmuję łuk, rozkładam możliwe najciszej, wyjmuję strzałę - wszystko powoli metodycznie, bo nie powinienem chybić... Naciągam cięciwę, zwalniam ją na wydechu, jak na szkoleniu. Strzała mknie, ale mnie się wydaje, że czas zwolnił, że widzę jej lot. Trafiłem. Sztywniaczka osuwa się na ścianę i pada bezwładnie. Strzała wystaje jej ze skroni, trafienie na piątkę... Ja jednak drżę cały i nie mam siły się cieszyć. Po pierwsze, to był, kiedyś to był człowiek, piękna młoda kobietka, po drugie boję się, że hałas, choć znikomy, jednak mógł zwrócić uwagę innych. Powoli składam łuk, rozglądam się co i rusz, biorę w rękę dzidę i idę ku klatce schodowej. Nagle staję jak wryty, za drzwiami widzę twarz. Odruchowo sięgam do kałacha, ale kobieta macha do mnie, widzę strach w oczach. Zombiaki nie czują, nie reagują strachem... Przekładam broń za plecy, i widzę ulgę w obliczu za drzwiami... i dopiero teraz rozpoznaję tę twarz, to Kasia! Koleżanka z pracy...

C.D.N.

Zombi po polsku - epizod II


Epizod II

"Wynalazca I"

Obudziłem się koło 10, chwilę przestraszony że tak późno..., szybko uświadomiłem sobie, że przecież sobota, mogę spać ile chcę... Dziwnie byłem rześki, biorąc pod uwagę, że cały poprzedni dzień i noc popijałem jakieś alkohole. Co innego Piotrek, ten się spił w trzy dupy. Niby dwa lata już opowiada, jaki to teraz jest szczęśliwy, jak mu dobrze samemu..., choć było widać, że tęskni za swoją byłą..., prędzej czy później wpadnie w alkoholizm..., a pić nie umie, głąb jeden, szkoda by było - był dla mnie niemal jak młodszy brat. Razem w firmie od dekady, wiele wieczorów przegadanych, nie byliśmy może przyjaciółmi, ale... Ale korzystał - podpowiedziałem mu nawet jakie wybrać mieszkanie żeby było w miarę bezpiecznie - sam też mieszkałem na 4 piętrze w bloku, też miałem drzwi - „antywłamaniówki”, a choć nie było mnie stać na drugie mieszkanie obok, sprawa rozwiązała się niejako sama, od lat lokal stał pusty... Ja z kolei byłem zadeklarowanym singlem, bez bliskiej rodziny, bez pseudo przyjaciół, bez kobity, byłem samowystarczalny i mogłem robić to co chciałem, tak jak chciałem..., a pracę po prostu lubiłem - idealny układ, jak dla mnie. Wstałem i poszedłem zrobić sobie herbatę - zawsze piłem czarną, mocną, bez zbędnych dodatków. Po herbacie i śniadanku włączyłem radio, trzeba posłuchać co tam panie w polityce... Mniej więcej po 10 minutach zdobyłem się na wyłączenie radia i podszedłem do okna. Nic, nikogo, cicho jak na sobotę, ale... Wróciłem do kuchni, wyłączyłem radio, potem podreptałem do salonu i włączyłem TV. Lecąc po kanałach szybko odkryłem, że mam tylko z 20 informacyjnych, reszta nie działa. Wczoraj, szczerze to nie oglądałem więc teraz trudno było mi ocenić, odkąd świat zaczął się przewracać... Pomyślałem, że przynajmniej w jednym miałem szczęście - mieszkałem blisko knajpy, więc nie łaziłem po nocy, ale Piotrek... Zresztą, jeśli tylko przeżył, na razie jest bezpieczny, ale zadzwonię..., nie kurde, nie zadzwonię, sygnału brak. Wziąłem komcię, ale też brak zasięgu, akurat, tu go nigdy nie brakowało, znaczy się, już zablokowali... No nic, wyślę mu maila, jeśli prąd będzie...
Zombi..., o kurde, a sądziłem dotąd, że to tylko bajki dla dzieci, owszem, liczyłem się z zielonymi ludzikami zza wschodniej granicy, albo nawet z takimi z innego świata, może z kataklizmem, jakimś super wulkanem, rozbłyskiem na słońcu, który może załatwić elektronikę i spowodować wywrócenie się cywilizacji na lewą stronę..., może światowy terroryzm, ale żeby takie coś? Matko z córką, co za popierdzielona sytuacja... Oglądając TV nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że to jakiś chory żart - od razu zwróciło moją uwagę, że zombiaki pojawiły się jakby nagle, z 17 na 18 kwietnia, w dużej ilości, na dodatek głównie w dużych i średnich miastach, zawsze blisko centrum... Oczywiście infekcja mogła trwać kilka dni rozwijając się w postępie kwadratowym, a biorąc pod uwagę jak szybko zagryzieni stawali się potworami... Ale to i tak pozostawało dziwne - że tylko w dużych skupiskach i to na całym świecie..., nie wyglądało mi to, na działanie natury... Przebieg walk z sztywniakami był całkiem podobny jak na filmach, choć znacznie więcej ludzi ukryło się wszędzie, gdzie to było możliwe, znacznie mniej z nich wniosło też zarazę do wnętrz..., zresztą, w dobie mediów społecznościowych w ciągu dwóch godzin ludzie zorientowali się, że pogryzionych lub umierających z niewiadomych przyczyn trzeba jak najszybciej izolować, lub po prostu..., uśmiercać - niszcząc ośrodkowy układ nerwowy... Tacy już nie wstawali. Co ciekawe, w Polsce, w Rosji i chyba w Niemczech, pojawili się obrońcy używający średniowiecznych rodzajów uzbrojenia, albo strzelb wojskowych z bagnetami, ba, gdzieniegdzie do boju skierowano wojsko..., ale... mimo wszystko, wieczorem niemal wszyscy nie zamknięci w bezpiecznych miejscach, byli albo ostatecznie martwi, albo łazili sztywno i szukali zdrowych... Ależ tempo - pomyślałem - tak, jak by to była zaplanowana akcja, jacyś bioterroryzm, a może obcy, cholera wie, ale nie opuszczała mnie myśl, że to jednak nie był zbieg okoliczności... Poczułem, że muszę się napić. Nie lubię pić sam w domu, ale..., poszedłem do kuchni i przyrządziłem sobie drinka - 1/3 soku z pomarańczy 1/3 coli i 1/3 czystej wódeczki...Głodu jakoś nie czułem..., zjem sobie później, może śniadanie dopiero, o ile oczywiście pożyję odpowiednio długo - pomyślałem - uświadamiając sobie z całą zgrozą wszystko, czego tak real byłem świadkiem... I co nas czeka? Albo wojsko i ludzie opanują sytuację, na co raczej nie wyglądało, albo mamy właśnie szybciutki upadek cywilizacji, upadek wszelkich norm..., zatem nie tylko zombiaków będzie się trzeba obawiać... Co do tego ostatniego nie miałem najmniejszych wątpliwości - tyle lat w survivalu - nie, nie ma tak dobrze, i nie będzie... Zresztą, jeśli za plagę odpowiadają jacyś terroryści... Znów włączyłem TV - ale ledwie pół godziny przekonało mnie, że wiele się nie zmieniło, choć gdzieniegdzie zaczęto konkretne walki - armia - a zombiaki, gdzieniegdzie nawet udawało się zdobyć jakieś przyczółki, jednak w innych miejscach szły ulicami takie tłumy martwych, że... Więcej było tylko w studiach różnych „ekspertów”, no bo ani nikt tego nie przewidział, ani nie było planów przeciwdziałania, a teorie, które niektórzy wymyślali..., ech, szkoda gadać. Wyłączyłem telewizor przekonany, że muszę się zająć czymś pożytecznym, siedzenie i gapienie się, w tej sytuacji nie rokuje dobrze dla mózgownicy... Poszedłem do większego pokoju - dawno już zamienionego w pracownię wynalazcy. Dla zabicia czasu od lat, właściwe niemal od dzieciństwa, bawiłem się z różnymi wynalazkami... Praca grafika / informatyka w miejscowym wydawnictwie nie była może szczególnie ekskluzywna, ale na skromne dość życie singla i eksperymenty wystarczała aż nadto. No cóż, tak czy siak, praca, zdaje się, odeszła w siną dal. Problem czynszów też raczej znikł... Problemem mógł się okazać natomiast brak prądu, żarcia i wody, bo choć teraz jeszcze wszystko działało, sytuacja w telefonią dawała znać, że jednak nie wszystko gra... Głupotą byłoby wierzyć, że prąd będzie dłużej niż kilka dni, no może tydzień..., podobnie woda. W tym jednym przypadku, mieszkanie na 4 piętrze miało swoje minusy... Prąd to jednak rzecz trzeciorzędna - miałem jednak swój mały generator i dość paliwa na miesiąc - oczywiście przy oszczędnym używaniu. Co do wody, zacząłem od nalewania jej do wszystkich butelek, pojemników i garnków, poza tym miałem trochę zapasów mineralnej dobrych gatunków, ale taką wodę lepiej zatrzymać na lepszą okazję... Żarcia miałem też sporo, dużo zresztą wszelkich długoterminowych konserw, czy żywności suszonej, batonów energetycznych i itp., zatem tym się na razie nie martwiłem. No dobra, ale mimo wszystko warto byłoby zaopatrzyć się lepiej, a poza tym i tak i tak będę musiał w końcu wyjść z domu...
A zombiaki?
Co wiedziałem z TV i sieci?
Zombiaki musiały by mnie pogryźć, lub solidnie opluć, żeby zarazić. Na zarazę nie ma lekarstwa, infekcja zmienia w zombiaka w kilka godzin, więc po ugryzieniu lub zapluciu - dupa blada. Zobmiaki chodzą dość sztywno, nieporadnie, niebezpieczne są tylko w grupie, bo w pojedynkę łatwo je załatwić albo przewrócić i dopiero zaciukać, a grupie zazwyczaj da się uciec. Teoretycznie. Jak widziałem w TV, zombiaki nie miały większej siły niż zdrowi ludzie, ale byli całkiem skuteczni wobec spanikowanych ludzi, zwłaszcza staruszków, kobiet i dzieci… Zabicie zombiaka nie było tak trudne jak na filmach, lecz czy ja kiedyś - poza symulacjami i zabawami w strzelanie farbą..., zabiłem coś większego niż karpia na święta? Właśnie... No cóż, będę musiał przejść ekspresowy kurs ukatrupiania większych stworzeń, lub prędko stanę się jednym z nich... Zacząłem przetrząsać moją graciarnię, wyjmować projekty, przeglądać narzędzia, stroje, itp. Nie udało mi się skonstruować całkowicie kuloodpornego pancerza dla służb porządkowych, ale skoro napastnicy raczej nie używali broni palnej… Ha, ale nadawał się teraz, aż nadto - pancerz z wielowarstwowej tkaniny i tworzyw sztucznych był gotowy, robiony na miarę, dość lekki, na pewno wezmę go na pierwszy rekonesans. Poza tym wypustki na naramiennikach, kołnierz, i hełm trochę podobny do dawnych chroniły kark i szyję - szczególnie od tyłu i z boków. Na twarz nałożę przejrzystą przyłbicę, wzorowaną kształtem na średniowiecznych hełmach, oraz - pod nią, moją maskę z filtrami przeciwpyłowymi, bprzeciw-bakteryjnymi, wyłapującymi też płyny, aerozole..., nałożę ze dwie pary, plus osłonka z tworzywa, powinny razem ochronić mnie także przed opluciem... Zresztą zapasowych osłon miałem pod dostatkiem. Teraz uzbrojenie... No cóż, inaczej niż w serialach grozy na pewno odpadają krótkie noże - za duże ryzyko kontaktu ze śliną... Moją uwagę zwróciły moje dawne eksperymenty płatnerskie, gdy bawiłem się w dostarczanie projektów broni białej dla kolekcjonerów..., a przede wszystkim dawny projekt halabardy. Ostrze miałem prawie ukończone, lecz w obecnej sytuacji chodziło raczej o skuteczność niż postrach... Postanowiłem więc upodobnić to ostrze do obosiecznej kosy - uderzenie z jednej strony przypominałoby cięcie szablą na długim trzonku, a z drugiej kosą... zaostrzę też czubek... Pracując nad halabardą pomyślałem, że muszę mieć jeszcze coś w rodzaju oszczepu, może składaną dzidę, coś, dzięki czemu będę mógł utrzymać zombiaki na dystans nawet wówczas, gdybym stracił halabardę... Taki sprzęt wymaga innego podejścia, zacząłem więc od przeglądu starych wędek... Wyszukałem najdłuższą, a zarazem lekką i sztywną, z mocnego włókna węglowego..., nie teleskop, ale kilku częściową, z częściami połączonymi tak, że nawet złożona, dawała się szybko wyjąć z torby i złożyć, a złączki zapewniały odpowiednią wytrzymałość. Rzemieślnik, który zrobił mi te złączki stwierdził, że prędzej złamie się włókno węglowe, niż one..., cóż, niedługo to sprawdzę... Odczepiłem ostatnią, węższą część, a zamiast niej, dorobiłem bagnet... Mając broń do rażenia na dystans, zająłem się przygotowaniem broni nieco krótszej i... miotającej... Oczyściłem, przeszlifowałem i naoliwiłem dwa najbardziej obiecujące ostrza przygotowane pod fikuśne miecze ozdobne... Kolejne dwie godziny zabrało mi dorobienie do nich dwuręcznych rękojeści - teoretycznie za długich, ale przecież raczej będzie się liczyć się zasięg i potencjalna siła ciosu, fechtowania z zombiakami raczej nie przewidywałem... Spojrzawszy na okno zauważyłem, że znów jest jasno... Ale nie wiedziałem ile czasu będę miał spokój, zatem..., zatem dalej, do pracy. Teraz broń miotająca. W tym przypadku postawiłem na sprzęt kupny... Miałem lekką kuszę sportową i jakieś 10 strzał, mało, ale... No to jeszcze łuk. Krótki, tzw. podwójny, tyle, że z tworzyw sztucznych, spora moc, dobra cięciwa, a właściwie, modą nowoczesnych łuków sportowych trzy cięciwy - by mieć co najmniej trzy opcje strzału i zostało mi jakieś 30 strzał... Broń palna? Niby mam..., ale jest za głośna, może zwrócić uwagę zombiaków. W TV stwierdzili przecież, że sztywni nie widzą, ale słuch mają po przemianie chyba lepszy, niż my... Poza tym amunicja..., kto ją teraz wyprodukuje? Zapewne wkrótce będzie towarem mocno deficytowym. Chyba, że czarny proch, teoretycznie znałem recepturę, ba miałem nawet składniki, formy do kul z ołowiu..., ale to z kolei broń zbyt toporna i jeszcze głośniejsza. Na razie nie będzie przydatna...
Tak, to teraz coś zjem, łyknę kilka drinków i spać, potem obejrzę wiadomości, przygotuję się i wyruszę sprawdzić, co i jak w bloku, w okolicy..., czy mam czego szukać w najbliższych sklepach. Gdy wychodziłem z pracowni usłyszałem nagły ryk odrzutowców - lecących na niskim pułapie, a potem okolicą wstrząsnęła pierwsza z wielu, potężnych eksplozji! Jedna była nawet całkiem bliska, aż zatrzęsły się szyby, a ja o mało nie wlazłem pod stół... Zaa okna zobaczyłem ogromny kłąb dymu nad dachami... Jak gdyby spora bomba rozwaliła właśnie rynek staromiejski..., o Ku..., czyżby zdecydowano się na naloty miast? A może po prostu odkryto tam jakieś duże skupisko zombiaków? Miałem nadzieję, że to jednak to drugie... Czekałem w napięciu kilka minut, ale nalot się nie powtórzył..., no to jednak, najpierw drinki, potem spać...Muszę mieć siły do rekonesansu, a jeśli wojsko chce biegać po mieście, to lepiej, żebym się za bardzo nie wychylał...



C.D.N.









środa, 19 października 2016

Zombi po polsku...

A teraz czas na zabawę z konwencją ostatnio popularną, ale dla odmiany, pisaną ze słowiańskiej perspektywy..., i z góry zaznaczam, cykl parę razy zaskoczy, nie będę się bowiem trzymał kurczowo tego, co wymyślili inni..., choć i jednak czasem nawiązuję do znanych rozwiązań.



 Epizod I


"Samotnik I - Kac”

18 kwietnia, pewnego roku, w każdym razie, w przyszłości...,
niewielkie miasteczko, Województwo Pomorskie, Polska.

Nie wiem co mnie obudziło. Z trudem rozklejałem ciężkie powieki, przekręciłem się na bok i mało brakowało, a od razu puściłbym pawia. Przy pierwszej próbie uniesienia się, ból żelaznymi szczękami zaciskał się na czaszce. Ból był prawie nie do zniesienia, ale przynajmniej przestało mnie mdlić. Ha, przez chwilę nie mogłem sobie nawet przypomnieć, co robiłem poprzedniego dnia.
- pijesz pijesz, krócej żyjesz, głąbie - zamruczałem przez ściśnięte zęby...
Po chwili, gdy zacząłem „przyzwyczajać się” do bólu, ostrożnie, powolutku wstałem i sięgnąłem ręką 
do turystycznej lodóweczki - dawno temu przezornie przeniesionej z kuchni do sypialni... 
Po krytycznej ocenie zawartości wyciągnąłem setkę czystej, odkręciłem i wychyliłem jednym haustem. 
Klin zadziałał jak to klin, gdy tylko ciepło rozlało się po brzuchu, pulsowanie we łbie zelżało, zacząłem myśleć i nawet przestało mi się troić w oczach...
- ufff... - szepnąłem, i tym razem otworzyłem sobie portera. Sącząc piwo małymi łykami, podreptałem do kuchni. Tam, odłożywszy pustą butelkę wyjąłem z większej lodówki zgrzewkę słabszego, czeskiego piwka. Charakterystyczny trzask, syk i już zimny płyn zalewał mi gardło.
- łaaa, to jest smak, ahhh, jak dobrze... - nie mogłem oduczyć się gadania do siebie, choć słowa wypowiedziane na głos potęgowały tylko ciszę i wrażenie pustki. Dopiero, gdy porządnie ugasiłem pragnienie, a pulsujący ból głowy zamienił się w lekki szum w tle, dotarły do mnie krzyki i wrzaski zza okna. Podszedłem i ledwie rzuciwszy okiem zamarłem, wbijając wzrok w pogmatwaną scenę.
Tam zaś - cztery piętra niżej - ludzie biegali po podwórku, krzyczeli, niektórzy walili innych
po głowach czym popadnie, inni przewracali się na siebie, szarpali, zabierali do czegoś więcej, chyba…
- Nie, nie, kurde, śpię jeszcze, albo... - mruczałem sam do siebie.
W celu eliminacji kilku możliwości..., uszczypnąłem się w tyłek.
- Auuu! - w oczach stanęły mi łzy. Ból dupy wzmógł na chwilę ból głowy..., jednak galimatias
na zewnątrz trwał w najlepsze. Dopiero teraz zauważyłem, że część z ludzi na dole jest brudna, obdarta, chodzi dziwnie sztywno. Co więcej, gdy obdarci i brudni próbowali biegać, co i rusz zataczali się i potykali 
o własne nogi. Po chwili prawidłowość stała się oczywista - jakieś 30 brudnych, ubłoconych postaci ganiało po podwórku około 20 osób wyglądających w miarę normalnie, tyle, że ewidentnie spanikowanych, wrzeszczących wniebogłosy.
- Eee? - bąknąłem zaniepokojony... Ledwie trzy dni temu oglądałem 10 odcinek 18 serii amerykańskiego tasiemca grozy, i teraz, w wyobraźni wyraźnie ujrzałem kroczące krzywo, toczone rozkładem zombiaki..., oraz walecznego szeryfa, jego dorosłego już syna i nastoletnią córkę, jak razem z grupą innych zabijaków
z odcinku na odcinek koszą stada truposzy...
Ci na dole nie wyglądali wprawdzie aż tak..., ale zachowanie, sposób, w jaki się poruszali...
Chwilowo niezdolny do innego działania, podreptałem do pokoju i włączyłem TV, odpaliłem też komp. 
W TV działały tylko kanały informacyjne - wszędzie pokazywali z grubsza to samo, jednak już po chwili zrozumiałem, że po prostu „to samo”, rozgrywa się w zadziwiająco wielu miejscach na Ziemi. Wszyscy wyglądający na zdrowych i normalnych biegali w panice i wrzeszczeli, lub próbowali bronić wrzeszczących 
i rozbieganych, a wszyscy wyglądający jak trupki, chodzili sztywno zagryzając co i rusz tak obrońców, wrzeszczących, jak i relacjonujących wszystko dziennikarzy... Byłoby to równie abstrakcyjne jak wspomniany serial, gdyby nie rozgrywało się naprawdę...
Znów zabolał mnie łeb więc wlałem w siebie kolejne piwko - rausz w końcu znieczulił mnie, skutecznie wygasił ostatnie objawy kaca. W końcu mogłem skupić się na wiadomościach. Przez kilka godzin miałem nadzieję na szybkie, a pozytywne stłumienie zagrożenia. Przede wszystkim większość pracowników służb porządkowych kojarzyła zadziwiająco szybko i wkraczając do akcji przeciw obdartusom, nie wahała się używać paralizatorów, pałek i - wkrótce - broni palnej.
Broni używali też zresztą coraz liczniejsi cywile, nagle okazało się, że nie tylko w Stanach ale i w naszym kraju strzelb, karabinów i krótszej broni palnej było znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać...
Od początku uwagę moją zwróciły różnice między filmową fikcją, a rzeczywistością:
wprawdzie zombiaki nie reagowały na postrzały w kończyny, jednak trafieni w korpusy większą ilością lub większym kalibrem pocisków przewracali się i choć umierali zastanawiająco powoli, eliminowało ich to z walki tak samo, jak i trafionych w głowy.
W Rosji, USA, we Francji, służby radziły sobie lepiej niż u nas, ale u nas sytuację zrównoważyło pojawienie się rzesz ludzi ubranych w stroje i uzbrojonych w broń z innej epoki – zabłysły pierwsze kolczugi, półpancerze, hełmy, a zombiaków razić zaczęły miecze, szable, topory bojowe i dzidy, lub bagnety... Wkrótce też ulice zasłały dziesiątki, potem setki ciał zombiaków. Niestety ginęli i cywile, policjanci, rekonstruktorzy, a nawet komandosi..., a wkrótce nie sposób było odróżnić kto kim, bowiem i wśród zombiaków pojawili się ubrani jak komandosi, policjanci, b\widziałem nawet jednego z rekonstruktorów, jak sztywno kroczy w srebrzystej płytowej zbroi...
Ledwie około południa sytuacja zdrowych zaczęła przypominać tę z filmów grozy - zombiaków było po prostu „ciut” za dużo, a poza tym atakowali tłumnie i śmierć jednych, w żaden sposób nie wpływała na zachowanie pozostałych. Poza tym, walczącym w ciągu godziny zabrakło amunicji, a inne rodzaje uzbrojenia, choć nierzadko widowiskowe, skracały znacznie dystans między obrońcami i zombiakami... Przez kilka godzin losy miejskich bitew z zombiakami zdawały się rokować pewne szanse rychłego rozgromienia - bezrozumnego w końcu - wroga. Za oceanem zdrowi także wykazywali się kreatywnością - większą niż w serialach i filmach grozy... Pokazywano zombiaka zarąbanego grabiami, ktoś opędzał się motyką, innemu sztywniakowi z oczodołu wystawała plastikowa ekierka, a jakaś puszysta kobieta z Kanady, ratując dziennikarza, zatłukła zombiaka wałkiem do ciasta...
Niemniej - zwłaszcza w centrum dużych miast - sztywniaków było na pęczki i wciąż zdawali się nadchodzić nowi. Szli, atakowali, nieczuli na ból, bez uczuć, bez zmęczenia... Późnym popołudniem zdrowi byli już w odwrocie. Na tym etapie akcji większa część służb
i aktywnych cywili ograniczyła się już głównie do zaganiania innych ludzi w bezpieczne miejsca, barykadowania wejść sklepów, galerii handlowych i wszelkich innych budynków.
Zmierzch nadszedł niespodziewanie, a noc zastała setki tysięcy ludzi na świecie w bardzo nieciekawej sytuacji...
Wyłączyłem TV godzinę po zmierzchu.
Przecierając twarz, dziwnie otępiały, podszedłem do okna.
Krzyki ucichły, na podwórku nie było żadnego ciała, żadnego zombiaka, nikogo. Zrozumiałem, że muszą zmieniać się szybko, że wszyscy rano zagryzieni, teraz są już... Nie mając nic do roboty, ani nie znajdując siły by dzwonić do przyjaciół, usiadłem przed kompem. Sieć działała sprawnie, choć, jak łatwo sobie wyobrazić, panował w niej totalny chaos. Włączyłem dobrą muzę po czym poszedłem zrobić sobie coś konkretnego do żarcia, a ugasiwszy pierwszy głód, zacząłem zastanawiać się jak do tego doszło, czemu nie zauważyłem niczego nad ranem, wracając z imprezy na mieście? Gdy wysiliłem pamięć napłynęły pierwsze, oderwane od siebie obrazy. Po kilku minutach ujrzałem kilka przerywanych, krótkich „filmów”, hmmm, tak, wracając do domu widziałem wielu idących obok mnie, silnie zataczających się ludzi! Jeśli to byli oni, zombiaki, to czemu żyję? Czyżby uratowało mnie pijaństwo!?
- Hihihihiihiieieihih...., hhh... - zaśmiałem się histerycznie - jeśli obok mnie łaziły zombiaki i żaden mnie nie zaatakował, to jedyne logiczne wyjaśnienie zakrawa na bardzo ponury żart... Ha, sztywniaki musiały w swych móżdżkach kojarzyć i słabo i..., podobnie, jak ja wówczas - gość obok zatacza się, śmierdzi ( w moim przypadku głównie alkoholem ), nie wrzeszczy i nie ucieka, znaczy się - swój chłop... Znów ogarnęła mnie wesołość, ale zaraz stłumiłem ją, zakryłem usta ręką, w końcu, nic w tym śmiesznego... Zresztą, jeśli nawet tak właśnie było, nie wyjaśniało to, skąd się nagle wyroiło tylu tych... Zresztą - pomyślałem wyjątkowo trzeźwo - nawet gdyby moje domniemania były słuszne nie rozwiązywały podstawowego problemu - co dalej?
Tu w domu chyba nie było najgorzej, mocne drzwi, okna na 4 piętrze, daleko poza zasięgiem truposzy... Zapasy - parę dni nie chodziłem do sklepu, zatem - pomyślałem - trzeba sprawdzić jak stoję z żywnością. Po pobieżnym przejrzeniu kuchni stwierdziłem, że oszczędnie gospodarując mam żarcia na dziesięć dni, może dwanaście.
Woda, o tak, mieszkam na czwartym piętrze, bieżącej wody może mi dość szybko zabraknąć. Sprawdziłem przezornie, na razie była. Powyjmowałem wszelkie butelki, słoiki i garnki, miski i itp., i napełniłem je wodą... Paradoksalnie, tylko wódy i piwka miałem spory zapas, zresztą, jak trzeba, mam aparaturę, zrobię sobie bimberek, nie ma sprawy... Spojrzałem na zegar, dochodziła północ...
Znów wyjrzałem przez okno - w okolicy uspokoiło się choć, zdaje się, na obrzeżach podwórka leżało kilka ciał... Wcześniej słyszałem kilka trzasków, jakby wybijanego szkła. Wyglądało, jak by ludzie wyskoczyli przez okno, może zarażeni, może nie, szczerze mówiąc..., nie chciałem o tym myśleć, nie teraz. Otworzyłem szeroko okno - zapach nie należał do przyjemnych - słodkawy, metaliczny, lekko zalatywał zgnilizną, jednak ważniejsze były dla mnie dźwięki - słychać było jakieś odległe syreny, gdzieś kwilił ptak, ale poza tym, panowała przysłowiowa martwa cisza...
Pomyślałem, że można by wyjść na klatkę, sprawdzić, lecz po chwili rozmyśliłem się. Lepiej z mieszkania nie wychodzić, w każdym razie nie, nieuzbrojonym... Drzwi miałem mocne, antywłamaniowe, mieszkanie niedawno połączone z wykupionym mieszkaniem sąsiadów naprzeciwko, zatem na tym piętrze nie było innych ludzi..., chyba, żeby coś weszło po schodach... Poza tym miałem łatwy dostęp na dach - można będzie przekształcić go w niezły punkt obserwacyjny...
Poczułem nagłe zmęczenie, zakręciło mi się w głowie, zapewne mijał pierwszy szok...
Zarazem jednak chciałem zaktualizować informacje, zatem, zamiast zabrać się do jakiejś konstruktywnej roboty otworzyłem barek, nalałem sobie Whisky, dolałem wody, usiadłem w salonie i znów włączyłem TV.
Od razu rzucało się w oczy, że ludzie z mediów zaczęli w końcu myśleć. W każdym razie, podawano kilka ciekawych informacji. Naukowcy - na ile w ogóle dało się prognozować coś w obecnej sytuacji - na podstawie pierwszych obserwacji - ogłaszali, że zmarli na zawały, w szpitalach w których zapanował chaos, albo np., skaczący z dachów samobójcy, nie zmieniali się w zombiaki. Zmieniali się tylko i wyłącznie pogryzieni i to zaledwie po 2-3 godzinach... To ostatnie łatwo było stwierdzić także po zamieszaniu jakie z początku wybuchało, co i rusz, w zamkniętych pomieszczeniach gdzie zgromadziły się większe grupy ludzi, w tym niestety, pogryzieni.
W jednej z galerii handlowych w Wielkiej Brytanii ktoś musiał, jak ja, mieć dostęp do najświeższych danych, zatem jeszcze pod wieczór odizolowano pogryzionych od zdrowych zamykając ich w mniejszych sklepowych boksach. Dopiero teraz można było zobaczyć jak zmieniają się, zaczynają dziwnie poruszać i rzeżąc, skrzecząc, bezrozumnie pchają do drzwi i okien wystawowych... Jeśli ktokolwiek miał jeszcze wątpliwości, obserwowanie tych potworków działało jak przysłowiowe wiadro zimnej wody. Z obserwacji wynikało, że zombiaki po przemianie permanentnie traciły wzrok, kierując się odtąd głównie słuchem i węchem - lecz te zmyły ulegały najwyraźniej, gwałtownemu wzmocnieniu! Poza tym rozważano, czemu epidemia rozpoczęła się niezauważona i to tak nagle, co więcej, niezrozumiałym było, czemu zombiaki atakowały początkowo głównie w dużych i średnich miastach, rzadziej na przedmieściach, a prawie nie było przypadków na wsi... Ten problem na razie musiał pozostać tajemnicą, choć oczywiście pojawiły się pierwsze, na razie mało wiarygodne teorie... Jeden z komentatorów wyraził nawet pogląd, iż być może jakaś organizacja terrorystyczna, po porwaniu pewnej liczby osób, musiała tych ludzi infekować nieznanym czynnikiem biologicznym, a potem rozwiązła po świecie, lecz przecież trudność logistyczna takiego przedsięwzięcia..., na razie komentator został zakrzyczany. Nie było też jeszcze czasu na odpowiednie badania, nie udało się nawet wyizolować czynnika, który powodował zmiany... Za wielkie szczęście - jak by to idiotycznie nie brzmiało - uznano, że choroba powodowała zanik wyższych funkcji mózgu i częściowy paraliż usztywniający obwodowe nerwy, czy mięśnie... Z drugiej strony, zauważano - paradoksalnie trudniej było z zombiakami walczyć - sztywni, kroczący zazwyczaj w masie, nieczuli na ból i drobne zranienia, przypominali żywy, poruszający się i trudny do powstrzymania mur wrogich nam robotów...
Wszyscy eksperci podkreślali z powagą, że są plusy nawet tej sytuacji, bowiem stosunkowo łatwo było zombiakom uciec, albo się przed nimi bronić utrzymując bezpieczny dystans, lub także atakując grupowo, w zorganizowany sposób.
Żachnąłem się na te słowa, przełączyłem na inny kanał...
To ostatnie - ta „zorganizowana obrona” dotyczyła być może wojska, które gdzieniegdzie jeszcze walczyło, ale poza tym..., obserwując poprzednie wysiłki ludzi, mur „robotów” był niepowstrzymany, a to, że dołączali do nich wcześniej pogryzieni... Łatwo było siedzieć w fotelu, w bezpiecznym studiu i pieprzyć takie głodne kawałki do kamery, byle nie dopuścić do siebie prawdy..., a prawda była prosta, nim minie doba, większość ludzi będzie zombiakami, a reszcie odtąd zupełnie przetasuje się życie... Czasy wielkiej cywilizacji, psiamać, właśnie mijają, a ten „ekspert” pierdzieli tak, jak by recenzował film... Tak samo potraktowałem gadanie, że o wiele ważniejsze było, by społeczeństwa nie ogarnęła bezrozumna panika, byśmy się miarę możliwości trzymali w grupach, a przede wszystkim, nie walczyli w pojedynkę z dużymi grupami zombiaków... No kurwa, co oni, mieli ludzi za kompletnych idiotów? Przecież wystarczyło oglądać TV, by zrozumieć, że odpowiedzialni za porządek sami na to wpadli i to też niewiele dało..., poza tym co to znaczy nie wpadać w panikę, gdy idzie na ciebie spełniony w realu koszmar z horroru? Pieprzenie i tyle! Jedyna informacja, która do mnie przemawiała, to prośba, by ludzie zdrowi, wychodząc, ubierali się w jaskrawe barwy, w ramach sygnału: „żyję, jestem zdrowy, niech mnie nikt przypadkiem nie odstrzeli...” Wedle mediów, wkrótce do boju z zombiakami miały być skierowane duże oddziały wojska, komandosów i ciężki sprzęt, w tym lotnictwo..., ale jakoś za bardzo nie napawało mnie to nadzieją... Bo niby czemu wcześniej nie działało wojsko, czemu, do cholery, wśród atakujących już za dnia było sporo mundurowych? Chociaż, kto wie... Byłem jednak pesymistą - trudno walczyć z zombiakami w miastach, nie mogąc używać pełni możliwości najpotężniejszych form uzbrojenia, np., broni masowego rażenia, przynajmniej, nie zabijając przy tym większej części ocalałych - zdrowych ludzi..., a co się dzieje z małymi oddziałami chroniącymi cywili, otoczonymi przez zombiaków..., każdy mógł obejrzeć w ciągu dnia...
Dopiero po głośnym burczeniu w brzuchu zorientowałem się, że minęła już noc i zbliża się ranek, a ja siedzę przed telewizorem i tracę czas na przysłuchiwanie się jałowym dyskursom naukowców, którzy jak zwykle wymądrzali się dopiero po szkodzie... Już miałem wyłączyć TV, kiedy jeden z ekspertów pokazał wyniki wstępnych badań zombiaków. W ich ślinie stwierdzono nieznany typ bakterii nie posiadających typowego DNA, co wskazywało na ich sztuczne pochodzenie, przy czym czynnik chorobotwórczy ograniczał się głównie do śliny i ślinianek, zatem należało uważać by nie zostać pogryzionym lub i... oplutym, przynajmniej, jeśli miało się jakieś otwarte rany, zadrapania.
Złapałem się na tym, że opadają mi powieki, zasypiam siedząc... Wyłączyłem TV. Być może mieli jeszcze coś ważnego do powiedzenia lecz czułem, że muszę się przespać...

C.D.N.

( jeszcze dziś wieczorem epizod 2 )


niedziela, 18 września 2016

Wspomnienie...

Opancerzony ciężki krążownik floty, 
ostatni okręt wielkiej armady Federacji Ziemskiej, 
rok standardowy 12.684,
Peryferia Wszechświata, około 100 lat świetlnych od Galaktyki Peryferyjnej Omega 123,
w drodze do sekretnej bazy Floty na orbicie księżyca układu Omega 129.000 001.
Podróż z prędkością 0,5 prędkości światła. 
Mostek. 

Jestem nadzorcą, gratem, androidem z żywym mózgiem w tytanowo - ceramitowej puszce, żyję w jednym celu - muszę doprowadzić ( śpiące głęboko ) ostatki populacji ludzkiej do tajnej bazy na orbicie jednego z odległych księżyców, na samym skraju znanego nam kosmosu...

A byłem kiedyś oficerem kartograficznym, najpierw kapitanem krążownika Floty Kartograficznej wielkiej ziemskiej Federacji, potem Głównym Inwentaryzatorem w Bazie Głównej Floty Kartograficznej Federacji... Tak, a teraz nie mam nawet własnego ciała..., wiele części utraciłem w czasie ostatniej z wojen, wiele innych, po prostu rozpadło się w czasie podróży...
Bo lecimy już ponad trzy stulecia. Dla śpiących w inkubatorach - niemal martwych, na granicy śmierci ale..., a jednak..., żywych, dla nich nie ma problemu. Zestarzeją się ledwie pięć lat...
Ja..., ja staram się nie zwariować... Mój mózg dotrwa do końca podróży i niewiele dłużej, a gdy i on wysiądzie, odejdę tam, gdzie odchodzą wszyscy martwi, może nigdzie, może gdzieś, szczerze mówiąc teraz, gdy jestem już tylko cieniem siebie, niewiele mnie to obchodzi...  

Nie możemy podróżować zbyt szybko, mogłoby nam zabraknąć paliwa, albo wysiadłby kamuflaż elektroniczny, upodabniający nas do asteroidy... Od trzystu lat lecimy z wyłączonymi silnikami...
Początkowo plan był inny, ale gdy po serii skoków nad-przestrzennych dwakroć musieliśmy walczyć z
Garranami, ostatnią z ras, które odkrył Zwiad Kartograficzny. Gdy z flotylli 7 okrętów pozostał tylko jeden, plan, oczywiście, uległ radykalnej zmianie.

Mam przed sobą jeszcze 200 standardowych lat podróży... Właściwie pokładowa SI mogłaby mnie zastąpić, ale zwyczaj nakazywał pozostawić jednego świadomego człowieka na stanowisku nadzorcy.

Wyciągam z szuflady kolejne kryształy pamięci - Zwiadu Kartograficznego - historii rozwoju i upadku Federacji..., trzeba oderwać umysł od rzeczywistości, poszybować ku wspomnieniem...

*** 

Zapis Kryształu F, 22368683856572921, 
źródło zapisu: wszczepy biotyczne dowódców flotylli
oraz pokładowej SI, do czasu zniszczenia okrętu flagowego. 
Dołączono rekonstrukcję - animację wydarzeń z perspektywy przestrzennej.


Flotylla Zwiadu Kartograficznego w składzie: 
- 5 ciężkich krążowników eskorty zwiadu, pod dowództwem Kapitana Jorla Kgresse, 
- 3 lekkie krążowniki kartograficzne, dowodzone przez majora Georga Fanga,
- Lotniskowiec zwiadu.  
Galaktyka Sigma 2245, Układ Sigma A 2297969. 
Rok standardowy 8.324
Mostek Majora Georga Fanga.

- Majorze, zarejestrowaliśmy ruch w kwadrancie trzecim, w pobliżu podejrzanego księżyca piątej planety układu!
- Zdefiniuj "ruch" poruczniku Krel.
- Tak jest panie majorze: obiekt klasyfikowany wcześniej jako asteroida zmienił kurs i poleciał ku powierzchni księżyca, najpierw nagle przyspieszył, a po wejściu w atmosferę zwolnił i zgubiliśmy go w radarze!
- O, w takim razie, wydajcie rozkaz zatrzymania flotylli około miliona km od księżyca, rozpocząć skan laserowy, zbudować mapę przestrzenną powierzchni.
- Tak jest, już przekazuję rozkaz.
Major służył już we Flocie Kartograficznej niemal trzy dekady, lecz życie wciąż go zaskakiwało. Miał już sztuczne nogi i lewe ramię, sztuczne serce i wątrobę, wiele śrub i łączeń kośćca... i szczerze czuł, że wkrótce  wzbogaci tę kolekcję protez...
- Stan skanu, poruczniku?
- Skan niemożliwy, wygląda na to, że wokół księżyca mamy jakieś pole siłowe, na tyle gęste, że odbija wiązki laserowe...
- Proszę zatem wysłać automatyczne myśliwce Tajfun 914, eskadra standardowa.
- Tak jest majorze! - porucznik Krel wydał stosowne rozkazy.

Z lotniskowca flotylli oderwały się cztery niewielkie jednostki, z ogromną prędkością zbliżając się do podejrzanego księżyca.
Nie doleciały.
Około 100 tys. km od celu nagle na przeciw ich uaktywnił się dziwny obiekt, dotąd nieczynny, lub zbyt dobrze zakamuflowany i odpalił mrowie rakiet taktycznych. Według pokładowych SI flotylli kartograficznej
na każdy myśliwiec przypadło ponad 200 pocisków. Mimo obrony, wabików i świetnej trajektorii uników, mino, że myśliwce próbowały natychmiast zawrócić, żaden nie przetrwał.
Wokół księżyca nagle ujawniło się dziesięć kolejnych obcych okrętów, na oko klasy ciężkich kosmolotów bojowych ( tonażem blisko pięciokrotnie przekraczających tonaż ciężkich krążowników eskadry flotylli kartograficznej... ), w tym dwa, za rufami flotylli Federacji.
- Panie majorze, jakie rozkazy!? - drżenie w głosie porucznika nie przystawało do rangi, ale w tej sytuacji...
- Zapisać dane i wystrzelić 80 % kapsuł alarmowych do Bazy Sigma 3, pozostałe zachować, gdyby istniała potrzeba zakamuflowania ich i pozostawienia w przestrzeni do przybycia posiłków!
- 80 %? Majorze, to prawie 1000 kapsuł!
- Poruczniku..., sam pan widział co się stało z myśliwcami, ich rakiety mają autonomiczne systemy naprowadzania, a ich liczba, liczba okrętów..., tonaż..., to z pewnością nie jest tylko jeden księżyc z niewielką cywilizacją typu technicznego, to albo jakaś baza, albo przyczółek obcej floty. Są też agresywni, mimo, że nie stanowimy dla nich zagrożenia... Musimy poinformować dowództwo. Musimy! Proszę nie dyskutować - podniósł głos, bo porucznik już otwierał usta...
- Przekaże pan - poruczniku Krel - do wszystkich jednostek flotylli: alarm czerwony, próbujemy wycofać się z układu, impulsowa, 0,1 prędkości światła i uciekamy ku słońcu, potem zwrot ku najbliższej Bazie i gdy tylko wyjdziemy z układu, natychmiast odpalamy napęd nad-przestrzenny! Krążowniki osłony lecą z tyłu, muszą spróbować nas ochronić! Strzelać tylko w samoobronie, najważniejszy jest powrót.

Nagły manewr flotylli nie zaskoczył obcych. Gdy okręty Federacji ruszyły, na ich spotkanie wystrzelono łącznie 8000 rakiet taktycznych! Okręty wroga także ruszyły za uciekającmi. Otoczenie flotylli w kilka minut po salwie, rozjarzyło się morzem eksplozji. Antyrakiety, wabiki i działka laserowe próbowały przechwycić pociski wroga. Mimo zgranej obrony, ponad tysiąc rakiet wyrwało się spod ostrzału obrońców... Okrętom Federacji został już tylko ostrzał z krótkiego dystansu, z natury mniej skuteczny biorąc pod uwagę prędkość rakiet, oraz pola siłowe, jednak i ich generatory nie miały niewyczerpanych pokładów energii...
Jako, że rakiety wroga miały własne systemy naprowadzania, zmieniały kierunek ataku by znaleźć się w okolicach ruf okrętów Federacji - najsłabszego punktu obrony, za wylotami silników...
Mimo rozpaczliwych manewrów, mimo wciąż trwającej obrony, pięć potężnych eksplozji wstrząsnęło kosmosem - oto znikły 4 ciężkie krążowniki i lotniskowiec flotylli kartograficznej!

Wstrząsy rzucały przypiętymi do foteli oficerami na mostku okrętu flagowego Federacji, eksplozja najbliższej jednostki osłony wprawiła lekki krążownik zwiadu w ruch wirowy wokół osi, który wyhamować dało się dopiero po piątym obrocie... Stracili prędkość, uszkodzenia poszycia z pięciu trafień pociskami nieznanego wroga, zniszczyły moduły silnika, odpowiedzialne za skoki nad-przestrzenne...
Nie uciekniemy - uświadomił sobie major Georg Fang.
- Poruczniku Krel, natychmiast odpalić wszystkie kapsuły, pozostawicie jedną, dołączcie generatory pola siłowego i kamuflażu taktycznego, ma przetrwać ewentualne zniszczenie okrętu! Niech rejestruje wszystkie dane!
- Czy kapitan floty osłony żyje? - spojrzenie porucznika wyjaśniało wszystko - ekhm, jeśli nie, ostatni krążownik osłony ma natychmiast zająć pozycję od strony ruf lekkich krążowników kartograficznych - wszyscy żywi na stanowiska dział laserowych, szykować się do obrony!
Porucznik Krel niezwłocznie wykonywał i przekazywał rozkazy, flotylla znów ruszyła...
Za późno.
Wykorzystując zamieszanie związane z eksplozjami okrętów, obcy zbliżyli się do flotylli i odpalili drugą, a zaraz potem trzecią salwę rakiet!
Porucznik Gerd Kef, szef obrony flotylli, zbladł jak ściana...
- Majorze, majorze..., oni... - nie mógł wydobyć głosu - machnięciem ręki pokazał na hologramie, co ma na myśli. Teraz wszyscy na mostku zrozumieli, że czkać mogą już tylko na śmierć. Do resztek flotylli kartograficznej zbliżało się bowiem 16 000 samonaprowadzających się rakiet...
- Ostatnią kapsułę wyrzucić w przestrzeń, już! - krzyczał major, zupełnie nie przejmując się przerażeniem, przebijającym spod rozwibrowanego wrzasku...

Mimo maksymalnych wysiłków obsługi obrony flotylli, mimo szaleńczego wręcz poświęcenia podporucznika dowodzącego ostatnim z okrętów osłony zwiadu, kolejne okręty trafiane wieloma pociskami, co i rusz zamieniały się bezgłośnie w ogromne kule ognia! Po wszystkim, niemal 7000 rakiet zawróciło i podążyło do wyrzutni obcych okrętów..., można było odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z żywymi istotami, a przynajmniej SI... Okręty nieznanego napastnika nie ścigały kapsuł..., po przechwyceniu rakiet zawróciły i wkrótce znów stały się niewidoczne... W przestrzeni zawsze panuje cisza, ale teraz zapadła i ponura ciemność, po flotylli zwiadu kartograficznego Federacji nie pozostał żaden ślad, poza kapsułami, oczywiście.

*** 


Wizualizacja zakończyła się, zatem wymieniam kryształ pamięci na kolejny i...


C.D.N.