czwartek, 20 października 2016

Zombi po polsku - epizod II


Epizod II

"Wynalazca I"

Obudziłem się koło 10, chwilę przestraszony że tak późno..., szybko uświadomiłem sobie, że przecież sobota, mogę spać ile chcę... Dziwnie byłem rześki, biorąc pod uwagę, że cały poprzedni dzień i noc popijałem jakieś alkohole. Co innego Piotrek, ten się spił w trzy dupy. Niby dwa lata już opowiada, jaki to teraz jest szczęśliwy, jak mu dobrze samemu..., choć było widać, że tęskni za swoją byłą..., prędzej czy później wpadnie w alkoholizm..., a pić nie umie, głąb jeden, szkoda by było - był dla mnie niemal jak młodszy brat. Razem w firmie od dekady, wiele wieczorów przegadanych, nie byliśmy może przyjaciółmi, ale... Ale korzystał - podpowiedziałem mu nawet jakie wybrać mieszkanie żeby było w miarę bezpiecznie - sam też mieszkałem na 4 piętrze w bloku, też miałem drzwi - „antywłamaniówki”, a choć nie było mnie stać na drugie mieszkanie obok, sprawa rozwiązała się niejako sama, od lat lokal stał pusty... Ja z kolei byłem zadeklarowanym singlem, bez bliskiej rodziny, bez pseudo przyjaciół, bez kobity, byłem samowystarczalny i mogłem robić to co chciałem, tak jak chciałem..., a pracę po prostu lubiłem - idealny układ, jak dla mnie. Wstałem i poszedłem zrobić sobie herbatę - zawsze piłem czarną, mocną, bez zbędnych dodatków. Po herbacie i śniadanku włączyłem radio, trzeba posłuchać co tam panie w polityce... Mniej więcej po 10 minutach zdobyłem się na wyłączenie radia i podszedłem do okna. Nic, nikogo, cicho jak na sobotę, ale... Wróciłem do kuchni, wyłączyłem radio, potem podreptałem do salonu i włączyłem TV. Lecąc po kanałach szybko odkryłem, że mam tylko z 20 informacyjnych, reszta nie działa. Wczoraj, szczerze to nie oglądałem więc teraz trudno było mi ocenić, odkąd świat zaczął się przewracać... Pomyślałem, że przynajmniej w jednym miałem szczęście - mieszkałem blisko knajpy, więc nie łaziłem po nocy, ale Piotrek... Zresztą, jeśli tylko przeżył, na razie jest bezpieczny, ale zadzwonię..., nie kurde, nie zadzwonię, sygnału brak. Wziąłem komcię, ale też brak zasięgu, akurat, tu go nigdy nie brakowało, znaczy się, już zablokowali... No nic, wyślę mu maila, jeśli prąd będzie...
Zombi..., o kurde, a sądziłem dotąd, że to tylko bajki dla dzieci, owszem, liczyłem się z zielonymi ludzikami zza wschodniej granicy, albo nawet z takimi z innego świata, może z kataklizmem, jakimś super wulkanem, rozbłyskiem na słońcu, który może załatwić elektronikę i spowodować wywrócenie się cywilizacji na lewą stronę..., może światowy terroryzm, ale żeby takie coś? Matko z córką, co za popierdzielona sytuacja... Oglądając TV nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że to jakiś chory żart - od razu zwróciło moją uwagę, że zombiaki pojawiły się jakby nagle, z 17 na 18 kwietnia, w dużej ilości, na dodatek głównie w dużych i średnich miastach, zawsze blisko centrum... Oczywiście infekcja mogła trwać kilka dni rozwijając się w postępie kwadratowym, a biorąc pod uwagę jak szybko zagryzieni stawali się potworami... Ale to i tak pozostawało dziwne - że tylko w dużych skupiskach i to na całym świecie..., nie wyglądało mi to, na działanie natury... Przebieg walk z sztywniakami był całkiem podobny jak na filmach, choć znacznie więcej ludzi ukryło się wszędzie, gdzie to było możliwe, znacznie mniej z nich wniosło też zarazę do wnętrz..., zresztą, w dobie mediów społecznościowych w ciągu dwóch godzin ludzie zorientowali się, że pogryzionych lub umierających z niewiadomych przyczyn trzeba jak najszybciej izolować, lub po prostu..., uśmiercać - niszcząc ośrodkowy układ nerwowy... Tacy już nie wstawali. Co ciekawe, w Polsce, w Rosji i chyba w Niemczech, pojawili się obrońcy używający średniowiecznych rodzajów uzbrojenia, albo strzelb wojskowych z bagnetami, ba, gdzieniegdzie do boju skierowano wojsko..., ale... mimo wszystko, wieczorem niemal wszyscy nie zamknięci w bezpiecznych miejscach, byli albo ostatecznie martwi, albo łazili sztywno i szukali zdrowych... Ależ tempo - pomyślałem - tak, jak by to była zaplanowana akcja, jacyś bioterroryzm, a może obcy, cholera wie, ale nie opuszczała mnie myśl, że to jednak nie był zbieg okoliczności... Poczułem, że muszę się napić. Nie lubię pić sam w domu, ale..., poszedłem do kuchni i przyrządziłem sobie drinka - 1/3 soku z pomarańczy 1/3 coli i 1/3 czystej wódeczki...Głodu jakoś nie czułem..., zjem sobie później, może śniadanie dopiero, o ile oczywiście pożyję odpowiednio długo - pomyślałem - uświadamiając sobie z całą zgrozą wszystko, czego tak real byłem świadkiem... I co nas czeka? Albo wojsko i ludzie opanują sytuację, na co raczej nie wyglądało, albo mamy właśnie szybciutki upadek cywilizacji, upadek wszelkich norm..., zatem nie tylko zombiaków będzie się trzeba obawiać... Co do tego ostatniego nie miałem najmniejszych wątpliwości - tyle lat w survivalu - nie, nie ma tak dobrze, i nie będzie... Zresztą, jeśli za plagę odpowiadają jacyś terroryści... Znów włączyłem TV - ale ledwie pół godziny przekonało mnie, że wiele się nie zmieniło, choć gdzieniegdzie zaczęto konkretne walki - armia - a zombiaki, gdzieniegdzie nawet udawało się zdobyć jakieś przyczółki, jednak w innych miejscach szły ulicami takie tłumy martwych, że... Więcej było tylko w studiach różnych „ekspertów”, no bo ani nikt tego nie przewidział, ani nie było planów przeciwdziałania, a teorie, które niektórzy wymyślali..., ech, szkoda gadać. Wyłączyłem telewizor przekonany, że muszę się zająć czymś pożytecznym, siedzenie i gapienie się, w tej sytuacji nie rokuje dobrze dla mózgownicy... Poszedłem do większego pokoju - dawno już zamienionego w pracownię wynalazcy. Dla zabicia czasu od lat, właściwe niemal od dzieciństwa, bawiłem się z różnymi wynalazkami... Praca grafika / informatyka w miejscowym wydawnictwie nie była może szczególnie ekskluzywna, ale na skromne dość życie singla i eksperymenty wystarczała aż nadto. No cóż, tak czy siak, praca, zdaje się, odeszła w siną dal. Problem czynszów też raczej znikł... Problemem mógł się okazać natomiast brak prądu, żarcia i wody, bo choć teraz jeszcze wszystko działało, sytuacja w telefonią dawała znać, że jednak nie wszystko gra... Głupotą byłoby wierzyć, że prąd będzie dłużej niż kilka dni, no może tydzień..., podobnie woda. W tym jednym przypadku, mieszkanie na 4 piętrze miało swoje minusy... Prąd to jednak rzecz trzeciorzędna - miałem jednak swój mały generator i dość paliwa na miesiąc - oczywiście przy oszczędnym używaniu. Co do wody, zacząłem od nalewania jej do wszystkich butelek, pojemników i garnków, poza tym miałem trochę zapasów mineralnej dobrych gatunków, ale taką wodę lepiej zatrzymać na lepszą okazję... Żarcia miałem też sporo, dużo zresztą wszelkich długoterminowych konserw, czy żywności suszonej, batonów energetycznych i itp., zatem tym się na razie nie martwiłem. No dobra, ale mimo wszystko warto byłoby zaopatrzyć się lepiej, a poza tym i tak i tak będę musiał w końcu wyjść z domu...
A zombiaki?
Co wiedziałem z TV i sieci?
Zombiaki musiały by mnie pogryźć, lub solidnie opluć, żeby zarazić. Na zarazę nie ma lekarstwa, infekcja zmienia w zombiaka w kilka godzin, więc po ugryzieniu lub zapluciu - dupa blada. Zobmiaki chodzą dość sztywno, nieporadnie, niebezpieczne są tylko w grupie, bo w pojedynkę łatwo je załatwić albo przewrócić i dopiero zaciukać, a grupie zazwyczaj da się uciec. Teoretycznie. Jak widziałem w TV, zombiaki nie miały większej siły niż zdrowi ludzie, ale byli całkiem skuteczni wobec spanikowanych ludzi, zwłaszcza staruszków, kobiet i dzieci… Zabicie zombiaka nie było tak trudne jak na filmach, lecz czy ja kiedyś - poza symulacjami i zabawami w strzelanie farbą..., zabiłem coś większego niż karpia na święta? Właśnie... No cóż, będę musiał przejść ekspresowy kurs ukatrupiania większych stworzeń, lub prędko stanę się jednym z nich... Zacząłem przetrząsać moją graciarnię, wyjmować projekty, przeglądać narzędzia, stroje, itp. Nie udało mi się skonstruować całkowicie kuloodpornego pancerza dla służb porządkowych, ale skoro napastnicy raczej nie używali broni palnej… Ha, ale nadawał się teraz, aż nadto - pancerz z wielowarstwowej tkaniny i tworzyw sztucznych był gotowy, robiony na miarę, dość lekki, na pewno wezmę go na pierwszy rekonesans. Poza tym wypustki na naramiennikach, kołnierz, i hełm trochę podobny do dawnych chroniły kark i szyję - szczególnie od tyłu i z boków. Na twarz nałożę przejrzystą przyłbicę, wzorowaną kształtem na średniowiecznych hełmach, oraz - pod nią, moją maskę z filtrami przeciwpyłowymi, bprzeciw-bakteryjnymi, wyłapującymi też płyny, aerozole..., nałożę ze dwie pary, plus osłonka z tworzywa, powinny razem ochronić mnie także przed opluciem... Zresztą zapasowych osłon miałem pod dostatkiem. Teraz uzbrojenie... No cóż, inaczej niż w serialach grozy na pewno odpadają krótkie noże - za duże ryzyko kontaktu ze śliną... Moją uwagę zwróciły moje dawne eksperymenty płatnerskie, gdy bawiłem się w dostarczanie projektów broni białej dla kolekcjonerów..., a przede wszystkim dawny projekt halabardy. Ostrze miałem prawie ukończone, lecz w obecnej sytuacji chodziło raczej o skuteczność niż postrach... Postanowiłem więc upodobnić to ostrze do obosiecznej kosy - uderzenie z jednej strony przypominałoby cięcie szablą na długim trzonku, a z drugiej kosą... zaostrzę też czubek... Pracując nad halabardą pomyślałem, że muszę mieć jeszcze coś w rodzaju oszczepu, może składaną dzidę, coś, dzięki czemu będę mógł utrzymać zombiaki na dystans nawet wówczas, gdybym stracił halabardę... Taki sprzęt wymaga innego podejścia, zacząłem więc od przeglądu starych wędek... Wyszukałem najdłuższą, a zarazem lekką i sztywną, z mocnego włókna węglowego..., nie teleskop, ale kilku częściową, z częściami połączonymi tak, że nawet złożona, dawała się szybko wyjąć z torby i złożyć, a złączki zapewniały odpowiednią wytrzymałość. Rzemieślnik, który zrobił mi te złączki stwierdził, że prędzej złamie się włókno węglowe, niż one..., cóż, niedługo to sprawdzę... Odczepiłem ostatnią, węższą część, a zamiast niej, dorobiłem bagnet... Mając broń do rażenia na dystans, zająłem się przygotowaniem broni nieco krótszej i... miotającej... Oczyściłem, przeszlifowałem i naoliwiłem dwa najbardziej obiecujące ostrza przygotowane pod fikuśne miecze ozdobne... Kolejne dwie godziny zabrało mi dorobienie do nich dwuręcznych rękojeści - teoretycznie za długich, ale przecież raczej będzie się liczyć się zasięg i potencjalna siła ciosu, fechtowania z zombiakami raczej nie przewidywałem... Spojrzawszy na okno zauważyłem, że znów jest jasno... Ale nie wiedziałem ile czasu będę miał spokój, zatem..., zatem dalej, do pracy. Teraz broń miotająca. W tym przypadku postawiłem na sprzęt kupny... Miałem lekką kuszę sportową i jakieś 10 strzał, mało, ale... No to jeszcze łuk. Krótki, tzw. podwójny, tyle, że z tworzyw sztucznych, spora moc, dobra cięciwa, a właściwie, modą nowoczesnych łuków sportowych trzy cięciwy - by mieć co najmniej trzy opcje strzału i zostało mi jakieś 30 strzał... Broń palna? Niby mam..., ale jest za głośna, może zwrócić uwagę zombiaków. W TV stwierdzili przecież, że sztywni nie widzą, ale słuch mają po przemianie chyba lepszy, niż my... Poza tym amunicja..., kto ją teraz wyprodukuje? Zapewne wkrótce będzie towarem mocno deficytowym. Chyba, że czarny proch, teoretycznie znałem recepturę, ba miałem nawet składniki, formy do kul z ołowiu..., ale to z kolei broń zbyt toporna i jeszcze głośniejsza. Na razie nie będzie przydatna...
Tak, to teraz coś zjem, łyknę kilka drinków i spać, potem obejrzę wiadomości, przygotuję się i wyruszę sprawdzić, co i jak w bloku, w okolicy..., czy mam czego szukać w najbliższych sklepach. Gdy wychodziłem z pracowni usłyszałem nagły ryk odrzutowców - lecących na niskim pułapie, a potem okolicą wstrząsnęła pierwsza z wielu, potężnych eksplozji! Jedna była nawet całkiem bliska, aż zatrzęsły się szyby, a ja o mało nie wlazłem pod stół... Zaa okna zobaczyłem ogromny kłąb dymu nad dachami... Jak gdyby spora bomba rozwaliła właśnie rynek staromiejski..., o Ku..., czyżby zdecydowano się na naloty miast? A może po prostu odkryto tam jakieś duże skupisko zombiaków? Miałem nadzieję, że to jednak to drugie... Czekałem w napięciu kilka minut, ale nalot się nie powtórzył..., no to jednak, najpierw drinki, potem spać...Muszę mieć siły do rekonesansu, a jeśli wojsko chce biegać po mieście, to lepiej, żebym się za bardzo nie wychylał...



C.D.N.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz