środa, 19 października 2016

Zombi po polsku...

A teraz czas na zabawę z konwencją ostatnio popularną, ale dla odmiany, pisaną ze słowiańskiej perspektywy..., i z góry zaznaczam, cykl parę razy zaskoczy, nie będę się bowiem trzymał kurczowo tego, co wymyślili inni..., choć i jednak czasem nawiązuję do znanych rozwiązań.



 Epizod I


"Samotnik I - Kac”

18 kwietnia, pewnego roku, w każdym razie, w przyszłości...,
niewielkie miasteczko, Województwo Pomorskie, Polska.

Nie wiem co mnie obudziło. Z trudem rozklejałem ciężkie powieki, przekręciłem się na bok i mało brakowało, a od razu puściłbym pawia. Przy pierwszej próbie uniesienia się, ból żelaznymi szczękami zaciskał się na czaszce. Ból był prawie nie do zniesienia, ale przynajmniej przestało mnie mdlić. Ha, przez chwilę nie mogłem sobie nawet przypomnieć, co robiłem poprzedniego dnia.
- pijesz pijesz, krócej żyjesz, głąbie - zamruczałem przez ściśnięte zęby...
Po chwili, gdy zacząłem „przyzwyczajać się” do bólu, ostrożnie, powolutku wstałem i sięgnąłem ręką 
do turystycznej lodóweczki - dawno temu przezornie przeniesionej z kuchni do sypialni... 
Po krytycznej ocenie zawartości wyciągnąłem setkę czystej, odkręciłem i wychyliłem jednym haustem. 
Klin zadziałał jak to klin, gdy tylko ciepło rozlało się po brzuchu, pulsowanie we łbie zelżało, zacząłem myśleć i nawet przestało mi się troić w oczach...
- ufff... - szepnąłem, i tym razem otworzyłem sobie portera. Sącząc piwo małymi łykami, podreptałem do kuchni. Tam, odłożywszy pustą butelkę wyjąłem z większej lodówki zgrzewkę słabszego, czeskiego piwka. Charakterystyczny trzask, syk i już zimny płyn zalewał mi gardło.
- łaaa, to jest smak, ahhh, jak dobrze... - nie mogłem oduczyć się gadania do siebie, choć słowa wypowiedziane na głos potęgowały tylko ciszę i wrażenie pustki. Dopiero, gdy porządnie ugasiłem pragnienie, a pulsujący ból głowy zamienił się w lekki szum w tle, dotarły do mnie krzyki i wrzaski zza okna. Podszedłem i ledwie rzuciwszy okiem zamarłem, wbijając wzrok w pogmatwaną scenę.
Tam zaś - cztery piętra niżej - ludzie biegali po podwórku, krzyczeli, niektórzy walili innych
po głowach czym popadnie, inni przewracali się na siebie, szarpali, zabierali do czegoś więcej, chyba…
- Nie, nie, kurde, śpię jeszcze, albo... - mruczałem sam do siebie.
W celu eliminacji kilku możliwości..., uszczypnąłem się w tyłek.
- Auuu! - w oczach stanęły mi łzy. Ból dupy wzmógł na chwilę ból głowy..., jednak galimatias
na zewnątrz trwał w najlepsze. Dopiero teraz zauważyłem, że część z ludzi na dole jest brudna, obdarta, chodzi dziwnie sztywno. Co więcej, gdy obdarci i brudni próbowali biegać, co i rusz zataczali się i potykali 
o własne nogi. Po chwili prawidłowość stała się oczywista - jakieś 30 brudnych, ubłoconych postaci ganiało po podwórku około 20 osób wyglądających w miarę normalnie, tyle, że ewidentnie spanikowanych, wrzeszczących wniebogłosy.
- Eee? - bąknąłem zaniepokojony... Ledwie trzy dni temu oglądałem 10 odcinek 18 serii amerykańskiego tasiemca grozy, i teraz, w wyobraźni wyraźnie ujrzałem kroczące krzywo, toczone rozkładem zombiaki..., oraz walecznego szeryfa, jego dorosłego już syna i nastoletnią córkę, jak razem z grupą innych zabijaków
z odcinku na odcinek koszą stada truposzy...
Ci na dole nie wyglądali wprawdzie aż tak..., ale zachowanie, sposób, w jaki się poruszali...
Chwilowo niezdolny do innego działania, podreptałem do pokoju i włączyłem TV, odpaliłem też komp. 
W TV działały tylko kanały informacyjne - wszędzie pokazywali z grubsza to samo, jednak już po chwili zrozumiałem, że po prostu „to samo”, rozgrywa się w zadziwiająco wielu miejscach na Ziemi. Wszyscy wyglądający na zdrowych i normalnych biegali w panice i wrzeszczeli, lub próbowali bronić wrzeszczących 
i rozbieganych, a wszyscy wyglądający jak trupki, chodzili sztywno zagryzając co i rusz tak obrońców, wrzeszczących, jak i relacjonujących wszystko dziennikarzy... Byłoby to równie abstrakcyjne jak wspomniany serial, gdyby nie rozgrywało się naprawdę...
Znów zabolał mnie łeb więc wlałem w siebie kolejne piwko - rausz w końcu znieczulił mnie, skutecznie wygasił ostatnie objawy kaca. W końcu mogłem skupić się na wiadomościach. Przez kilka godzin miałem nadzieję na szybkie, a pozytywne stłumienie zagrożenia. Przede wszystkim większość pracowników służb porządkowych kojarzyła zadziwiająco szybko i wkraczając do akcji przeciw obdartusom, nie wahała się używać paralizatorów, pałek i - wkrótce - broni palnej.
Broni używali też zresztą coraz liczniejsi cywile, nagle okazało się, że nie tylko w Stanach ale i w naszym kraju strzelb, karabinów i krótszej broni palnej było znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać...
Od początku uwagę moją zwróciły różnice między filmową fikcją, a rzeczywistością:
wprawdzie zombiaki nie reagowały na postrzały w kończyny, jednak trafieni w korpusy większą ilością lub większym kalibrem pocisków przewracali się i choć umierali zastanawiająco powoli, eliminowało ich to z walki tak samo, jak i trafionych w głowy.
W Rosji, USA, we Francji, służby radziły sobie lepiej niż u nas, ale u nas sytuację zrównoważyło pojawienie się rzesz ludzi ubranych w stroje i uzbrojonych w broń z innej epoki – zabłysły pierwsze kolczugi, półpancerze, hełmy, a zombiaków razić zaczęły miecze, szable, topory bojowe i dzidy, lub bagnety... Wkrótce też ulice zasłały dziesiątki, potem setki ciał zombiaków. Niestety ginęli i cywile, policjanci, rekonstruktorzy, a nawet komandosi..., a wkrótce nie sposób było odróżnić kto kim, bowiem i wśród zombiaków pojawili się ubrani jak komandosi, policjanci, b\widziałem nawet jednego z rekonstruktorów, jak sztywno kroczy w srebrzystej płytowej zbroi...
Ledwie około południa sytuacja zdrowych zaczęła przypominać tę z filmów grozy - zombiaków było po prostu „ciut” za dużo, a poza tym atakowali tłumnie i śmierć jednych, w żaden sposób nie wpływała na zachowanie pozostałych. Poza tym, walczącym w ciągu godziny zabrakło amunicji, a inne rodzaje uzbrojenia, choć nierzadko widowiskowe, skracały znacznie dystans między obrońcami i zombiakami... Przez kilka godzin losy miejskich bitew z zombiakami zdawały się rokować pewne szanse rychłego rozgromienia - bezrozumnego w końcu - wroga. Za oceanem zdrowi także wykazywali się kreatywnością - większą niż w serialach i filmach grozy... Pokazywano zombiaka zarąbanego grabiami, ktoś opędzał się motyką, innemu sztywniakowi z oczodołu wystawała plastikowa ekierka, a jakaś puszysta kobieta z Kanady, ratując dziennikarza, zatłukła zombiaka wałkiem do ciasta...
Niemniej - zwłaszcza w centrum dużych miast - sztywniaków było na pęczki i wciąż zdawali się nadchodzić nowi. Szli, atakowali, nieczuli na ból, bez uczuć, bez zmęczenia... Późnym popołudniem zdrowi byli już w odwrocie. Na tym etapie akcji większa część służb
i aktywnych cywili ograniczyła się już głównie do zaganiania innych ludzi w bezpieczne miejsca, barykadowania wejść sklepów, galerii handlowych i wszelkich innych budynków.
Zmierzch nadszedł niespodziewanie, a noc zastała setki tysięcy ludzi na świecie w bardzo nieciekawej sytuacji...
Wyłączyłem TV godzinę po zmierzchu.
Przecierając twarz, dziwnie otępiały, podszedłem do okna.
Krzyki ucichły, na podwórku nie było żadnego ciała, żadnego zombiaka, nikogo. Zrozumiałem, że muszą zmieniać się szybko, że wszyscy rano zagryzieni, teraz są już... Nie mając nic do roboty, ani nie znajdując siły by dzwonić do przyjaciół, usiadłem przed kompem. Sieć działała sprawnie, choć, jak łatwo sobie wyobrazić, panował w niej totalny chaos. Włączyłem dobrą muzę po czym poszedłem zrobić sobie coś konkretnego do żarcia, a ugasiwszy pierwszy głód, zacząłem zastanawiać się jak do tego doszło, czemu nie zauważyłem niczego nad ranem, wracając z imprezy na mieście? Gdy wysiliłem pamięć napłynęły pierwsze, oderwane od siebie obrazy. Po kilku minutach ujrzałem kilka przerywanych, krótkich „filmów”, hmmm, tak, wracając do domu widziałem wielu idących obok mnie, silnie zataczających się ludzi! Jeśli to byli oni, zombiaki, to czemu żyję? Czyżby uratowało mnie pijaństwo!?
- Hihihihiihiieieihih...., hhh... - zaśmiałem się histerycznie - jeśli obok mnie łaziły zombiaki i żaden mnie nie zaatakował, to jedyne logiczne wyjaśnienie zakrawa na bardzo ponury żart... Ha, sztywniaki musiały w swych móżdżkach kojarzyć i słabo i..., podobnie, jak ja wówczas - gość obok zatacza się, śmierdzi ( w moim przypadku głównie alkoholem ), nie wrzeszczy i nie ucieka, znaczy się - swój chłop... Znów ogarnęła mnie wesołość, ale zaraz stłumiłem ją, zakryłem usta ręką, w końcu, nic w tym śmiesznego... Zresztą, jeśli nawet tak właśnie było, nie wyjaśniało to, skąd się nagle wyroiło tylu tych... Zresztą - pomyślałem wyjątkowo trzeźwo - nawet gdyby moje domniemania były słuszne nie rozwiązywały podstawowego problemu - co dalej?
Tu w domu chyba nie było najgorzej, mocne drzwi, okna na 4 piętrze, daleko poza zasięgiem truposzy... Zapasy - parę dni nie chodziłem do sklepu, zatem - pomyślałem - trzeba sprawdzić jak stoję z żywnością. Po pobieżnym przejrzeniu kuchni stwierdziłem, że oszczędnie gospodarując mam żarcia na dziesięć dni, może dwanaście.
Woda, o tak, mieszkam na czwartym piętrze, bieżącej wody może mi dość szybko zabraknąć. Sprawdziłem przezornie, na razie była. Powyjmowałem wszelkie butelki, słoiki i garnki, miski i itp., i napełniłem je wodą... Paradoksalnie, tylko wódy i piwka miałem spory zapas, zresztą, jak trzeba, mam aparaturę, zrobię sobie bimberek, nie ma sprawy... Spojrzałem na zegar, dochodziła północ...
Znów wyjrzałem przez okno - w okolicy uspokoiło się choć, zdaje się, na obrzeżach podwórka leżało kilka ciał... Wcześniej słyszałem kilka trzasków, jakby wybijanego szkła. Wyglądało, jak by ludzie wyskoczyli przez okno, może zarażeni, może nie, szczerze mówiąc..., nie chciałem o tym myśleć, nie teraz. Otworzyłem szeroko okno - zapach nie należał do przyjemnych - słodkawy, metaliczny, lekko zalatywał zgnilizną, jednak ważniejsze były dla mnie dźwięki - słychać było jakieś odległe syreny, gdzieś kwilił ptak, ale poza tym, panowała przysłowiowa martwa cisza...
Pomyślałem, że można by wyjść na klatkę, sprawdzić, lecz po chwili rozmyśliłem się. Lepiej z mieszkania nie wychodzić, w każdym razie nie, nieuzbrojonym... Drzwi miałem mocne, antywłamaniowe, mieszkanie niedawno połączone z wykupionym mieszkaniem sąsiadów naprzeciwko, zatem na tym piętrze nie było innych ludzi..., chyba, żeby coś weszło po schodach... Poza tym miałem łatwy dostęp na dach - można będzie przekształcić go w niezły punkt obserwacyjny...
Poczułem nagłe zmęczenie, zakręciło mi się w głowie, zapewne mijał pierwszy szok...
Zarazem jednak chciałem zaktualizować informacje, zatem, zamiast zabrać się do jakiejś konstruktywnej roboty otworzyłem barek, nalałem sobie Whisky, dolałem wody, usiadłem w salonie i znów włączyłem TV.
Od razu rzucało się w oczy, że ludzie z mediów zaczęli w końcu myśleć. W każdym razie, podawano kilka ciekawych informacji. Naukowcy - na ile w ogóle dało się prognozować coś w obecnej sytuacji - na podstawie pierwszych obserwacji - ogłaszali, że zmarli na zawały, w szpitalach w których zapanował chaos, albo np., skaczący z dachów samobójcy, nie zmieniali się w zombiaki. Zmieniali się tylko i wyłącznie pogryzieni i to zaledwie po 2-3 godzinach... To ostatnie łatwo było stwierdzić także po zamieszaniu jakie z początku wybuchało, co i rusz, w zamkniętych pomieszczeniach gdzie zgromadziły się większe grupy ludzi, w tym niestety, pogryzieni.
W jednej z galerii handlowych w Wielkiej Brytanii ktoś musiał, jak ja, mieć dostęp do najświeższych danych, zatem jeszcze pod wieczór odizolowano pogryzionych od zdrowych zamykając ich w mniejszych sklepowych boksach. Dopiero teraz można było zobaczyć jak zmieniają się, zaczynają dziwnie poruszać i rzeżąc, skrzecząc, bezrozumnie pchają do drzwi i okien wystawowych... Jeśli ktokolwiek miał jeszcze wątpliwości, obserwowanie tych potworków działało jak przysłowiowe wiadro zimnej wody. Z obserwacji wynikało, że zombiaki po przemianie permanentnie traciły wzrok, kierując się odtąd głównie słuchem i węchem - lecz te zmyły ulegały najwyraźniej, gwałtownemu wzmocnieniu! Poza tym rozważano, czemu epidemia rozpoczęła się niezauważona i to tak nagle, co więcej, niezrozumiałym było, czemu zombiaki atakowały początkowo głównie w dużych i średnich miastach, rzadziej na przedmieściach, a prawie nie było przypadków na wsi... Ten problem na razie musiał pozostać tajemnicą, choć oczywiście pojawiły się pierwsze, na razie mało wiarygodne teorie... Jeden z komentatorów wyraził nawet pogląd, iż być może jakaś organizacja terrorystyczna, po porwaniu pewnej liczby osób, musiała tych ludzi infekować nieznanym czynnikiem biologicznym, a potem rozwiązła po świecie, lecz przecież trudność logistyczna takiego przedsięwzięcia..., na razie komentator został zakrzyczany. Nie było też jeszcze czasu na odpowiednie badania, nie udało się nawet wyizolować czynnika, który powodował zmiany... Za wielkie szczęście - jak by to idiotycznie nie brzmiało - uznano, że choroba powodowała zanik wyższych funkcji mózgu i częściowy paraliż usztywniający obwodowe nerwy, czy mięśnie... Z drugiej strony, zauważano - paradoksalnie trudniej było z zombiakami walczyć - sztywni, kroczący zazwyczaj w masie, nieczuli na ból i drobne zranienia, przypominali żywy, poruszający się i trudny do powstrzymania mur wrogich nam robotów...
Wszyscy eksperci podkreślali z powagą, że są plusy nawet tej sytuacji, bowiem stosunkowo łatwo było zombiakom uciec, albo się przed nimi bronić utrzymując bezpieczny dystans, lub także atakując grupowo, w zorganizowany sposób.
Żachnąłem się na te słowa, przełączyłem na inny kanał...
To ostatnie - ta „zorganizowana obrona” dotyczyła być może wojska, które gdzieniegdzie jeszcze walczyło, ale poza tym..., obserwując poprzednie wysiłki ludzi, mur „robotów” był niepowstrzymany, a to, że dołączali do nich wcześniej pogryzieni... Łatwo było siedzieć w fotelu, w bezpiecznym studiu i pieprzyć takie głodne kawałki do kamery, byle nie dopuścić do siebie prawdy..., a prawda była prosta, nim minie doba, większość ludzi będzie zombiakami, a reszcie odtąd zupełnie przetasuje się życie... Czasy wielkiej cywilizacji, psiamać, właśnie mijają, a ten „ekspert” pierdzieli tak, jak by recenzował film... Tak samo potraktowałem gadanie, że o wiele ważniejsze było, by społeczeństwa nie ogarnęła bezrozumna panika, byśmy się miarę możliwości trzymali w grupach, a przede wszystkim, nie walczyli w pojedynkę z dużymi grupami zombiaków... No kurwa, co oni, mieli ludzi za kompletnych idiotów? Przecież wystarczyło oglądać TV, by zrozumieć, że odpowiedzialni za porządek sami na to wpadli i to też niewiele dało..., poza tym co to znaczy nie wpadać w panikę, gdy idzie na ciebie spełniony w realu koszmar z horroru? Pieprzenie i tyle! Jedyna informacja, która do mnie przemawiała, to prośba, by ludzie zdrowi, wychodząc, ubierali się w jaskrawe barwy, w ramach sygnału: „żyję, jestem zdrowy, niech mnie nikt przypadkiem nie odstrzeli...” Wedle mediów, wkrótce do boju z zombiakami miały być skierowane duże oddziały wojska, komandosów i ciężki sprzęt, w tym lotnictwo..., ale jakoś za bardzo nie napawało mnie to nadzieją... Bo niby czemu wcześniej nie działało wojsko, czemu, do cholery, wśród atakujących już za dnia było sporo mundurowych? Chociaż, kto wie... Byłem jednak pesymistą - trudno walczyć z zombiakami w miastach, nie mogąc używać pełni możliwości najpotężniejszych form uzbrojenia, np., broni masowego rażenia, przynajmniej, nie zabijając przy tym większej części ocalałych - zdrowych ludzi..., a co się dzieje z małymi oddziałami chroniącymi cywili, otoczonymi przez zombiaków..., każdy mógł obejrzeć w ciągu dnia...
Dopiero po głośnym burczeniu w brzuchu zorientowałem się, że minęła już noc i zbliża się ranek, a ja siedzę przed telewizorem i tracę czas na przysłuchiwanie się jałowym dyskursom naukowców, którzy jak zwykle wymądrzali się dopiero po szkodzie... Już miałem wyłączyć TV, kiedy jeden z ekspertów pokazał wyniki wstępnych badań zombiaków. W ich ślinie stwierdzono nieznany typ bakterii nie posiadających typowego DNA, co wskazywało na ich sztuczne pochodzenie, przy czym czynnik chorobotwórczy ograniczał się głównie do śliny i ślinianek, zatem należało uważać by nie zostać pogryzionym lub i... oplutym, przynajmniej, jeśli miało się jakieś otwarte rany, zadrapania.
Złapałem się na tym, że opadają mi powieki, zasypiam siedząc... Wyłączyłem TV. Być może mieli jeszcze coś ważnego do powiedzenia lecz czułem, że muszę się przespać...
C.D.N.

( jeszcze dziś wieczorem epizod 2 )


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz