czwartek, 20 października 2016

Zombiaki po polsku - Epizod III



Epizod 3

Wynalazca II - Dziwne dni...”

Obudziłem się w środku dnia - słońce stało w zenicie, w zamkniętym szczenie pokoju było nieznośnie duszno. Wstałem i otworzyłem okna, ale nie przyniosło mi to ukojenia, wręcz odwrotnie... Zapach powietrza był przerażający - mieszanina spalenizny i zgnilizny, tylko raz czułem coś tak okropnego - gdy byłem u rodziny na wsi, obok fermy lisów, a właściwie miejsca, gdzie „utylizowano” szczątki wcześniej oskórowanych zwierząt. Łzy zakręciły się pod powiekami, nos zaprotestował, i gardło...
- Duszno - kha, khhe, khhe, akha kha... - oczy szczypią, dziwnie zimno, wieje, ale i tak śmierdzi...
Dopiero po chwili mózg się przyzwyczaja, znam to, czytałem o tym, ale to, że mniej czuję wcale mi nie pomaga, bo w końcu kojarzę zapach z wczorajszymi rewelacjami z mediów, z wybuchami...
- O kurde, to pewnie spaleni sztywni - gadam na głos, jak Piotrek...
Przymykam okno, zapalam TV, kanałów o połowę ubyło od wczorajszego dnia... Na dodatek większość pokazuje stare filmy, tu komedie, tak akcję, tu SF..., jest nawet kanał z horrorami. Tylko trzy stacje nadają normalnie - TVP1, BBC, oraz główna stacja pro rządowa w Rosji... Nie jest dobrze. Cop ja gadam, mamy przesrane. Zombiaki krążą po ulicach w zatrważających ilościach, ludzie siedzą zamknięci gdzie się da, ale rozpacz zbiera żniwo - zawały, wylewy - u ludzi, których nie ma kto ratować, głód sprawił, że gdzieniegdzie ludzie próbowali wyjść, ponoć nigdzie nie dali rady, albo zombiaki wdzierały się do środka, albo grupki odważnych nie wróciły... Do tego samobójstwa, gdzie się dało, najbardziej wrażliwi szli na najwyższe piętra i... Rosyjska stacja podawała wprawdzie, że wojsko radzi sobie i powoli zdobywa co większe miasta, a wkrótce ogłosi się wolne strefy, ale jakoś nie widziałem przekonania i radości na twarzy dziennikarza, podejrzewałem zatem, że prędzej rząd siedzi w bunkrze przeciwatomowym, a redakcja TV jest otoczona tłumami sztywnych... BBC odwrotnie, pokazywali jak jest do bólu, bez cenzury. Walki niemal ustały, wysłane oddziały wojskowe albo same były w oblężeniu, albo nie dawały znaku życia, za to wśród zombiaków dało się zauważyć więcej mundurowych... Trochę się temu dziwiłem, w końcu były te wszystkie karabiny maszynowe, śmigłowce szturmowe..., bomby kasetonowe, czemu nie skorzystano z nich? Co się do cholery stało, że uziemiono większą część sił zbrojnych? Nawet jeśli media coś wiedziały, wolały epatować koszmarem... To tym bardziej niepokoiło, ale cóż poradzić, skoro nie pokazano dotąd żadnej bazy wojskowej? Eksperci, wczoraj będący jeszcze „ekspertami”..., dawali z siebie wszystko. Radzili co i jak, wymyślali niedorzeczne sposoby obrony, lub zalecali czekać na ratunek, choć wciąż nie było żadnych informacji, co by to mogło być... Ale zbadano w miarę możliwości i czasu czynnik chorobotwórczy, tu mieliśmy prawdziwą bombę..., to nie były, jak wcześniej sądzono, żadne bakterie, ale mikro-boty, sztuczne twory, których centrum zarządzania miało sztuczny charakter, przypominając raczej nano-układ scalony, zbudowany z atomów i cząsteczek organicznych... Najwyższa szkoła jazdy, jak wyjaśnił jeden z czołowych amerykańskich biocybernetyków. Oni ( Amerykanie ) dopiero zaczęli próby nad tego typu maszynami, poziom, o którym mowa uważali jeszcze za znany jedynie z powieści SF... Zastanowiłem się - skoro czołowi naukowcy świata uważali ten czynnik za niemożliwy do wytworzenia na dzień dzisiejszy, to kto do cholery to stworzył? Jakiś pierdzielony szalony geniusz? A może obcy, ludzie z przyszłości? Co by nie powiedzieć, powiało grozą, bo skoro to sztuczny twór, prawdopodobnie nie znajdą na niego lekarstwa..., w każdym razie nie szybko. Po prostu trzeba unikać zarażenia..., po prostu...
No nic - pomyślałem - czas wyjść na pierwszy rekonesans - wyłączyłem TV i poszedłem do moich zabawek, całe szczęście, że je uprzednio tak dobrze przygotowałem... Najpierw jednak, tknięty przeczuciem poszedłem do kuchni - woda jeszcze była, choć tylko zimna..., lodówka? No tak, nie ma prądu, sprawdziłem jeszcze światło, to samo. Ale mam generator, mam świece, co mi tam. Z drugiej strony, wiem już czego nie powinienem brać ze sklepu, o ile tylko do niego dotrę... Uświadomiłem sobie jeszcze, że w mediach naszych ani innych nie było nic o nalotach, a przecież sobie tego nie wymyśliłem..., co się dzieje, do cholery... Jednak nie miałem ochoty kolejnego dnia spędzać na oglądaniu TV. Czasem cieszyłem się, jak teraz, że mieszkam sam... Zamykam lodówkę wyjmując z niej jeszcze chłodną zgrzewkę piwa i wracam do pracowni... Wiem, zapewne jestem w szoku, ten kompletny obłęd powinien mnie zaboleć bardziej, ale nie boli, może nie teraz, a może w końcu dotarło do mnie, że dawne życie się skończyło? Poczekamy, zobaczymy... Wyszukałem pojemny i wygodny plecak, torbę na łuk i pochwę, zdolną pomieścić kilka „gadżetów” do obrony... Przebrałem się w pancerz własnej produkcji, założyłem hełm, do plecaka włożyłem kolka bajerów, w tym kupiony ledwie rok temu noktowizor, do kołczanu zapakowałem zapasowe bełty i strzały..., złożony łuk. Do pochwy zapakowałem składaną dzidę i jeden z mieczy..., do ręki wziąłem tylko sportową kuszę. To powinno wystarczyć. Choć nic nie słyszę, choć mało prawdopodobne jest spotkanie żołnierzy, nie mogę tego wykluczyć. A że zombiaki są ślepe, jaskrawy strój mi nie zaszkodzi - teraz nie uważam za głupotę, wczorajszej decyzji o pokryciu pancerza i tyłu hełmu farbą w sprayu - na żółto i na fluorescencyjną zieleń... Do plecaka wkładam jeszcze nieco wody i parę gotowych kanapek, może nie są najzdrowsze, ale jakoś mało mnie to obchodzi...
Czas iść.
Ostrożnie i cicho otwieram drzwi wejściowe.
Na moim poziomie nikogo, na korytarzu cisza, wsłuchuję się w nią kilka minut..., potem zamykam drzwi, i idę po cichutku w dół... Cisza, pusto, sprawdzam kolejne drzwi na mijanych piętrach, zamknięte - albo ludzi nie było w doku, albo są ale się boją, albo też nie wiedzą już, jak je otworzyć... Na zewnątrz też cisza, dziwna, nawet ptaki nie kwilą, jak by wszystkie uciekły z miasta... Dosłownie głucha cisza, co mnie przeraża bardziej, niż wszystko co dotąd widziałem w mediach - raz, bo jest środek wiosennego dnia, dwa, bo zombiaki ponoć świetnie słyszą... Ciekawe, czy to wynik programu tych mikro-botów, czy jakaś aberracja ewolucji? Postanawiam najpierw pójść na rynek, muszę zobaczyć czego dotyczył nalot...
Idę..., to ledwie dwie przecznice, dobrze znam rozkład ulic, wiem przez które podwórko teoretycznie da się przedrzeć do mnie... Słabe pocieszenie, ale zawsze...
Idę - powoli, po cichu, rozglądając się wokół, w miarę możliwości środkiem drogi..., w survivalu jedną z rzeczy, które poznajesz, to że lepiej zwracać uwagę na ewentualne pułapki - a tak postrzegałem teraz zaułki i wyloty bram domów... W końcu, zestresowany, dochodzę do rynku i przez chwilę nie wiem, na co patrzę. Opuszczam rękę z kuszą, rozdziawiam usta... Dopiero teraz widzę do czego strzelał pilot..., wokół leży masa szczątków... To musiał być prawdziwy tłum... Zapewne wielu z tych ludzi znałem, zanim zamienili się e te..., o tym też muszę pamiętać, jeśli zobaczę np. kroczącego sztywno Piotrka, albo Kasię, to niestety, ale muszę im strzelić w łeb... Wzdragam się, dreszcz przebiega po ciele, ale zmuszam się do podniesienia kuszy i obejścia rynku dookoła...
Idę.
Powoli, po cichu, między gruzami, w świecie spowitym ni to mgłą, ni to kurzawą z pyłu, przestępując szczątki... Idę. Dopiero po około pięciu minutach, stwierdzam, że doszedłem już do wylotu ulicy, którą tu dotarłem... Ciągle niczego nie słyszę, żadnego zombiaka, żadnych krzyków, nic. Był taki film, „Jestem legendą” chyba, gość był sam i walczył z potworami..., ale miał przynajmniej psa, poza tym był chyba lekarzem, badał potwory..., ja tam o żadnego nie będę się zbliżał, zresztą po co, co może zbadać grafik-wynalazca? Gówno. No, i tego muszę się trzymać.
Wracam do domu..., ale nie zaszedłem daleko, ledwie przecznicę dalej usłyszałem jakieś charczenie i szuranie... Nie myśląc wiele chowam się w sieni najbliższego domu, oczywiście sprawdziwszy, czy tam..., ale jest pusto. Na wszelki wypadek wchodzę piętro wyżej..., potem znów, sprawdzam drzwi, zamknięte, nikogo. Schodzę na półpiętro i patrzę w dół.
- Kurwa - szepczę z przejęciem - sztywni... - nieruchomieję.
Szlo ich ulicą z sześciu, sześcioro, właściwe. Dwie kobiety i czterech facetów, raczej podstarzali, szli powoli w kierunku rynku, zapewne przyciągnął ich zapach... Gdy przeszli tak, że straciłem ich z oczu, poczekawszy jeszcze minutę, wychodzę. Na progu rozglądam się ostrożnie, już ich nie widać, musieli wejść za róg, albo doszli do rynku... i gdzieś zboczyli... Nic nie słyszę, ale idę teraz znacznie ostrożniej... Do domu dochodzę zlany zimnym potem, słaby..., czuję, że muszę się napić. Rozbieram się, przebieram w suche ubranie, bo przeziębienie nie byłoby najlepszym pomysłem..., potem robię sobie kilka drinków - dwa wypijam duszkiem, trzeci biorę do łóżka, na dziś mam dość..., nawet nie wiem, kiedy zasypiam i już, cisza.

Tym razem obudziłem się w nocy, no, nad ranem, przez chwilę nie wiem gdzie jestem, mam wrażenie, że muszę iść do pracy, dopiero po minucie dociera do mnie, że nie, już nie muszę...
Wstaję z ociąganiem, dopijam drink, robię sobie kolejny, muszę uważać wiem, że alkohol otępia, ale trochę po prostu potrzebuję... Wczorajsze „spotkanie” z zombiakami uświadamia mi, że żaden ze mnie bohater, że nie będzie łatwego celowania, że... Sześciu sztywnych, gdybym ich spotkał bez ostrzeżenia, blisko..., nie wiem czy byłbym w stanie zareagować właściwe. Podchodzę do okna, tak, widzę dwóch, idą zataczając się, na pewno sztywni, bo jeden nie ma ręki... Odruchowo cofam się o krok od okna, mimo że rozsądek podpowiada, że mnie nie widzą..., że w ogóle nie widzą. A jednak nie mogę przezwyciężyć odruchu. Oj, zabawy w żołnierzy jednak nie przygotowały mnie do sytuacji, tak jak sądziłem. Oj nie. Idę coś zjeść... zupka z puszki, chrupiący chlebek orkiszowy, jogurt owocowy i szklanka soku. Tak, było mi to potrzebne. Jeszcze rozpuszczalna witamina c i do roboty... Ubieram się, ale tym razem rozkładam zawczasu dzidę, a odkładam kuszę. Biorę za to kupiony kiedyś ( na czarnym rynku ) ak-47, plus dwa magazynki. Mam jeszcze cztery w zapasie. Lepiej narobić hałasu i musieć szybko spieprzać po rozwaleniu kilku sztywnych, niż narażać się na zbędne niebezpieczeństwo..., poza tym broń palna pozwala strzelać także szybko się wycofując...
Wychodzę swobodniej, w końcu zamknąłem drzwi wejściowe, a zombiaki nie były ponoć na tyle inteligentne, żeby radzić sobie z zamkami... Tak, na razie cisza i spokój. Wychodzę na zewnątrz, nadal cisza, nikogo w pobliżu, tamtych dwóch musiało pójść gdzieś dalej i bardzo dobrze, nie maiłem najmniejszej ochoty ich spotykać... Tym razem idę do sklepu. To tylko jakieś 300 metrów.
Gdy zbliżyłem się już do pobliskiego sklepu, widzę jak wygląda całe osiedle. Cisza, nikogo, tu i tam coś się pali, tu i tam stoją jakieś rozbite, jak i całe samochody. Nie mam prawka, ale może jednak będzie trzeba spróbować..., chyba, że spotkam kogoś, kto potrafi... Na razie nie zaprzątam sobie tym głowy. Najważniejsze, że wciąż nie widzę żadnego zombiaka... Wchodzę do sklepu z ręką na kolbie kałacha... Niepotrzebnie, nikogo. No to zamykam drzwi, klamkę wzmacniam podstawiając pod nią dzidę, z kałachem obchodzę sklep i zaplecze. Pusto. No to do roboty, odkładam broń, plecak otwieram... Znajduję całkiem sporo produktów, przede wszystkim wodę i soki, trochę słodyczy, płatków, długoterminowych wędlin i itp. Zabieram ile mogę i wracam. Jutro będzie trzeba zrobić dłuższy spacer, ale teraz..., teraz rozlokuję zapasy, zamknę się na 4 spusty i posłucham, co tam w eterze..., może sieć działa..., informacje to w tej chwili bardzo ważna sprawa...
Jednak nie uda mi się wejść do domu bezproblemowo. Tuż pod klatką stoi sztywniak, a właściwie sztywniaczka... Musiała być piękna, ale..., nie daję się zwieść jak ludzie w filmach, przekładam kałacha na plecy, bo głupotą byłoby robić raban tuż koło swojego domu... Zatem, pierwsze koty za płoty. Drżącą mimo tych myśli ręką sięgam do kołczana, wyjmuję łuk, rozkładam możliwe najciszej, wyjmuję strzałę - wszystko powoli metodycznie, bo nie powinienem chybić... Naciągam cięciwę, zwalniam ją na wydechu, jak na szkoleniu. Strzała mknie, ale mnie się wydaje, że czas zwolnił, że widzę jej lot. Trafiłem. Sztywniaczka osuwa się na ścianę i pada bezwładnie. Strzała wystaje jej ze skroni, trafienie na piątkę... Ja jednak drżę cały i nie mam siły się cieszyć. Po pierwsze, to był, kiedyś to był człowiek, piękna młoda kobietka, po drugie boję się, że hałas, choć znikomy, jednak mógł zwrócić uwagę innych. Powoli składam łuk, rozglądam się co i rusz, biorę w rękę dzidę i idę ku klatce schodowej. Nagle staję jak wryty, za drzwiami widzę twarz. Odruchowo sięgam do kałacha, ale kobieta macha do mnie, widzę strach w oczach. Zombiaki nie czują, nie reagują strachem... Przekładam broń za plecy, i widzę ulgę w obliczu za drzwiami... i dopiero teraz rozpoznaję tę twarz, to Kasia! Koleżanka z pracy...

C.D.N.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz