wtorek, 20 czerwca 2017

Zombiaki po polsku... cz. 4...

Wsi spokojna, wsi wesoła..., z zombiakami dookoła...


Mglisty poranek 30 dnia Plagi rozpoczął się dla malutkiej wsi pod-malborskiej
bardzo spokojnie. Wydawało by się, że we wszystkich ( 30 ) domach i zagrodach,
nie ma żywego ducha ( ani martwego, zresztą ). Dopiero uważniej słuchając
moglibyśmy usłyszeć senne jeszcze gdakania kur, pomrukiwania krów, może
nawet - donośne chrapanie Sołtysa...
Wieś, której nazwa nie ma już znaczenia, położona około 20 kilometrów od
Malborka, otoczona z jednej strony rozległymi polami, z dwóch gęstym lasem,
z czwartej zaś głębokim, pradawnym bagnem..., wydawałoby się, niczym
nie chroniona przed wędrującymi stadami martwiaków, nie zdradzała
najmniejszych oznak jakichkolwiek problemów...

Około 6 nad ranem, w ciszę świtu wdarły się niepokojące, choć zrazu odległe odgłosy...
W lesie o poranku, gdy wiatr nie hula i nie pracują maszyny rolnicze, odgłosy niosą się
kilometrami..., te jednak, narastały, zwiastując poważne kłopoty...
Dziwne szuranie, szelesty, uderzenia, jak gdyby szedł przez las tłum pijanych ludzi.
Niestety, wraz z narastaniem hałasu, dały się usłyszeć pochrząkiwania, warkoty,
dziwne jęki, zwiastujące nadejście Stada... i to sporego. Każdego niezależnego
obserwatora powinien w tym momencie oblecieć strach i gęsia skórka pokryłaby
ramiona. Nie ma nic gorszego, niż Stado zombiaków wkraczające do niczego nie
spodziewającej się, spokojnej wsi...

Zombi wyszły z lasu, szły zadziwiająco zgodną tyralierą, w każdym rzędzie
po 50 – 60 istot. Teraz, widząc już zabudowania, zapewne czując zapachy życia,
przyspieszyły.

Wydawało by się, miały do przejścia jedynie 200 metrów i...
… pierwszy rząd nagle zapadł się pod ziemię, dosłownie!
Ponad 50 zombiaków znikło jak zdmuchnięte. 
Drugi rząd także, i kolejnych pięć..., dopiero następni przeszli po prostu, 
po głowach poprzedników... ale nie uszli daleko. 
Zapadli się znowu, wym razem, w błotnistą maź. 
Fala smrodu ujawniła głęboki dół z gnojówką, przedtem przysypaną piaskiem 
na gałęziach sosen i świerków. Głęboki, bo im więcej lazło sztywnych, tym głębiej 
zapadały się poprzednie rzędy. W końcu jednak i tę przeszkodę pokonało,
jak dotąd, najliczniejsze stado... Śmierdzące bardziej niż dotąd i zarazem ubłocone
stwory były też bardziej powolne, jakby niepewne, zapewne z powodu zapachu,
który skutecznie zatuszował ich własne... 
Jeden z zombiaków potknął się o przeprowadzony tuż nad ziemią kabel.
Z ziemi bez ostrzeżenia podniosły się ostrza bron i kos, skutecznie rażąc
pierwsze rzędy i zatykając przejście ciałami tych, którzy nie mogli posuwać się dalej.
Jednocześnie zabrzmiał pierwszy gong dzwonu z malutkiego kościółka.

Dzwon zaczął bić w dobrym momencie - napór zombiaków przełamał 
i tę ostatnią, trzecią linię "fortyfikacji" wsi... Kolejni przechodzili po ciałach z rowu 
i śmierdzącej fosy, przełamali wał ciał z tych, którzy nadziali się na przyrządy rolnicze
i ponownie - niewzruszenie - ława za ławą, ruszyli ku zabudowaniom.

Nagle, z lewej, spod ściany lasu zabrzmiał ryk silników. Jako pierwszy ukazał się
co nieco przerobiony, przysłowiowy kombajn Bizon... Kombajn, rozpędzony
niemożliwe wjechał w tłum zombiaków i po prostu zmiótł trzy rzędy tak, jak by
to były słomiane wiązanki. Przejechawszy na drugą stronę wsi zawrócił w porę,
by rozjechać kolejne rzędy, zawrócił ponownie i rozjechał następne..., niestety,
czwartego zwrotu już nie wykonał bowiem silnik nagle się jęknął, stęknął, zaciął,
się - całe szczęście, już pod lasem...

W chór pomróków i jęków zombiaków wdarły się pierwsze ludzkie odgłosy, 
a to kopania kaloszem w płyty kombajnu, a to piękne przykłady staropolskich 
idiomów...

Jednak wieś i tym razem nie była zagrożona. Spod lasu wyjechał teraz walec,
zapewne skombinowany w pobliskim miasteczku. 
Za powolnym walcem jechał traktor, a na jego naczepie stało
20 chłopców - nastolatków, a każdy dzierżył dubeltówkę lub karabin...
Zdziwiła by się każda dawna służba państwowa, jak wiele broni palnej było
w rękach miejscowej ludności, historia jednak uczyła ludzi, że przepisy to
przepisy, a sprawiedliwość...

Co walec uczynił z kolejnym rzędami zombiaków opowiadać nie wypada,
ważne, że jadący za nim nie mieli wiele do roboty, zatem ostrzeliwali głównie
kolejne tyraliery, próbując wyłuskać jak najwięcej z tych poczwar, które stały
jeszcze na nogach. W tym momencie z lasu wyszły na szczęście, ostatnie zombiaki.
Gdy z wieży kościoła przuważono ten fakt, dzwon zabrzmiał ponownie.

Wtenczas, walec obrócił niezgrabnie i wykonał drugą rundkę..., zaś traktor z naczepą
stanął na środku pola walki i zaczął się ostrzał pozostałych jeszcze, kroczących
powoli zombiaków. Zresztą, w tym samym momencie z wszystkich zabudowań
i spod lasu wyszli dorośli i razem, w liczbie ponad 100 osób, dołączyli do
młodzieńców na naczepie. Każdy miał albo broń palną, albo odpowiednio
przerobione grabie, widły, nowoczesne wersje cepów, lub kosy na sztorc,
dawnym polskim obyczajem nastawione... Kolejna salwa wyeliminowała
wszystkich, którzy nie byli uwięzieni w rowie tuż pod lasem, oraz w dole
z gnojówką. Sołtys, rosły mężczyzna z wydatnym brzuchem i w zawadiackim
kapeluszu z piórkiem machnął ręką, na ten znak zaprzestano strzelania.
Nie było sensu marnować amunicji..., do gry wkroczyły krzepkie kobiety i starsi
mężczyźni, uzbrojeni w widły, cepy i kosy... Szybko, w ciągu ledwie kilku minut 
wykończyli zombiaki w dole z gnojówką. 
Potem ludzie rozeszli się po okolicy, a po upewnieniu, że po wszystkim
zebrali się wokół dołu, w którym nadal kłębił się spory tłumek martwiaków... 
Mieszkańcy wsi przynieśli liczne kanistry i sporo drewna...
i wkrótce zapłonął ogromny ogień...
Martwych z okolicy pozaciągano nad i wrzucano do bagna, głębokiego na co
najmniej kilkaset metrów... Pole bitwy uprzątnięto w dwie godziny,
przygotowano je na przyjęcie następnego stada, a potem wszyscy, poza piątką
uzbrojonych po zęby strażników, poszli się wykąpać w pobliskim jeziorze...

Tak oto wieś niewielka, licząca 153 mieszkańców ( licząc niemowlęta )...
rozprawiła się ze stadem, lekko licząc, 10 x liczniejszym...

Oczywiście, do bohaterów tego zajścia jeszcze wrócę...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz