poniedziałek, 19 lipca 2021

Rok 3005, miesiąc 8, dzień 6.

To był sen, dosłownie. 
Oczywiście troszkę poukładałem temat po przebudzeniu, dodałem kilka
szczegółów, niemniej..., zapamiętanie snu świadczy, że wywarł na mnie wrażenie. Miejscami bardzo nieprzyjemne, niemniej...


Ten sam Świat, a jednak całkiem inny.

Para młodych ludzi ogłada wschód słońca. 
Łososiowe barwy przed-świtu przechodzą stopniowo w czerwienie, cytrynowe żółcienie,
by przybrać w końcu odcienie wszechobecnej szarości...
Na tej planecie nie ma tlenu, a temperatury każdej doby sięgają zabójczych wartości, 
jednak im nic nie grozi. Wszelkie i zarazem wyłącznie bezpieczne wrażenia zmysłowe 
rejestrują tu jedynie ich zaawansowane awatary - androidy 11 generacji.
Tymczasem oryginalne ciała bezpiecznie pozostają na Ziemi. 

Nagle ostry sygnał budzika oznajmia domowej SI, że mija Przepisowa Godzina 
Czystej Radości. SI rozpoczyna wybudzanie. Wybudzonych karmi i przebiera, 
dostarczając zarazem plan dnia i mapę Odwiedzin.  
Pierwszą Przyjemnością tego dnia jest Praca w wielkich halach produkcyjnych. 
Dziś On nadzoruje roboty budowlane, Ona - składające jachty dalekomorskie. 
Praca polega na kilku okrążeniach hali produkcyjnej. 
Dwa razy w lewo, dwa razy w prawo. 
Zadanie zajmuje standardową godzinę, a wykonane, nagradzane jest przydzieleniem 
kuponów na zakup wielu Prezentów.
Spacery są bardzo ważne, co najmniej 20 tysięcy kroków dziennie. Są Przyjemne, 
ponieważ wynikają z Prawa Przyjemności i pozwalają zainkasować odpowiednio
dużo Prezentów oraz Bonów Zakupowych. 
Drugą (obowiązkową), Przyjemnością dnia - będą odwiedziny w salonach piękności, 
gdzie piękno-boty postarają się ich jakoś udoskonalić, dziś zlikwidują wczorajsze
tatuaże i zrobią inne, zdejmując i nakładając nowe warstwy syntetycznej skóry... 
Gdy nadchodzi koniec codziennej dawki Przyjemności - zmierzają na najbliższy 
dworzec, gdzie odwożeni są do Jutrzejszego Domu
Od 16 urodzin codziennie zwiedzają planetę i pobierając Prezenty, zaliczają 365 
Nowych Domów na rok. Chodzi o zwalczenie Atawistycznego Przyzwyczajenia 
z przeszłości. Ciągła podróż po świecie, zachowanie wszystkich zasad, pozwala 
im przeżyć (Obowiązkowo, Zdrowo i Przyjemnie), całe 54 lata. 

Po osiągnięciu Wieku Granicznego zostaną bezboleśnie uśpieni i zmienieni 
w bio-paliwo, dla wciąż rozrastającej się floty cyber-organicznych okrętów 
międzygwiezdnych - które dzięki (m.in.), zagięciom czasoprzestrzeni i efektom 
dylatacji czasu - podczas osiągania prędkości przyświetlnej - podróżują do odległych 
planet - by powrócić ledwie w kilka miesięcy... 

Ale młodzi niczym się nie martwią, dalekosiężne plany planetarnej SI są im nieznane. 
Mają dopiero 20 lat i jeszcze wiele Przyjemności przed nimi. W Planach Standardowych
mają także wychowanie potomstwa, które ma szansę trafić do którejś z planowanych
Kolonii Pierwszego Podboju... 
Oni jednak trwają w planach światowej SI - z dnia na dzień - teraz np., oglądając zachód
słońca na poznanej już tego dnia, odległej planecie.

Na Ziemi nie zobaczyliby nic. Domy nie mają okien, a nawet gdyby miały, zobaczyliby 
tylko ciągnący się po horyzont, ponury las cyber - bio drapaczy chmur, sięgających
naturalnej pokrywy obłoków i wciąż rosnących, rosnących, rosnących... 
Oni żyją na Poziomach - od 1 do 5, ponieważ tylko przy-powierzchniowe,
Dolne Poziomy objęte są Prawem Przyjemności i dają złudzenie dawnego świata... 
Dopiero po odchowaniu potomstwa trafią na górne pułapy, by zasiąść w komorach rzeczywistości wirtualnej i nigdy już z nich nie powstać...

Koniec. 


czwartek, 25 lutego 2021

Szeroki żyta łan...

Sierpniowe popołudnie, parne, gorące. Nawet ptaki ucichły. Siedzą licznie między 
długimi, dojrzałymi źdźbłami żyta. Większość pól w okolicy jest już skoszona, 
tam żadne zwierzę nie znajdzie ochrony.

Około piątej po południu nad głębokim błękitem nieba zaczyna dominować 
szarobrunatny odcień grubych, burzo-nośnych chmur. W pół do szóstej łanem żyta
zaszargał pierwszy, ostry poryw wichury, niebo sine, w odcieniach indygo i szarości, 
nie napawało optymizmem...

Ledwie kwadrans później szalała nad okolicą prawdziwie imponująca nawałnica. 
Deszcz ciężkimi kroplami przygniatał dojrzałe kłosy żyta, nawadniał spragnione łąki
i pola w całej okolicy. Ludzie w pobliskich wsiach chowali się w domach, niektórzy
schodzili nawet do piwnic, patrząc z niepokojem na skłębione, ciemne niebo.

Słońce przebiło się przez chmury dopiero około ósmej wieczorem.
Ludzie powoli wychodzili z domów, oglądali podwórza. Promienie zachodzącego 
słońca złociście rozświetlały się miliardem odbić wilgoci - pokrywającej pola, 
drogi, roślinność, drzewa i sprzęty domowe. 

Tylko jedno miejsce zmieniło się nie do poznania. Zniknął nieskoszony dotąd łan żyta. 

Co ciekawe, dopiero gdy go zabrakło, a teren zryty był wgłębieniami i czarny,
dosłownie spopielony licznymi wyładowaniami, ludzie z okolic zaczęli się zastanawiać. 
Co roku ten wycinek pobliskich pól był obsiewany żytem, ale nikt nie pamiętał, 
by kiedykolwiek je koszono..., zdaje się, że żyto zawsze rosło sobie spokojnie, schło 
potem lub gniło jak stało, a dopiero następnego roku oczyszczano poletko i zasiewano 
od nowa. 
Kto to robił, i kiedy? 
Nikt nie chciał się przyznać. 
Dziwne, pomyśleli, a potem rozeszli się do swoich zajęć. Nadchodził wszak wieczór, 
a jutro rano jak zwykle, roboty czekało w bród. 

Około północy - polną drogą - najbliższą zniszczonemu przez burzę poletku,
nadjechał dziwaczny pojazd. 
Czarny, pozbawiony świateł i szyb, przypominał pancernego żuka, któremu ktoś 
z pokrętnym poczuciem humoru zamienił odnóża na osiem ciężkich, szerokich kół. 
Wierzchnie pokrywy dziwnego pojazdu rozsunęły się ku górze, znów przypominając
działanie skrzydeł chrząszcza, a z wnętrza wysiadło czterech potężnie zbudowanych
jegomości, odzianych w kanciaste, połyskujące w blasku księżyca, czarne pancerze.
Zaraz za nimi z pojazdu wysiedli dwaj mężczyźni - równie jak rycerze, nie pasujący 
do współczesnej wiejskiej okolicy... Pierwszy był wąskim w ramionach, 
za to niezmiernie wysokim mężczyzną, przyodzianym w strój przypominający staromodny frak, a drugi - gruby jak kulka, krótkonogi jegomość - odziany był 
w elegancki grafitowy garnitur - tak nieproporcjonalny, że ewidentnie szyty na miarę. 
Szaro odziany grubasek szerokim gestem wysunął zza pazuchy świecący delikatnie, 
cienki arkusz, który rozprostowując się, zamienił w twardy podkład, pokrywając całą
przestrzeń między drogą, a środkiem wypalonego burzą poletka... 
- Marszałku Jiig - raczy Pan stąpać jak należy! 
- Dziękuję - mężczyzna odziany w strój przypominający frak ukłonił się lekko 
i bez wahania wkroczył na płaską powierzchnię. 
Za nim podążyli pozostali.
Dziwna powierzchnia zajarzyła się pod ich stopami lekkim zielonkawym blaskiem, 
ale nie ugięła nawet na minimetr. Gdy podeszli do krańca świetlistej powierzchni, 
czterech barczystych ludzi wzięło się do roboty, oczyszczając i odgarniając ziemię 
dziwnymi przyrządami. W środku leja, na głębokości około metra, spod ziemi wyjrzał
kanciasty przedmiot wielkości sporego mebla. 
Znów kręcąc dziwnymi pokrętłami, wysuwając z przyrządów długie metalowe wypustki,
barczyści ludzie wyciągnęli przedmiot na powierzchnię ziemi i ostrożnie przenieśli 
na szeroki tył pojazdu. Elegancki mężczyzna w dziwnym staromodnym fraku przyjrzał
się spokojnej o tej porze okolicy, popatrzył uważnie na zabudowania, skoszone pola, 
bujne łąki...
- Szkoda. Niedługo zburzony będzie porządek rzeczy, jaki znają. 
- Tubylcy, Panie? Czym tu się przejmować... 
- Kiedy dożyjesz trzeciej setki, Kapłanie II stopnia, może mnie zrozumiesz. 
- Oczywiście, Panie Marszałku, nie chciałem urazić - pyzaty jegomość w szarym 
garniaku schylił się w pokłonie głębszym niż zdawało się możliwe 
(biorąc pod uwagę jego pokaźny brzuch). 
- Czy oczywiście, czy nie, czas pokaże. Tym niemniej, szkoda ich. Nawet nie wiedzą 
jaką wartość miał artefakt, który leżał w ich ziemi... Nic to, po wszystkim będą już żyli
innym rytmem i nic nie może tego zmienić. 
- Nic? - zabrzmiał cichy szept z ciemnego krańca pola...
Barczyści mężczyźni - zakuci w czarne pancerze - odwrócili się jak jeden mąż 
i czym prędzej odrzucili dziwne aparaty - sięgając jednocześnie za plecy
i wyćwiczonym, równym tempem - wyciągnęli zza nich szerokie ostrza krótkich, obosiecznych mieczy. 

Nie zdążyli zrobić nic więcej!. 

Zza drogi rozbrzmiał szereg szybko powtarzanych trzasków! 

Gdy ostatni rozstrzelany rycerz upadł na ziemię, zza drogi wychynęło kilkoro 
odzianych w nieprzeniknioną czerń mężczyzn, uzbrojonych w kałasznikowy..., 
a na skaju pola widzenia dwójki stojących nieruchomo postaci - objawił się wysoki,
nieprawdopodobnie szeroki w barach mężczyzna, ze skroniami pokrytymi siwizną.
Także ostatni gość odziany był w aksamitną czerń, lecz zamiast karabinów, 
w jego obu rękach połyskiwały ostrza niemal czarnych mieczy
- Zdrajco! - wrzasnął okrągły kapłan i wyrwawszy zza pasa dwa srebrzyste sztylety 
skoczył ku wrogowi. Walka trwała kilkanaście sekund, czyli znacznie dłużej, 
niż wydawało się możliwe. Gruby jegomość w szarym stroju poruszał 
się z zadziwiającą prędkością i gracją, kilkanaście razy o włos mijając lub sprawnie
blokując ciosy czarnych mieczy przeciwnika. Przeliczył się w momencie, gdy zszedł
z twardej, cienkiej powierzchni, którą niedawno sam rozścielił na ziemi!
Gdy tylko jego noga utkwiła grząskim gruncie, pośliznął się i dosłownie nadział 
na szerokie, ciemne ostrze przeciwnika. Zadrżał, sztylety wypadły mu z rąk. 
Zapatrzył się ze zdumieniem w oczy zwalistego wroga i oklapł, wyziewając ducha. 
Odziany w czerń olbrzym jednym skąpym ruchem wydarł ostrze z trzewi kapłana 
i natychmiast ustawił się bokiem do jegomościa we fraku, który jednakże, zerkając 
na ludzi uzbrojonych w karabiny maszynowe, cały czas trwał w bezruchu. 
- Komendant Rech. Cóż za spotkanie. Ileż to już minęło? Siedemdziesiąt 
ziemskich wiosen? 
- Siedemdziesiąt dwie, dwa ziemskie miesiące, cztery dni, jedenaście godzin
i 32 sekundy, parszywy stary draniu... Zrobili Cię marszałkiem..., gnoje
- Stary? Ha, w naszym świecie minęło ledwie dwadzieścia lat, teraz jesteś 
13 standardowych zim starszy ode mnie - zaśmiał się jegomość we fraku. 
- Ciekawe - ciągnął, udając, że nie niepokoją go agresorzy z kałachami w rękach, 
- Co chcesz osiągnąć? Przecież wiesz, że prędzej czy później dostaniemy to 
- machnął w kierunku artefaktu - a wówczas przejmiemy władzę nad tym światem... 
- Mylisz się palancie, bardzo się mylisz - tu skinął głową i wszyscy ludzie stojący 
przy drodze otworzyli ogień. Odziany we frak mężczyzna podrygiwał w takt 
uderzających w jego ciało kul. Gdy po chwili upadł na dziwną, zielonkawo błyszczącą
powierzchnię, ta zwinęła się gwałtownie, pokrywając całe jego ciało i tężejąc 
jak nieprzenikniony, metalowy kokon. 
Zwalisty mężczyzna uśmiechnął się pod wąsem, zapakował kokon pięć pozostałych 
ciał na dziwaczny pojazd, a potem wraz ze swymi ludźmi wsiedli i odjechali. 

Rankiem, miejscowi ponownie zebrali się wokół dziwnego poletka, będącego ledwie
wczoraj - nieskoszonym łanem żyta i komentowali z zaciekawieniem głęboki dół..., 
którego przecież o zmierzchu jeszcze nie było. 
- Sołtysie - co to za cholerstwo? 
- A skąd ja mam to niby wiedzieć. 
- Nikt nic nie słyszał w nocy, Kazikowa mówiła, że jakby coś strzelało? 
- Nic nie słyszelim. 
- My też. 
- My tak samo. 
- No i nad czym się tu głowić - sapnął Sołtys - ktoś zasiał żyto by coś ukryć, 
nie patrzyliśmy uważnie, nie znaleźliśmy, burza poniszczyła poletko, no to 
ten, który tu coś ukrył, pośpieszył zabrać to to w nocy, zanim ktoś zaczął 
pytać, albo sprawdził... Ubiegł nas, nic tu nie ma, ot dół w ziemi. Na co tu 
patrzeć. Chodźta ludziska, idziemy swoje sprawy załatwiać... 

Jak Sołtys rzekł, tak i zrobili. 

Tylko ten ostatni wiedział z grubsza, co tu ukrywano, wszak sam to poletko obsiewał... 
W końcu, mieściło się w granicach jego gruntów po ojcu, niezbyt urodzajnych, 
zatem zostawionych w większości swojemu losowi... Trochę żal mu było grubych 
zwitków banknotów (nielichych nominałów), jakie co roku dostawał za kooperację 
z tamtymi..., ale cóż, wszystko co piękne, szybko się kończy... 

Koniec... Ciąg dalszy..., jest możliwy ;) 







niedziela, 21 lutego 2021

Straszni - niegroźni...

Waldek z Piotrem i Remkiem - przyjaciele na śmierć i życie, regularnie - co drugi 
weekend - wybierali się na obecnie już bezkrwawe polowanie. 
Połączyła ich przygoda, która odmieniła - nie przesadzając, cały świat... 
Zaczęli bowiem dziesięć lat wcześniej. Był maj roku 2028. 
Dla Remka był to wówczas w ogóle pierwszy łowiecki wypad w życiu. 
Wynajęli chatę w środku puszczy, dobre 30 kilometrów od najbliższej wioski. 
Zabrali się nowym Jeepem Piotra. Planowali pobyć w lesie kilka dni, zabrali 
też wędki, aparaty, sporo wszelkich gadżetów. 
Plan był piękny, ale nie wypalił.  
Zaraz po przyjeździe, rozpakowaniu gratów i małym piwku na dobry humor..., 
poszli na rekonesans - popatrując ironicznie na Remka, z zabawnym 
zaangażowaniem wpatrującego się w kompas. 
Przeszli kilometr i nagle, jakby za dotknięciem niewidzialnej ręki stanęli, patrząc 
na postać, której noga utkwiła w kłusowniczym potrzasku. Przetarte gdzie nie gdzie,
dokumentnie brudne ubranie, na wpół rozerwana noga na wysokości zębów potrzasku 
(w połowie łydki mniej więcej), słowem - stała opodal nich postać z koszmaru,
a raczej, wprost z filmów klasy b..., albo i z.
- Z, jak zombi... - mruknął Piotr, wyrywając ich z zamyślenia. 
Tak, to co stało przed nimi, nie było już człowiekiem. Zapadłe oczodoły, 
sino - brązowa skóra i widoczne gdzie nie gdzie kości łokcia, kolana czy żeber, 
a także stęchły, słodkawy zapach - wskazywały dobitnie, że to żadna maskarada,
żaden prank, nikt nie wyskoczy zza krzaka z kamerą, śmiejąc się z ich min... 
Stężałego zdumienia, odrobiny strachu, niemal stuporu. 
Co ich ponownie zaskoczyło, stwór nie zaczął, jak w filmach, ryczeć nieludzko, 
ani szeptać złowieszczo, nie zamlaskał, nie wyciągnął ku nim ramion. 
Po prostu wciąż przestępował z nogi na nogę, dreptał wokół niemal 
rozerwanej nogi i potrzasku, wykonywał dziwnie kanciaste, urywane ruchy 
ramionami... Głuchy, ślepy, najwyraźniej w ogóle pozbawiony zmysłów. 
Niegroźny, choć niewątpliwie straszny. Burzący wszelkie poczucie normalności,
codzienności, przewidywalności ich świata..., w ogóle, świata takiego - jakim 
im się dotąd zdawał. Bo jakże to, zombi? Realny zmarły, który wciąż się poruszał,
napędzany nieznaną, pozornie zaprzeczającą logice siłą? Jakim cudem? Cudem? 
Doszli do siebie dopiero po paru minutach. Wciąż spodziewając się złego, 
jakiejś agresji, cienia świadomości, że są w pobliżu.
Powoli, ostrożnie obchodzili stwora dookoła. 
Ten jednak pozostał całkowicie głuchy / nieczuły na ich kroki, na przyspieszone 
oddechy, poruszenia ubrań i pobrzęk rzeczy, które trzymali w dłoniach. 
Dopiero gdy otoczyli stwora w bezpiecznej, jak im się zdawano, kilkunastometrowej
odległości, zaczęli najpierw szeptać, potem głośniej i swobodniej komentować 
niezwykłą sytuację, w jakiej się znaleźli. 
- Kurde, jak to w ogóle możliwe... 
- Mnie nie pytaj. 
- Ani mnie, to nie na nasze głowy. 
- Co z nim zrobimy? 
- Zrobimy? My? Zadzwońmy gdzieś. 
- Gdzie? 
- Do nadleśniczego?
- Lepiej na policję. 
- Albo wojsko, czy do szpitala, k..., gdzie się w ogóle dzwoni w takich...
- W siakich. Takich sytuacji nie ma..., znaczy, chyba nikt tego nie przewidział, 
wiecie, tak na poważnie... 
- Piotr - zwrócił się do najstarszego z nich Waldek - zacznę nagrywać 
a Ty może..., może byś tak mu coś odstrzelił, dla pewności? 
- Żartujesz? A jak on jednak...
- Żyje? Jak to może żyć, jak mu już kości tu i tam wyłażą na światło dzienne? 
- Ale się rusza, nie? 
- Ale nie oddycha, popatrz uważnie... 
Wszyscy zapatrzyli się w stwora, minęło kilka minut.... 
- Jasna cholera i trąd, faktycznie - sapnął Remek i podniósł leżący obok 
kamień, taki spory, jak zaciśnięta pięść, i rzucił, rzucił nim w stwora, zanim 
zdołali zaprotestować! Trafiony w ramię stwór okręcił się, niemal przewrócił,
a potem jak gdyby nigdy nic, znów zaczął poruszać się sztywnymi, rwanymi 
kroczkami, tak, jak by kamień w ogóle go nie wzruszył. 
Milczeli, przyglądając się widziadłu. 
W końcu Piotr bez słowa zdjął z ramienia karabin, wyciągnął z pasa na biodrze 
pocisk, zarepetował broń, niedbale wycelował i strzelił. Strzał odłupał kawałek
ramienia stwora, impet znów zarzucił nim jak marionetką, jednak i to nic 
nie zmieniło. Gdy przebrzmiało echo wystrzału, a zombi nadal dreptało wokół 
potrzasku, też bez słowa - Remek wyciągnął z plecaka smartfon, wystukał numer
i zadzwonił na policję, na numer alarmowy. 
- Tu policja, słucham? - zabrzmiał nieco metaliczny, zniekształcony głos 
dyspozytora. 
- Hm, khm, proszę Pana, mamy tu..., znaczy, sam nie wiem, bardzo dziwna 
sytuacja. 
- Może Pan mówić jaśniej? - irytacja w głosie policjanta przebiła się nawet 
w metalicznym zniekształceniu głosu...
- Daj to - Piotr zabrał Remkowi smartka. 
- Proszę Pana, wybraliśmy się na polowanie, jesteśmy (tu podał namiary), 
zrobiliśmy wstępny wypad, trafiliśmy na ciało... 
- Ciało? 
- Tak, jakiś kilometr na północ od chaty w metalowym potrzasku, 
kłusowniczym, z rozerwaną nogą, jest ciało. Ludzkie. Gość nie żyje już 
dość długo... Widok jest..., trudno mi to opisać, to trzeba zobaczyć... 
- Rozumiem, zaraz zadzwonię do najbliższego patrolu, podam im panów 
numer, powinni wkrótce zadzwonić. Czy mogą panowie zostać na miejscu? 
- Oczywiście. 
Kliknęło. Piotr podał smartfon Remkowi. 
- Co tak patrzysz, myślisz, że jak bym mu powiedział o zombim, to by 
tu przyjechali? 
- No tak - sarknął Waldek - prędzej przysłali by tu kogoś z wariatkowa... 
Około pięciu minut później zadzwonili do nich z pobliskiej komendy, 
ustalono co i kiedy, i znów czekali bezczynnie. 
Rozmawiali cicho o niczym, trudno było normalnie gadać, gdy obok 
dreptało to coś..., co kiedyś było przecież żywą istotą i to ich gatunku. 
Chociaż, przegadali i to, wcale nie lepiej byłoby, gdyby był to jeleń 
albo dzik... Wcale nie lepiej. 
Policja przyjechała po dwudziestu minutach. Piotr poszedł po nich..., 
uprzedził, że widok jest przedziwny, ale na to trudno było się przygotować
i teraz oni patrzyli, jak policjanci stają nieruchomo, rozdziawiają usta, 
wytrzeszczają oczy..., i stoją tak, bez ruchu, jak by ich jasny szlag trafił! 
Stali sobie tak ze dwie minuty, gdy Remek nie wytrzymał i chrząknął dość 
głośno. Policjanci drgnęli silnie, zaczęli przecierać oczy, poruszali się powoli, 
jak by obudzeni ze snu. Jednak wciąż nie spuszczali wzroku ze stwora.
- Co to k**wa jest! 
- Co to k..., nie... 
- Niestety - przerwał im Piotr - to jednak jest żywy trupek. Na szczęście 
najwyraźniej nie słyszy, nie widzi i nie czuje naszej obecności. Można powiedzieć, 
że to sprawdziliśmy. 
- Zbliżał się Pan do niego, dotykaliście go? - policjant spojrzał na nich ostrożnie... 
- Nie, aż tacy głupi nie jesteśmy, i też oglądaliśmy filmy..., po prostu 
obchodziliśmy go parę razy i jesteśmy tu już niemal godzinę, a on nic. 
Poza tym Remek przywalił mu kamieniem, a ja..., no cóż - poklepał ręką
po karabinie... 
- I on nic? Żadnej reakcji? 
- Żadnej. 
- Ale jak to w ogóle... Trzeba do kogoś zadzwonić!
- No i zadzwoniliśmy... 
- E..., no tak, ale..., dobra, rozumiem - starszy policjant wyjął służbowy telefon... 
Odszedł na bok, słyszeliśmy jak rozmawia, jak krzyczy, zarzeka się, że to nie żart, 
w końcu zaczyna rzucać takimi wiązankami, że im uszy więdły... 
Wrócił. Blady, acz wyraźnie wkurzony... Milczeli. 
- Hm, khm, khm, no no, już, nie ma czym się przejmować, znaczy jest - machnął 
ręką na zombiaka - jasne, że jest..., ale, no nie patrzcie tak, musicie tu zostać.
Przyjadą..., przyjadą po nas, jakieś ekipy medyczne, coś tam, wojsko i nasi. 
Za godzinę zaczną się zjeżdżać. 
- A po co my tu - z głupia frant zapytał Waldek...
- Kwarantanna. Nie wiemy co to, co to, jak to, czemu tak..., musimy sprawdzić, 
zbadać. 
- Jassne..., ale zaraz będzie ciemno... 
- Wytrzymamy - uciszył ich Piotr - Wytrzymamy proszę Pana. 
- No i dobrze. Chodźcie, usiądziemy sobie pod tamtym dębem i pogadamy, 
opowiecie mi wszystko - i poszli. 
Nie czekali godziny, już 43 minuty później nadleciał śmigłowiec, spuścili się w dół 
na linach jacyś komandosi, zabezpieczali teren, trzymając się na dystans. 
Potem nadjechały wozy policyjne i wojskowe. Tworzyli kordon jakieś 50 
metrów od nich... 
- No teraz w końcu jest jak na filmach... - sapnął młodszy z policjantów. 
- Co nas raczej nie pociesza - westchnął Waldek... 
- A no nie - przytaknął mu Remek. 
- Ale posiedzimy grzecznie na dupkach, żeby nic nam się nie stało, tak,
jak na filmach, co nie, chłopcy? - sarknął Piotr... 
- Jasne. 
- Jasne, spoko. 
- No i dobrze - podsumował starszy policjant. 
Znów siedzieli cicho, przyglądając się, jak w gasnącym świetle dnia rozbłyskują 
elektryczne lampy i reflektory, krząta się wokół coraz więcej ludzi. 
W końcu, około 22.00 podeszło do nich dwóch facetów ubranych jak w szpitalach 
za czasów pandemii... 
- Dobry wieczór, Panowie - skłonił się pierwszy - jesteśmy z PSZ, no wiecie, 
Państwowe Służby Zakaźnicze. Na pewno słyszeliście - pokiwali głowami...
- Zatem - skinął głową drugi - poprosimy Panów o dokładną relację z wydarzeń 
dzisiejszego dnia.
Zdali ją..., po kolei i razem, zadawano im rozmaite pytania, trwało to około 
20 minut. 
- Dobrze, Panowie, bardzo dobrze..., no to zapraszamy do dekontaminatora. 
- Gdzie? 
- Do tamtej ciężarówki - będziecie się Panowie musieli rozebrać, poddać 
natryskowi, badaniom, dostaniecie standardową szczepionkę - m.in., na 
wściekliznę, podamy wam antybiotyki. Potem spędzicie noc w tamtym 
namiocie - wskazał namiot wyróżniający się soczyście żółtą plandeką. 
- A jutro pomyślimy, co dalej. 
Tak też zrobili.
A potem, a  potem dużo się działo, zjawiły się media, ktoś rankiem przeleciał 
nad polaną dronem, który zresztą, zaraz spektakularnie zestrzelono.  
Kilka kolejnych dni wypełniały im badania, zastrzyki, wywiady, pytania, 
ustalenia. Parę razy przez kordon przedarły się kolejne latające i kroczące 
drony dziennikarskie. Zatem z tajemnicy, tak typowej dla filmów grozy 
nic nie wyszło, i..., już koło południa drugiego dnia od znalezienia dziwadła, 
trąbiły o tym media na całym świecie... 
Wrzało w social mediach, sypały się niewybredne komentarze, powstawały 
liczne filmiki i analityczne rozkminy na kanałach video, zaczęły się demonstracje,
samobójstwa, ludzie masowo przeczesywali okolice zamieszkane, w strachu 
przed zombimi, a nawet gdzieś w Ameryce zastrzelono kilku włóczęgów, 
bo się komuś wydawali "za mało ludzcy"... 
Świat niemal stanął dęba. 
W tydzień! 
A to był dopiero początek..., bowiem niestety, znaleziono kolejnych. 
W ciągu miesiąca niemal 1000 "żywych" martwych. Na całym świecie. 
W ponad 60 państwach na wszystkich kontynentach. 
Ludzi opanowała histeria. 
Wybuchały zamieszki. 
Ale najgorsze było to, co się działo z umysłami - w końcu właśnie nieznana 
siła zakwestionowała wszystko, w co wierzono. Świat zmierzał ku chaosowi
sam z siebie, i inaczej niż w filmach, zombi wcale nie były groźne - tak same
z siebie. One były zupełnie bierne, ale..., sam fakt ich istnienia sprowadził
zagrożenie na cały globalny ład.
A wówczas oni sami zaszyli się w innej głuszy. W domku letniskowym 
na Kaszubach, spadku po dziadkach rodzeństwa Waldka. W sześcioro, 
oni i ich dziewczyny. 
Oglądali telewizję, ale poza tym dni spędzali na wszystkim, tylko nie 
na śledzeniu wariactwa, które sprawiało, że tracili wiarę w to, co widzą 
i słyszą. Świat tymczasem pogrążał się w coraz głębszych odmętach 
szaleństwa, szczególnie tam, gdzie nauka stykała się..., z religią. Religiami. 
Wszystko skończyło się jak nożem uciął w pierwszej połowie listopada. 
Wykryto przyczynę. Jeszcze gorszą..., albo może lepszą, kto to wie? 
Z badań wyszło, że za długotrwałą, pozorną aktywność ciał 
(jak się z czasem okazało, nie tylko ludzkich), odpowiadały przedziwne
ameby, jednokomórkowce, silnie namnażające się w pewnych warunkach. 
Najdziwniejsze było jednak pochodzenie tych istot. 
Powiązano je ściśle z deszczem meteorów, który nawiedził naszą planetę 
ledwie rok wcześniej, w roku 2026... 
Drobnoustroje były niegroźne dla żywych istot, ale..., były w nich i raj 
namnażania rozpoczynały, gdy zamieniały się z grzecznych elementów 
mikrofauny organizmu, w typowego padlinożercę... 
Niby nie wszystko tym wyjaśniono, ale lepszy rydz, niż nic. 
Najbardziej cieszyli się ludzie z NASA i podobnych firm na świecie. 
W obliczu stwierdzenia pierwszego organizmu - z pewnością spoza 
naszej Planety - bardzo wzrosło zainteresowanie tym tematem i eksploracją 
kosmosu... 
Nie tak wyobrażaliśmy sobie pierwszy Kontakt, odkrycie ufoludków..., ale..., 
z dwojga złego..., zwłaszcza, że lekarstwo odkryto już rok później, a po roku 
2030, temat zszedł daleko na drugi plan, wobec kolejnej Pandemii... 
Oni, w Trójkę - bo dziewczyny nie wytrzymały z nimi zbyt długo - wciąż 
powtarzali swoje wypady, wciąż jeździli razem, niby, na polowanie. 
Faktycznie po to, by na jakiś czas oderwać się od codzienności i szukać 
w cienistych borach innych ciekawostek. Polowali, ale już raczej 
z dyktafonem, kamerą i aparatem... 

Koniec. 



piątek, 8 stycznia 2021

Imperium cz.1 / Epizod 1.

Enklawa Nowy Amsterdam, rok standardowy 3534, Układ Słoneczny RH 21,
200 lat świetlnych od Układu Centralnego. Peryferia Imperium.
Godzina standardowa Enklawy - 11.23.

Wokół planety i w kilku innych lokacjach układu planetarnego Enklawy 
krążyło wiele cylindrycznych, rozszerzających się ku górze obiektów, 
stabilizujących swoją pozycję orbitalną w przestrzeni układu - małymi 
silnikami manewrującymi i żaglami słonecznymi... 
Były to ogromne forty badawczo - wydobywczo - obronne  - obiekty 
zapewniające planetom i pracownikom kosmicznym właściwe zabezpieczenie
 w razie wypadku, napadu rebeliantów, piratów lub dowolnej obcej armii 
z konkurencyjnych kolonii..., nie zdarzało się to często, Imperium raczej 
dobrze radziło sobie z wszelkimi tego typu zagrożeniami, ale też..., tylko 
głupcy nie zadbaliby o tę formę obrony, chroniącą powierzchnię zamieszkałych 
planet, a także poza-planetarnych kopani i stoczni. 
W Czwartym Forcie około-planetarnym mechanik Janek, skończywszy 
właśnie pracę przy podgrzewaczu sub-atmosferycznym, wszedł do messy. 
- Cześć Janek - zawołał z drugiego końca sali wielki, barczysty, brodaty 
mężczyzna w zielonym kombinezonie biologów Enklawy 
- Choć no tu, miejsce Ci zająłem! 
- Cześć Rem, cześć, widzę, zadowolony jesteś - odpowiedział chudy 
jak patyk, niziutki, blond włosy Janek.., klon 4 generacji pewnego 
znanego aktora XX wieku, jeszcze ze starej Ziemi...
- A Ty nie? - znów  się coś popsuło? 
- A żebyś wiedział. Dawno już gadałem z magazynierami Enklawy, 
że zasilacze podgrzewaczy sub-planetarnych zaczynają szwankować..., 
eh, dobrze, że w końcu przysłali części, jeszcze dwa trzy dni i będzie 
w porzo, ale pracy mam... 
- No tak, Frank z piątki - (Piąty Fort około-planetarny) - wspominał..., 
ale skoro już przysłali, to zaraz będzie z głowy..., ja za to, widzisz, ba  
my - w ogóle, biolodzy zgrupowani we wszystkich Fortach i w Stoczni, 
mamy dziwne odczyty aktywności bakteryjnej, namnożenia glonów, 
ostatnio nawet jakiś kretyn przeniósł owoce Keri bez dezynfekcji 
i mieliśmy mini-epidemię Tago..., sześciu musieliśmy zcyborować,
nanoboty, egzoszkielet i żyją, ale..., to jednak inne życie, sam mózg 
w maszynie... 
- Brr, nawet nie wspominaj, nie wyobrażam sobie być...
- Nie przesadzaj, bio-cyborg 5 generacji może pracować w przestrzeni 
bez skafandra, możesz walczyć bo rzadko komu udaje się zniszczyć tak 
dobrze chroniony mózg, możesz być w ekspedycjach eksploracyjnych, 
kartograficznych, poznawać i dokumentować życie na innych planetach..., 
teraz coraz rzadziej w załogach spotkasz pełno-ludzi... 
- Jak to? 
- Wiesz, wszędzie są cięcia, oszczędzać każą na wszystkim. Imperium 
się spręża, odkąd odkryto Ryynów i Reenów..., obie cywilizacje niby
w odległych częściach galaktyki - ale odkryte na raz, dosłownie w ciągu 
miesiąca. Na dodatek obie nas jeszcze nie znają, a są ewidentnie mocarstwami 
charakteru militarnego..., pojedynczo może byśmy się nie przejmowali, 
Ziemianie mają teraz tyle Układów, Kolonii, Enklaw, sub-kolonii 
księżycowych, około - słonecznych i wolnych, że spoko, poradzilibyśmy 
sobie.  Ale dwie takie na raz, zdolne z pewnością wykryć ślady bitew na skalę 
kosmiczną..., uuu..., oszczędzamy, zbroimy się... Sam wiesz - nawet tu w trzy
lata dodali 6 Fortów, wszystkie nowej generacji, lepiej uzbrojone... 
- OK tylko co to ma... - tu zamilkł, bo olbrzym przerwał mu machnięciem ręki...
- Jak to co, cyborg prawie nie je, prawie nie pije, nie ma nałogów, jest tak 
zasilany, że bez doładowania łazi tydzień, jest szybszy, silniejszy, wydajniejszy, 
można ich wysłać mniej, żeby zmniejszyć też floty wewnątrz systemowe... 
Tańsze są i mniejsza strata, jeśli się któryś uszkodzi, zwłaszcza, że jeśli tylko 
mozg przetrwa, to cybusia można naprawiać prawie w nieskończoność... 

WIIIIUUUUUWIUUUUUUUIUUUUUUU!!!!

 Ogłuszający sygnał alarmu pokładowego przerwał im wpół słowa!
Zerwali się z krzeseł - podobnie jak reszta spośród blisko 50 załogantów 
obecnych w messie - po czym każdy pobiegł w swoją stronę. 

Godzina Standardowa 10.45 - Stanowisko dowodzenia 
Fortu Czwartego Enklawy... 

- Panie Majorze! - zakrzyknął podoficer Zwiadu i Kontroli - Panie Majorze! 
- Spokój - major podskoczywszy na pierwszy wrzask, zmarszczył się niepomiernie...
- Tak jest, Panie Majorze - odpowiedział już ciszej podoficer - Panie Majorze, to, to...
- K***a mać, młody, powiedz o co chodzi! 
- Przepraszam..., Panie Majorze, melduję o niezidentyfikowanych jednostkach 
w perspektywie miliona kilometrów od 4 księżyca Nowego Jowisza! 
- Skąd informacja? 
- System automatyczny...
- Automatyczny? A co z fortami wolnymi wokół kopalni zewnętrznego pasa 
planetoid? 
- Nie ma reakcji, nie nadają..
- Żaden z 5 wolnych fortów? A kolonia księżyca Nowego Saturna? 
Od kiedy?! 
- Od kilku godzin standardowych... - zająknął się podoficer...
- K..., i dopiero teraz przekazujecie dane? Eh..., nic, podaj mi proszę, 
charakterystykę napędów tych jednostek, który Fort jest w perymetrze, 
który może dziabnąć ich długim skanem? 
- Fort 5 generacji 21 zbadał ich już, a raczej próbował..., odbijają lasery! 
- Z tej odległości? Ha, zatem zapewne i miotacze laserowe będą nieskuteczne. 
Przekazać wniosek do sieci dowodzenia. Jakie napędy, jak szybko
 się przemieszczają. 
- Sygnatury napędów wskazują na jednostki bojowe skali ścigaczy drugiej 
generacji, jest ich jednak blisko 300... - Major uniósł brew..., łączna liczba 
jednostek bojowych Układu Enklawy wynosiła o połowę mniej, choć z drugiej 
strony tonaż i klasy statków dawały im (pozornie), miażdżącą przewagę... 
- Poruszają się skokowo, co chwilę zwalniają, badają okolice, chyba 
spodziewają się...
- Niespodzianki... - mruknął Major - Młody, wyślij sygnał do dowódców 
Floty i Obrony Enklawy, sprawdźcie, czy na planecie też wiedzą! 
A i dajcie mi Sławka, tak, Kapitana eskadr. 
Minutę później nad blatem holo pojawiła się pół-sylwetka Kapitana 
Sławomira Kte. 
- Melduję się Panie Majorze! 
- Słyszał Pan już, co się święci? 
- Tak, czekamy na rozkazy. 
- O i to lubię..., proszę wziąć eskadrę ścigaczy Fortu, tak wszystkie 5, 
dodajcie do tego z dwie eskadry standardowe myśliwców Rekin 3. 
Weźcie wszelkie typy uzbrojenia poza głowicami kumulującymi do rozbrajania
pól siłowych i tymi z antymaterią... Spróbujcie zajść ich od tyłu na prędkości 
mini - warp Kanału grawitacyjnego nr 3 i uderzcie w napędy. 
- Jasne, Panie Majorze, zaraz. Mam pytanie - co jeśli...
- Jeśli was za bardzo przycisną zwiewać i zamaskować się w pobliżu studni 
grawitacyjnej Ciężkiego Księżyca. Dopuszczam straty na poziomie 30% - proszę
 nie szafować życiem bez potrzeby, liczą się przede wszystkim informacje,
 jakie zdobędziemy dzięki tej bitwie i zatrzymanie ich lotu w kierunku 
Planety Enklawy. 
- Tak jest! - holo znikło. 
- Młody! 
- Tak jest, Panie Majorze!
- Czy wysłano już informacje o konferencji sztabu? 
 - Tak! Za pięć minut w Holo - sali Stoczni Głównej. 
- Dobrze. A czy ktoś pomyślał, by wysłać informację pozostałym Układom 
Imperium? 
- ...
- Jasne..., eh, zatem wysłać je wszystkimi kanałami, także otwartymi! 
- Czy nie należałoby poczekać na decyzję sztabu? 
- Młody, ja Cię nie pytam, to był rozkaz! 
- Tak Jest!
Major sapnął, zagwizdał przez zęby i zszedł z fotela dowodzenia Fortem, 
udając się do holo-kabiny. 

************************************************************

2 Wolny Fort kopalniany - Pasa Asteroid.
Godzina standardowa Enklawy 6.38. 

Dowódca fortu spał jeszcze smacznie, gdy potężny wstrząs po prostu zrzucił 
go z łóżka! Jasna Cholera! Co jest - pomyślał, ale zanim zdążył się podnieść,
eksplozja rozdarła pomieszczenie kajuty, ujawniając głęboki jak okiem sięgnąć 
obszar zniszczeń! 
- Tu stanowisko dowodzenia, Panie Kapitanie, Panie Kapitanie! - zadźwięczał 
interkom jakimś cudem ocalały - na urywku ściany... 
- Tu stanowisko dowodzenia, Kapitanie - wrzeszczał podporucznik Jacob Kredo
 - Kapit...
Tu holo pokładowe zalało sinym blaskiem pomieszczenie dowodzenia... 
- O ja cię p... - zachłysnął się siedzący przy holo starszy szeregowy - o ja Cię... 
- Jaka Skala zniszczeń - wrzasnął na niego Porucznik Nasłuchu "Władzio"  
- Jaka skala! 
Starszy szeregowy zmitygował się już, przesunął obrazy, przeanalizował 
dane z pokładowej SI, pomruczał przez zęby...
- 30% pomieszczeń załogi, ciepłownia, jeden z silników stabilizujących 
zniszczone! To było jedno uderzenie, zdaje się, pociskiem kinetycznym! 
W każdym razie nie ma śladów działania promieniowania, spalenia 
od beamera czy laserów...., a przebicie jest na wylot... 
- Cholera, jakiego kalibru pocisk mógł zrobić coś takiego! 
- Co najmniej 200 cm..., co najmniej 10 metrów długości! 
- Co nas atakuje, konkretnie! - drobne wstrząsy wciąż wprawiały Fort 
w drżenie, ale działające generatory pola siłowego (wzmożone 
automatycznie działaniem SI), chroniły ich od kolejnych ciosów. 
- Mam na namiarze 60 sygnatur napędu klasy ścigacza drugiej generacji! 
Jednostki bojowe! 
- Możemy zobaczyć wroga? 
- Tak - holo pokazało kilka rzutów 4-wymiarowego świata dookoła Fortu. 
- Toż to maleństwa, maks 15 metrów długości! - zdumiał się Porucznik. 
- Tak, mają podczepione pociski, po jednym każdy. Nie wykrywam żadnych 
większych jednostek, ale... 
- Tak? 
- Ale one atakują wszystkie wolne Forty! 
- Jak to wszystkie, 60 jednostek tak małego tonażu atakuje 5 fortów 2 generacji? 
- Nie Poruczniku, nas atakuje 60 pojazdów a ich po kilkadziesiąt, może tyle samo...
- Czyli razem flota 300 małych jednostek? 
- Tak sądzę, Poruczniku! 
- Jakie straty w uzbrojeniu i mobilności Fortu, co z polem siłowym, wytrzyma? 
Co z tlenem? 
- Utrata tlenu niewielka, SI odgrodziła nas polem siłowym po pierwszym
 uderzeniu, rezerwy są nienaruszone, straty w ludziach - dowódca..., jego
zastępca, sekcja biologów, 21 innych pracowników, dwóch podoficerów ochrony. 
Straty w uzbrojeniu znikome, wszystkie wieże strzelnicze i działa Pokryw fortu 
sprawne, działo plazmowe sprawne, wyrzutnie sprawne na 80%. 
Możemy kontratakować! 
- Panie Poruczniku - przerwał wrzaskiem swój wywód - Panie Poruczniku! 
- Co tam? 
- Fort 1..., Fort 1..., on... - włączył holo i wszystkim ukazał się ogromny rozbłysk, 
chmura szczątków... 
- Wybuchł... - Podporucznik zbladł, porucznik odwrócił wzrok do konsoli 
by podwładni nie zobaczyli przerażenia w jego twarzy... 
- Jak pozostałe forty, ile zniszczonych jednostek wroga? 
- 253 sygnatury wrogich jednostek nadal funkcjonalne..., Forty wysyłają 
SOS na zewnątrz i do wewnątrz Układu Enklawy! Fort 3 i 4 poważnie 
uszkodzone, spadają z orbit wokół planetoid, katastrofa nieunikniona, 
za maks pół godziny Fort 3 i 20 minut później Fort 4 ulegną zniszczeniu! 
Fort Piąty broni się, ale ma tylko działka laserowe, wydaje się..., wydaje się,
że lasery się wroga nie imają... 
- Zatem nie użyjemy ich - pozwólcie SI zabrać się do nich z beamerów 
i działek klasycznych, pociski przeciwpanc i odłamkowe z płynnej K-7! 
My szykujemy wyrzutnie rakiet taktycznych, tylko broń termonuklearna, 
pociski sterowane, nastawić na wybuch w lub obok celu - maksimum 
100 metrów. 
- Tak jest! - Wszyscy odetchnęli i przystąpili do działania... 
W końcu, okręty nieznanego wroga zaczęły co i rusz eksplodować...,
forty spychane grawitacyjnie na pobliskie planetoidy także zrezygnowały 
z laserów, co natychmiast zwiększyło skuteczność obrony... Jednak nie 
ewakuowali się, widzieli co wróg zrobił z kilkoma kapsułami z Fortu 1... 
Pozostawało mieć nadzieję, że wytłuką wroga, zanim forty spadną 
na planetoidy. 
Niepostrzeżenie dla obrony Fortów - spośród planetoid wyłonił się..., 
powiedzieć - kosmolot, czy ciężki krążownik 7 klasy, to jak by nic 
nie powiedzieć. Kanciasty, dziwaczny kształt, ogromny tonaż, 
nieco wprawdzie, ale większy niż wszystko, czym dysponowali ludzie, 
może pomijając ogromne okręty hotelowe i wycieczkowce 
Układów Wewnętrznych... 
Nikt na pokładzie 4 fortów nie zdążył się zorientować..., gdy z ogromnego 
kosmolotu oderwały się kanciaste kule blisko 200 metrów średnicy 
i doleciawszy do pól siłowych Fortów - eksplodowały! 
Rozbłyski ogromnych ładunków nuklearnych nie zostawiły śladu po Fortach, 
a także najbliższych planetoidach... Choć zniszczyły także wszystkie pozostałe 
(w tym momencie 78) atakujące jednostki... Najwyraźniej nieznany agresor 
nie liczył się ze stratami... Tuż za kosmolotem pojawiły się między 
planetoidami Pasa cztery jednostki tonażem podobne ciężkim krążownikiem 
5 klasy..., choć od nich znacznie dłuższe i dziwacznie spłaszczone..., 
noszące na powierzchni pokładów setki małych jednostek. Od pierwszego 
z nich oderwała się druga..., fala, eskadra? licząca - jak poprzednia - 300 
jednostek - i pomknęła w stronę centrum Układu... 
Wielkie jednostki w liczbie 5, skierowały się tymczasem ku planecie 
gazowej - zwanej przez ludzi Nowym Saturnem...  

***************************************************
Koniec części pierwszej / epizodu pierwszego / czegoś znacznie, 
(w zamierzeniu), dłuższego... 


piątek, 1 stycznia 2021

Wyjątkowy Urbex...

Szliśmy w trójkę, z Jaskółką i Jastrzębiem, jak od lat. 
Ona już po dwudziestce, choć gdy zaczynaliśmy łazić po pustostanach, 
miała ledwie 15 lat. On robił się z czasem coraz szerszy w barach, 
mięśnie pod ubraniem zaznaczały się już tak, że mało kto nie odwracał głowy 
albo uciekając wzrokiem, albo patrząc aż nazbyt uważnie..., robił wrażenie. 
Ja - jak zwykle chudy jak patyk, mimo trzydziestki na karku wciąż czujący 
się tak, jak bym miał max osiemnaście, wciąż spragniony nowych wyzwań,
oglądania i badania tego, co ludzie najpierw z mozołem wybudowali, by potem
pozostawić własnemu losowi... 
Na początku było nas pięcioro. Ale Prawy pracował teraz jako kelner i nie miał
czasu i głowy do naszych "zabaw", a Skowronek śpiewała w Filharmonii
i nasza paczka już nie była dla niej "właściwym towarzystwem"...
Wyglądaliśmy dziwnie. Przynajmniej taka była opinia moich rodziców. 
Jastrząb ogromny jak góra, zwalisty, ciężki, za to niespodziewanie szybki, 
energiczny i sprawny; ja sztywny, wychudzony niemal do kości, za to wysoki
na ponad dwa metry..., cha, pasowała mi moja ptasia ksywka - "Bocian"... 
No i Jaskółka, drobna, nie miała nawet 1,60 wzrostu..., a burza czarnych 
włosów jeszcze tę delikatność podkreślała. Zgrana paczka trojga cudaków. 
I samotników. I pasjonatów urbexu. Związanych tajemnicami, które mało kto 
poznał, a jeszcze mniej je rozumiało. Zresztą nawet spośród nas - naszej i innych 
paczek, wciąż się ktoś wykruszał, znacznie rzadziej dochodzili nowi... 
Co ciekawe, młode pokolenie, ha ha, młodsze od nas, o cholera..., nie chciało 
chodzić po tych pozornie pustych miejscach, woleli wysyłać drony. 
Ale taki dron, co on mógł zauważyć? Śmigał, zrobił nagranie, wracał, 
potem młody wrzucał to na Instagrama, zero tajemnic, mity przełamane... 
Może i dobrze. Zresztą, niektóre z tajemnic mogłyby faktycznie pozostać 
nieznane..., nie musielibyśmy tam wracać z fantami..., z drugiej strony ktoś 
musiałby pójść tam za nas, inaczej..., ach, lepiej o tym nie myśleć. 
Jest jak jest. 
- Hej Bocian, co się tak marszczysz..., zaraz ci się chmura burzowa nad głową 
uformuje - zaśmiał się Jastrząb... 
- On tak już ma, sam wiesz najlepiej, znów pewnie rozpamiętuje tych, 
co nam odpadli.
- Eh, i po co to? Strata czasu na pyszałków, kurwa ich mać... 
- Ejjj..., miałeś nie przeklinać, przynajmniej przy nas!  - fuknęła Jaskółka. 
- No - wsparłem ją - obiecałeś. 
- Dobra dobra, k..., ekhm, znaczy, niech wam będzie... To co, do której 
miejscówki dziś docieramy? Fanty masz? Bocian, Ciebie pytam? 
- Mam, jasne, że..., eh, a choćby do kościoła. 
- Tego szarego? - lekko przejęła się Jaskółka...
- No. 
- Dobra, chodźmy, mam tam mały rachunek do wyrównania... - sapnął Jastrząb. 
Napiął przy tym barki i mięśnie ramion, które wydawały się teraz jak wykute 
z granitu, czy marmuru...
- Sporo sobie poćwiczyłem od ostatniej wizyty, kiedy to było? Z dwa lata? 
- Dwa lata, pięć dni - zapiszczała Jaskółka. 
- No to w drogę - powiedziałem i..., i cóż, poszliśmy. 
Poszliśmy na przełaj przez nieużytki, gdzie Jacek Komar właśnie ganiał z siatką
jakieś - zapewne niezwykle rzadkie motyle..., a para pod krzakiem zdziczałych 
róż, zawzięcie uprawiała miłość... 
Szara bryła nieco już zrujnowanego kościoła, który był świadkiem nielichej 
rozróby, powoli wyłaniała się zza linii krzewów i wysokich, suchych jeszcze traw. 
Wiosna, wiosna, ale jeszcze nie ta ciepła, a tegoroczny maj był suchy 
i chłodny, wietrzny i jakiś taki..., bezbarwny. Jakby październik postanowił 
wszystkim splatać figla i pozmieniać kolejność pór roku... 
Kościół był kiedyś ostoją dla przyjezdnych, zabytkiem lubianym 
i odwiedzanym, acz zamkniętym na cztery spusty. 
Wszyscy wiedzieli dlaczego, zatem było tak i już. Zwłaszcza, że społeczność 
ewangelicka dawno przeszła do historii naszego miasteczka.
Do czasu, niestety. Jakieś pięć lat temu zajechały sobie tu drogę dwa autokary 
z pseudokibicami. Wrzaski, stuki, plaski, tuman kurzu, ot co widzieliśmy, 
bo nikt nie był na tyle głupi, żeby zbliżyć się do tej jatki. I bardzo dobrze. 
Sześć ofiar śmiertelnych, postrzelony (z łuku!) policjant z miejscowego 
posterunku, chyba 16 ludzi trafiło do szpitala, po jednego przyleciał nawet 
śmigłowiec... Pocięli go (prawie) na plasterki... Maczetami, kur...dźbąk. 
Nie doliczyli się trójki. Dwóch dziewczyn i najmłodszego kibica, którego 
nieostrożny ojciec zabrał ze sobą na mecz. Ojca spytać nie mogli, bo leżał 
pod czarnym workiem, jednym z tych sześciu. Znaleźli całą trójkę dopiero 
dwa dni później. Za późno dla małego, a one, one zdążyły kompletnie ocipieć.
Zresztą, wiedzieliśmy aż nazbyt dobrze, że dwa dni w tym miejscu wystarczą. 
Poza tym sami doszliśmy w ciągu ostatnich lat do innej, mroczniejszej 
historii kościoła. Z czasów Potopu. Były i inne historie, trochę późniejsze, 
wiele, jak by tak szczerze popytać starszych w mieście, a pytaliśmy. 
Ponoć ostatni ewangelicy woleli jeździć do kościoła położonego 30 kilometrów 
dalej, niż tu, bo tu..., bywało dziwnie. 
W każdym razie tamten dzieciak..., nie liczyli go wśród ofiar bójki, bo on 
sam się..., to znaczy, jedyne, co dziewczyny opowiedziały, że zobaczył 
jak mu mordują ojca i z rozpaczy wbiegł na galerię rusztowań 
(próbowali wtedy remontować kościół), i z niej się rzucił na witraż i na dół..., 
do środka. A  one tam się schowały przed bijatyką. Czemu zostały z trupkiem 
w środku? Tu już ich gadanie..., no, ocipiały. 
- Co tam mamroczesz... - skrzywił się Jastrząb - modlisz się? - to nie pomoże, 
sam wiesz... 
- Nie, on ciągle wspomina - żachnęła się Jaskółka, zarzuciwszy czarnym lokiem. 
- A, dajcie spokój, wspominam, i cóż... Zresztą, czas na fanty... - zrzuciłem 
z ramion przyduży plecak. Akurat z 10 metrów dzieliło nas od półotwartych 
drzwi kościoła. Jakoś nikt nie zadbał by je ponownie zapieczętować... 
- Ty weź SB7 i to - podałem mu lampę na wysięgniku - promieniuje właściwie, 
sprawdziłem dwa razy - łyśniesz, a potem rób, co uważasz... 
- Jaaasne - zarechotał Jastrząb i napiął mięśnie, aż zatrzeszczało... 
- Cholera znów szew puścił i rękaw będę musiał pozszywać... - jęknął...
- Ubrałabyś coś innego niż ten stary t-shirt z AC/DC... Mięśni masz 2 razy tyle,
jasne, że się pruje. 
- Eh, no pomyślę. 
- Dobra chłopaki, dawajcie fant - zdenerwowała się Jaskółka. 
- Masz - podałem jej kamerę z wieloma przydatnymi funkcjami, plus 
mały, złoty nożyk... 
- A Ty co masz, Bocian? 
Wyjąłem magnetofon, głośniczek, oraz..., no nie śmiejcie się, ale jeszcze zimą 
kupiłem na bazarze miecz. Niby nowoczesny, ale w warsztacie pokryłem 
go warstwą srebra, dwa razy! 
Popatrzyli na mnie trochę dziwnie, ale potem Jastrząb wzruszył ramionami, 
a Jaskółka parsknęła, szepcząc pod nosem - Longinus Bocianus, hahaha...
Ruszyliśmy... 

****************************************************
Ciąg Dalszy Nastąpi. 

P.S.
Czasami mnie pytają - ile zajmuje mi napisanie opowiadania..., cóż, bywa, że piszę 
miesiąc, po troszku, po troszku, zmieniam, kombinuję, poprawiam..., a bywa i tak, 
że tworzę "na kolanie", po prostu piszę i "samo wychodzi". 
Jak dziś. 
Godzinka? 
Może ciut dłużej. 
Oczywiście zarys fabuły miałem wcześniej, ale tylko hasłowo, większość treści 
i kilka nieprzewidywanych wątków "stworzyło się" dopiero teraz.