sobota, 10 lutego 2018

UFO - epizod 1...

Wracam do fikcji. Opowiadanie zakiełkowało, gdy przysypiałem...,
oglądając pierwszą serię skoków narciarskich z olimpiady, czyli właściwie
kilkanaście minut przed tym, gdy zacząłem pisać...,
a publikuję - jako - absolutną świerzawiankę! 

P.S. 
Nazwy własne, nazwy miejscowości i dane występujących są 
całkowicie zmyślone, ewentualne podobieństwa osób, zdarzeń 
i miejsc jest czysto przypadkowe... ;)

*******************************************



Godzina 22.30 dnia 6 lipca, wieś Wartka Wstążka, gdzieś w środkowej Polsce. 

Zenek Łysy, samotny stary kawaler, mieszkający na obrzeżach wsi w chylącej się ku
ziemi, starej chatce z drewna odczuł dziwne drżenie podłogi, jakby gdzieś w okolicy 
przejechał pociąg. To oczywiście niemożliwe, stację w Wartkiej Wstążce zlikwidowano 
wkrótce po śmierci jedynego ich polityka - regionalnego reprezentanta słusznie minionego 
systemu - czyli dobrze ponad 20 lat temu. Zresztą, torów też już nie było, rok
wcześniej Zenek osobiście uczestniczył w ich "pożyczeniu" od kolei państwowych...
Obłowili się wtedy solidnie, oj, zapas piwa we wsi, choć kurczył się szybko, starczył 
do tej pory..., dopiero miesiąc temu Rada Wsi ( cała 45 - tka dorosłych mieszkańców ),
 zaczęła kombinować, skąd wziąć kasę na kolejną partię...
Tak, drganie podłogi, z pewnością nie wynikało z przejazdu pociągu, zresztą, nie było 
także charakterystycznego dźwięku... Dźwięku, szczerze powiedziawszy, nie było 
wcale. Gdy dziwne zjawisko powtórzyło się, ledwie kilkadziesiąt sekund później,
Zenek wstał zza stołu ( cokolwiek niepewnie ), pomacał dookoła drżącą ręką, 
zapalił lampkę nocną, chwycił pewnie szyjkę stojącej obok butelki i pstrykając kapslem
w kąt, ( skąd połyskiwały wielobarwnie setki innych ), wypił duszkiem ostanie piwko...
- Hhhhhh..., hrrr, khe, khe, kurde, spać nie dają - skomentował konieczność zmiany
planów na ten wieczór. 
W tym momencie ostre, klujące w oczy światło rozpędziło cienie w nawet najgłębszych 
zakamarkach izby, łysnęło krótko, potem znów, pociemniało, po czym znów zajaśniało
i tak już zostało. Zenek z wrażenia przewrócił się jak długi, wyrżnął czerepem 
o nieheblowane deski podłogi. Byłby może rozbił sobie głowę, na szczęście jednak 
upadek zamortyzowała grzybnia zielonej pleśni, gęstym kożuchem porastająca podłogę
od ponad dekady... To i znajomy, silny zapach otrzeźwił Zenka, który natychmiast 
poszusował na czworakach - ku drzwiczkom prowadzącym do kibelka - otworzył,
wturlał się do środka i zamknął drzwi. Choć światło nadal ostro świeciło spod drzwi
i przez mały judasz, Zenek mógł w końcu otworzy oczy ( WC nie miało okien )... 
Gdy myślał intensywnie - marszcząc czoło tak okropnie, jak by miało wspomagać 
ten rzadki ostatnio proces - światłu towarzyszyło już przedziwne dudnienie, a także 
podobne wcześniejszym, silne drżenia przebiegające ściany i podłogę...
Wszystko ustało tak nagle, że marszczący się i skulony Zenek dopiero po około 
10 sekundach zorientował się w zmianie. Dudnienie powróciło, światło też, ale
słabsze, jakby obiekt który je powodował, odleciał kawałek dalej... 
Zenkowi przypomniała się w końcu ( odległa w czasie od pół wieku ) służba 
wojskowa, oraz nocne manewry, gdy nad ich okop nagle nadleciał ciężki
bojowy śmigłowiec jedynie słusznej produkcji radzieckiej... Pomijając dziwne
drżenie domu, właściwe wszystko się zgadzało. Zenek zatrząsł się ze zgrozy,
bowiem pomyślał, że może jakieś służby państwowe postanowiły nagle
dać przykład swojego działania i to właśnie ich wioseczkę wybrali na pokaz siły,
by udowodnić im, że żadna ilość piwa nie popłaca by znikały trzy kilometry
nieużywanych torów...
Ale to, co zdarzyło się ledwie minutkę później, zmieniło jego pogląd. 
Oto nagle dudnienie zmieniło się w cichy syk, a światła zniknęły jak zdmuchnięte.
Sekunda, minuta, 10, nic nie wskazywało, że w okolicy był jakiś śmigłowiec. 
Oglądał wprawdzie kiedyś serial o odrzutowym śmigłowcu, ale znał dźwięk 
samolotu odrzutowego, krótki syk w niczym go nie przypominał... 

Dopiero po pół godzinie Zenek odważył się wyjrzeć przez drzwi kibelka. 
Nic. Cisza. 
Chyłkiem wybiegł ( właściwie wyślizgał się po zagrzybionej podłodze ), 
do drzwi wyjściowych. Po drodze skubnął tylko ze ściany siekierę, i już go 
nie było. Biegł szybko mimo rosnącej zadyszki, byle do domu Wójta...
Gdy był może 20 metrów od zagrody szefa zatrzymał go w pół kroku znajomy
dźwięk - odwodzonego kurka - starego kałasznikowa Wójta... 
Stanął jak wryty, upuścił siekierę i rozdarł się, unosząc ręce w górę:
- Romek, nie strielaj, ja swój, Zenek! 
Szczęknął znów, zwalniany zamek, a z cienia pod chałupą wychynęli chyba 
wszyscy mieszkańcy wioski... Zenek odetchnął głośno, opuścił ręce i pochylił 
się po siekierę. Wójt podchodząc śmiał się beztrosko, dobrze, że byli kumplami, 
bo inaczej..., Zenek zacisnął krzepkie dłonie na stylisku...
- Zenek, Zenek staruchu, myślałem już, że jakiś obcy leci ku nam, nie sądziłem,
żeś zdolny tak skakać na pokrzywionych kulasach. Toż Ty masz pod 7 krzyżyk!
- Tak - sarknął stojący obok Wójta,  wioskowy osiłek, kowal Jan Zgrubny - omałoś 
kapci nie pogubił staruszku... My już myślelim, że po tobie może, gdy te światła,
i dudnienia usłyszelim, akuratnież tak jakoś kole Twojej chałupy... 
- Chciałbyś - syknął rozeźlony Zenek - ale, kurdeż belęc, co to za cholera była, 
widział coś ktoś? 
- Ja widziała - powiedziała młoda ( lat 48 ), wdówka - Zuzanka - mieszkająca nieopodal 
Zenka - Ja widziała, ogromniaste to to było, okrągłe, jakoś jakby ze stali zrobione, 
albo i innego metalu, ogromne powiem, większe tak ze dwa raza, niż ta stara 
lokomotywa, cośmy ją dwa lata temu podprowadzili spod miasteczka...
- Nie powiedaj głupot Zuzanka - zagrzmiał Wójt - nie nie, nie obrażaj, nie chodzi
o opis tego draństwa, tylko o lokomotywie nie gadaj. Zapomnij o niej, zwłaszcza, 
jak by kto obcy pytał! - tu Zuzanka zbladła nieco i pokiwała szybko głową, a Wójt 
podjął monolog: 
- To, co nad domem Zenka krążyło, też widziałem z daleka, od chałupy Twojej, 
Zenuś, ze dwa razy większe to to było, obłe, istnie, kula z metalu, jak w tym 
amerykańskim Filmie "Kula", co mój syn z netu ściągnął. Tylko nie-złota i wszystko 
się w niej normalnie odbijało, jak łysnęło światłem spod spodu, tom myślał, że słońce
do nas na wieś przyleciało, tak się odbijało... 
- Tak, tak, my też widzieli - potaknęło kilkoro innych, większość jednak przegapiła 
widoki, na wszelki wypadek chowając się pod łóżka lub do piwniczek z zapasami...
- Pytanie - sapnął dziwnie zaczerwieniony i roznegliżowany, miejscowy nauczyciel,
stojąc o krok za Zuzanką... - co z tym zrobić? - na pytające spojrzenia, kontynuował:
- Wiecie, ktoś to mógł widzieć, w okolicy wiosek mało, ale turyści jacyś, myśliwi, 
ktoś drogą mógł jechać, albo i jakiś satelita..., kto wie. Gdyby więc ktoś pytał, wiecie,
trzeba pomyśleć, co powiedzieć...
- No tak, tu Wójt łysnął groźnie okiem ku Zuzance - trzeba, oj trzeba - Ty się Franek 
- zwrócił się do Nauczyciela - zajmij może Zuzanką, widzę, że nabierasz już w
tym wprawy... - tu cała wioska zarechotała głośno, a rumieniec na twarzy nauczyciela
pogłębił się ( za to Zuzanka pozostała spokojna ) - tylko pamiętaj, nauczcie się tak, 
żebyście oboje jedną wersję przedstawiali. 
Wersja... - pomyślał głośno - mówmy, że nie słyszeliśmy, paru obudziło dziwne,
światło, widzieliśmy jak coś szybko odlatywało znad okolicy, ale to tyle, niech się sami 
głowią, co i jak - reszta pokiwała głowami i powoli rozchodzili się do domów.
Zenek postał jeszcze chwilę, a gdy inni odeszli spytał cicho wójta - Kamrat, poratuj
 starego, piwo mi się skończyło, a suszy... - Wójt skinął głową, odszedł ku domowi,
p[o chwili wrócił ze skrzyneczką mile pobrzękującego szkła - rozliczymy się przy
okazji - szepnął, skinął znów głową staremu i odszedł. 
Zenek ostrożnie, ciężko ( skrzynka piwa swoje waży ), powlókł się z powrotem,
do domu, tam osuszył dwa piwa i poszedł spać ( oparł głowę o blat stołu i zachrapał ). 

Rankiem obudził się dość późno, około dziewiątej, wstał, wypił piwko zgodnie 
z zasadami ( zasadą klina i iż "piwko z rana jak śmietana" ), po czym wyczłapał
przed dom, zobaczyć, czy... 
Stanąwszy w progu wybałuszył oczy i popadł w coś, co potem nazwał 
"no prawdziwym stuporem, słowo daję". 

Nie miał poletka dyni i kapusty, jego ulubionych dań. Po prostu.
Jednego dnia niemal hektar ziemi pokrywały dorodne kapusty,
i jeszcze większe, ślicznie pomarańczowe dynie, a teraz..., nic,
czarna, gładka ziemia, może o 10 centymetrów niżej, niż reszta okolicy,
jak by ktoś dosłownie wyciął kawałek gruntu i zabrał ze sobą w całości! 

Gdy się już napatrzył ( jakąś godzinę później ), poszedł nieco sztywnym 
krokiem po swoje zapasy, odkapslował i wypił duszkiem trzy piwa, 
wrócił na próg, jakby w nadziei, że to tylko delirka, opadły mu ramiona
i powlókł się do Wójta...

Pod wieczór, siedzieli wszyscy za stołem Rady, umieszczonym w starej 
z pozoru, ale dobrze zaopatrzonej i pomalowanej od wewnątrz stodoły...
Nic nie uradzili, bo co tu radzić nad nieznanym zjawiskiem, nawet wart
nie było co wystawiać, wszak z taką mocą nic nie poradzą, wiedzieli 
to wszyscy. Wojska ni policji też im tu nie trzeba, ani III wojna 
o rolny urobek, ani kwarantanny jakieś jak w filmach, ani grzebanie 
po wiosce nieznanych ludzi - nikomu się tu nie uśmiechało... 
Ziemia tu była dobra, żyzna, ale właściwe robili tylko dla siebie, bo handel 
się nie opłacał ( dyskonty hipermarketów w miastach zabijały ich ryneczek, 
aż zabiły na amen już kilka lat temu ). Liczyli na spokój i ciszę nad ich 
małym światem, chcieli dożyć swoich dni, przekazać zgromadzone skarby 
dzieciom i wnukom, po czym zniknąć naturalnie, a nie, że ich wywalą, 
albo i pozamykają za przedsiębiorczość, bo przecież nigdy nie kradli,
pożyczali tylko - na koszt życia i małych przyjemności - rzeczy i tak już od
dawna nieużywane... Ale wiedzieli, że urzędnicy nowego systemu inaczej
na to patrzą, już nie jest wsio wszystkich, wspólne..., nawet złom stojący
i niszczejący od dekad, mógłby nagle nabrać wartości historycznej, 
zabytkiem klasy zero się okazać... Znali takie przypadki, nie byli jedynym
miejscem na ziemi, gdzie ludzie musieli kombinować, by w ogóle przeżyć 
na swojej ojcowiźnie... Tak..., będą milczeć. 
Dwie rzeczy mogli jednak zrobić.
Jednym - najważniejszym - była pomoc Zenkowi - zaorają puste pole, 
posadzą, co się da, obiecali pomóc w uprawie i oddać trochę ze swojego, 
by staruszek przetrwał jesień, zimę i wczesną wiosnę... 
A po drugie..., kierując się starą, wiejską przemyślnością - pokażą złodziejom,
jeśli ci zechcą wrócić - gdzie raki zimują - i to bez jednego strzału!
Zenek zaopatrzy dwa pola, jedno mniejsze, za domem, tylko dla siebie, drugie 
zaś..., na drugim - tym ukradzionym - posadzą dynie i kapusty i będą je
tak nawozić najgorszymi, niedozwolonymi dziś azotami i innymi truciznami, 
na których kapusty wyrosną jak dynie, a dynie jak Maluch 126-p nieledwie, 
za to...

6 lipca kolejnego roku nikt w Wartkiej Wstążce nie spał, wszyscy siedzieli 
w stodole i raczyli się piwkiem... Równo o 22.30 rozpoczęło się to samo,
co rok temu widowisko. Potem obcy odlecieli..., 

i tyle ich widzieli.


Koniec. 






czwartek, 8 lutego 2018

Poza domem...

Zazwyczaj piszę opowiadania fikcyjne, z dość szerokiego zakresu gatunków fikcji
i choć będzie ich więcej, więcej i więcej, czasem zdarza mi się stworzyć utwór 
bardziej realistyczny. 
Poniższy tekst - właściwe jego zarys - powstał lata temu, lecz długi czas leżał 
w ( przysłowiowej ), szufladzie mojego biurka...
Ostatnio przeglądam moje teksty i przerabiam je, udoskonalam, zmieniam, 
lub po prostu porządkuję...
To opowiadanie jest, w części, autobiograficzne - ale nie całkiem, 
zresztą nie jest też w pełni opowiadaniem, są w niej silne nuty 
eseju, dziennika, pamiętnika, a nawet białego wiersza... 
Nie powiem, że jest też nuta filozofii bo nie jestem filozofem, ale chyba mogę
 powiedzieć, że jest tu nieco z moich prywatnych przemyśleń o "wszystkim" 
i tylko..., o nas. Zresztą, zapraszam do lektury i oceny, na własną rękę. 

*************************************************

Gdy budzę się wczesnym rankiem bywa, że przez chwilę jeszcze żywymi barwami
i pełną fabułą przeżywam sen. Tego dnia nie miałem pewności czy - półprzytomnym
wzrokiem tocząc po pokoju - przeżywam resztki snu, czy może tylko żałuję
zakończonych niedawno wakacji... 
W każdym razie pokój wydał mi się szczególnie szary, przygnębiający, po prostu
nienaturalny, tak jak często bywa, gdy wracam z dłuższych wypadów wakacyjnych,
plenerowych, na ryby lub grzyby. Tak, jak by blok, schody prowadzące na właściwe
piętro, drzwi i wnętrze mieszkania emanowały zagęszczeniem ciemnej energii,
uruchamiając systemy obronne organizmu i umysłu.
Nie, oczywiście zdaję sobie sprawę, że po prostu nie lubię mieszkać gdzie mieszkam,
że należę do tej garstki ludzi, którzy niełatwo przystosowują się do miasta.
Do systemu zmuszającego ludzi by żyć wedle z góry ustalonych reguł i zasad, powoli
zabijających w wielu radość ciekawość dziecka, głębsze, radosne zdumienie
toczeniem. Mój umysł buntuje się wobec takiej perspektywy, choć ciało reaguje
z roku na rok wolniej i wydawałoby się, że wygody współczesnej egzystencji powinny
mi ze wszystkim wystarczać, wszak, jak mawia rodzina, "każdy musi kiedyś dojrzeć". 
Zastanawiam się często, co to znaczy "dojrzeć" w ich mniemaniu, czy tylko założyć
rodzinę i mieć zawsze, przez lata jedną, stalą pracę, nawet jeśli po jakimś czasie
człowiek pracuje już tylko dla ( złudnego przecież ) bezpieczeństwa, gdy dawny zapał
należy do czasów zbyt zamierzchłych, prawie, jakby dotyczył innego człowieka, może
opowiadań rodzica... Zresztą, wypalenie i wątpliwości opadają każdego, też czasem
zdaje mi się, że lepiej byłoby porzucić pasje i marzenia, ideały i odkrywanie nowych
kart moich ulubionych dziedzin.
Lecz jakoś nigdy tak się nie stało.
Obudziwszy się tego dnia miałem wrażenie, jakbym był gdzie indziej, potem
rozczarowanie, że jednak nie. Ale byłoby banałem rozważać przez wiele zdań ten
prosty fakt. Lepiej przypomnieć sen - wspomnienie, które razem z powyższymi
odczuciami doprowadziły mnie do paru istotnych przemyśleń i wniosków, planów wręcz,
na przyszłość. 

We śnie - w pierwszej jego części - wędrowałem nad wodą.
W jednej ręce wędka, w drugiej torba, na plecach plecaczek niewielki, na szyi
dynda lustrzanka... Setki razy przemierzałem w ten sposób nadwodne
krajobrazy, brzegi rzek, jezior, stawów, tylko nad morzem zamiast wędki miewam
ze sobą statyw, przybory rysownika, lub sztalugę... 
Idę zatem i idę - sen mógłby się wydać strasznie nudnym - gdybym szedł, dajmy na
to, ulicą blokowiska. Granica lasu i wody nad tym jeziorem była jednak nader złożona,
niejednorodna, bogata w odbicia światła, odcienie barw, różnorodne kształty, a także
ogromne w swej różnorodności gamy dźwięków - od szelestu liści poruszanych wiatrem,
po kwilenia małych ptaków w gnieździe, tuż nad moją głową. Od "szu-szu-szu"
przemykającego w trawie zaskrońca, po krzyk mewy i delikatne dzwoneczki fal
uderzających w boki łodzi, przywiązanej do pnia dębu.  
Szedłem tak dość długo wypatrując ciekawych miejsc do zarzucenia wędki.
W końcu takie znalazłem - małą, cichą zatoczkę, czystą wodę pozbawioną nenufarów,
oraz duże, zwalone do wody drzewo, zapewne lipę, w której konarach nie skakały
ptaki, lecz ryby. Takie niespodziewanie obalone do wody drzewa są ostoją setek
gatunków, szczególnie narybku, a gdzie narybek tam i drapieżniki, gdzie mniejsze
drapieżniki, tam i większe i tak dalej. Obecnie rzadko wędkuję, trochę brak mi czasu
( mam ważniejsze pasje ), trochę szkoda mi ryb, z drugiej strony, jesteśmy zwierzętami
tyleż rozumnymi, co przywiązanymi do ziemi koniecznością jedzenia innych stworzeń.
Choćby rację mieli kapłani rozlicznych wyznań, że jesteśmy w pół drogi miedzy innymi
zwierzętami i służbą boską - aniołami, spożywanie pokarmów w 100% leży po stronie
tej pierwszej połowy. 
Dlatego czasem jednak wędkuję. Ryby są zdrowe, pożywne, a ja poluję na określone 
gatunki i interesują mnie tylko tych gatunków konkretne rozmiary.
Wbrew wyobrażeniom laików, można takiego wyboru dokonać i polować na określone
ryby zupełnie ich nie widząc. Och, oczywiście, może być tak, że czasem wrócimy "o kiju",
bez ryb, ale wolę takie ryzyko, niż zabijanie wielu malutkich rybek. Gdybyśmy wszyscy
polowali na okazy, to może by ich nie było zbyt wiele, ale i polowanie byłoby ciekawsze,
a narybek i młodzież mogłaby spokojnie wyrosnąć, złożyć ikrę wiele razy, słowem, bliżej
byłoby i nam do atawizmu dawnego łowcy i życiu w wodzie - do naturalnej równowagi...

Rozłożyłem wędkę, cały osprzęt, podbierak, a siatkę na ryby umocowałem do pnia 
drzewa pochylonego nad brzegiem, kilka metrów od przewróconej malowniczo lipy. 
Następnie odłożyłem wszystko i zrobiłem kilka zdjęć. Gdy jedna pasja została
zaspokojona, przyszedł czas na drugą. Wyjąłem z plecaka słoiczek martwych rybek
w specjalnej zalewie, nie dla nas, a pod kątem zapachów miłych rybom-rybożercom,
do zestawu z koszyczkiem dołożyłem trochę zanęty - mającej przyciągnąć nad
przynętę - stado podobnej wielkości narybku, i zarzuciłem zestaw - mniej więcej
5 metrów od najdalszych gałęzi leżącego drzewa. 
Przyszedł czas pełnego nadziei oczekiwania... 
Szybko wypatrzyłem jaszczurkę wygrzewającą się na kamieniu.
Zaskrońca przyczajonego przy jednym z korzeni.
Żaby pływające między trzcinami.
Niewielkie mrowisko, ledwie dziesięć metrów ode mnie...
Zanim dzwoneczek - rodzaj czujnika wiszącego na żyłce zasygnalizował
branie - nade mną przeleciało stado kaczek, nurkowały w pobliżu perkozy, 
potem i pięknie ubarwiony zimorodek, pokrzyczały kołujące nad brzegiem
mewy, a zaskroniec ( skutecznie ) zapolował na jedną z żab. 
Dzwoneczek poruszył się najpierw, ledwie ledwie, lecz zaraz z impetem
brzęknął obijając się o wędzisko i spadł na ziemię, a żyłka z jedynym
w swoim rodzaju poświstem pomknęła pod wodę! Patrzyłem uważnie,
lecz żyłka nie "szła" w stronę drzewa. Zaczekałem więc niespokojnie
kilka sekund, po czym gwałtownie poderwałem wędzisko!
Zaciąłem!
Od razu poczułem ciężkie, mocne pulsowanie, znamionujące obecność
dużego okazu - zakotłowało się tak, że i na powierzchni widać było
zaskoczenie drapieżnika - tam, w głębinie, po drugiej stronie zestawu...
Nie było łatwo.
Choć to tylko sen, chwilę po przebudzeniu z zaskoczeniem konstatowałem
bolące ramiona i plecy - napięte mięśnie ud, tak, jakbym naprawdę walczył
z silną rybą ( choć uwzględniając..., może nie tylko, ale nie uprzedzajmy ). 
We śnie hol ryby trwał dobre pół godziny, a ostatecznie wyciągniętą
- okazał się metrowy szczupak, gruby, spasiony, stary wyga z jeziora,
potwór dla młodszych ( nawet i szczupaków ), dla mnie zaś obietnica sutych
dań przez kilka dni... 

Tu sen przeniósł mnie nagle na łąkę. Miałem, jak wtedy 14 lat
( to akurat zdarzyło się naprawdę ).
Krótko po pierwszym zawodzie miłosnym sporo czasu spędzałem
poza domem, wędrując po lasach, łąkach i polach - w obserwacji natury
i samym ruchu - odnajdując pocieszenie i spokój ducha...   
Kiedyś, bodajże w maju, gdy wiele roślin było jeszcze po zimie suchych
i szeleszczących w lekkich powiewach wiatru, usiadłem na środku dużej polany,
gdzie łodygi najwyższych krzewów i "chwastów" sięgały mi sporo ponad głowę.
Prawdę mówiąc przyczyna była prozaiczna - zmęczyłem się. Tego dnia miałem
już za sobą dobrych 7 może 8 kilometrów dość szybkim marszem, a przede
de mną zostało jeszcze kilka... Musiałem uzupełnić kalorie, napić się wody
i chwilę możliwie bezmyślnie posiedzieć, nacieszyć się otoczeniem, 
poobserwować mikro - światek wokół. Gdy idziemy szybko wiele szczegółów
nam umyka, ale i siedząc i jedząc słyszymy tylko tło - ogólny, nierozpoznawalny
szczegółowo poszum łąki kontra wiatr. Gdy człowiek posiedzi wśród roślinności
dłużej, kilka, kilkanaście minut, zaczyna do nas docierać różnorodność i samych
dźwięków i ich natężenia, zaczynamy też dostrzegać złożoność życia.
Nie, nie całą, bo to i banał i niemożliwe. 
Co w trawie piszczy? 
Pomykająca ukradkiem jaszczurka brzmi inaczej niż posuwający się powoli,
łagodny z natury padalec, inny to dźwięk niż dreptanie myszy polnej,
czy po-skakujące na co wyższych roślinach mazurki. Rośliny o dużych liściach
szumią jakby dostojniej i ciszej, dźwięk trwa dłużej, jest czasem niemal ciągły,
trawy suche szeleszczą ostro, częstotliwość przypomina świergot ptaka, trawki
niższe, świeże, wiosenne szumią delikatnie, na granicy słyszalności, w każdym
razie, w ogólnym rozgardiaszu jaki czyni wiatr na łące. 
Otaczają nas dźwięki i widoki, które notorycznie przegapiamy. 
Ta myśl w moim nastoletnim umyśle połączyła się z bujną wyobraźnią
i przeżyłem coś, co można porównać do intuicyjnej piłeczki rozbijającej się na
głowie bajkowego "Pomysłowego Dobromira"...
Poczułem się nagle jak mrówka, zajęta swoim maleńkim, dla niej przecież,
arcy istotnym życiem, czynnościami łażenia, zbierania listków na budowę mrowiska,
łapania gąsienic na wspólny rodzinny obiad, czy obserwacją ewentualnych zagrożeń.
Różni mnie z mrówką, pomyślałem wówczas, tylko kwestia uczuć do płci przeciwnej.
Mrówka ma lepiej - te które widzimy poza mrowiskiem to bezpłodne z zasady
robotnice, flirty i rozczarowania są im obce. 
Oczywiście w tym przypadku myliłem się, byłem jeszcze za młody by docenić
za i przeciw...
Niemniej - ot - co zrozumiałem - oczywiście nie potrafiąc jeszcze dobrze
zdefiniować ( to co piszę jest połączeniem przebłysku i lat, wielu lat potem )
- oto, nagle jasnym wydało mi się, że nie ma Chaosu.
Nie ma.
Nic nie dąży do rozpadu.
To tylko zmiana, przechodzenie jednego stanu fizycznego / chemicznego
/ biologicznego - w inny. Nie reinkarnacja, choć przecież nie mamy narzędzi
poznawczych by ją wykluczyć - lecz materialna, energetyczna właściwie, 
przemiana. Samo powstanie życia jest procesem tak złożonym, że nie miałby
on żadnego sensu, gdyby wszystko "chciało" się jedynie rozpadać...
A złożoność życia w ogóle? 
Siedziałem na skrawku liczącej parę hektarów łąki, widziałem maleńki
wycineczek z wycineczka, interwalik w interwałach zachodzących wydarzeń,
czyli, właściwie, nic.
Prawie nic. 
To prawie, ten ułamek ułamka, był jednak głębszym przeżywaniem natury,
niż podczas którejkolwiek z wcześniejszych wycieczek na ryby i grzyby,
spacerów, przerw na jedzonko, doświadczeń emocjonalnych, burzy
dojrzewania i... 
Tak wiele nam umyka.
Właśnie, prawie wszystko.
A świat jest tak ogromnie złożoną układanką zjawisk wpływających wzajem.
Chaos nas nie otacza, Kosmos, mały, nasz, duży, ten ostateczny
( o ile istnieje jakaś granica ), miliardy miliardów mikrokosmosów i jeszcze
więcej dla się równie istotnych istnień, a czasem po prostu nieświadomej
obecności - kamienia, wody, nieprzeliczonych ziaren piasku na plaży, diamentu
powstałego głęboko pod ziemią, kropel wody w chmurach...
Po prostu, ot, zwyczajnie, złożoność świata nas przerasta.
Wszystkich i każdego z osobna. 
Czasem zrozumiemy coś, staniemy na progu, to rozum, ten mikrokosmos
w kosmosie ciała, daje znać, że jednak tam jest... Ale zasadniczo, jesteśmy
poddani codzienności i wielości interakcji, powiązań, których po prostu
nie dostrzegamy, stąd wydają nam się bałaganem. 
Bo przecież, jakże, my, my ludzie, nie rozumiemy, nie dostrzegamy?
No jakże to tak... 
A owszem. 
Chaos to tylko wrażenie, dopasowanie wniosków i obserwacji do własnego
ego, potrzeby kontroli życia, układania planów... Wrażenie, zjawisko umysłowe,
powstające pod czerepem, entorpia dekonstrukcji obserwacji i logiki na rzecz
 pragnienia, albo i może, konieczności... Jak żyć, mając świadomość małości
wobec niemal wszystkich możliwych poziomów świata? Tylko tak, że skupiamy
się, ja też, wszyscy, na tym, co nas interesuje, mniej nawet na obserwacji,
bardziej, na poszukiwaniu sposobu, by - później - w przyszłości, było nam
wygodniej i lepiej.
Czy można inaczej? 
Mimo wszystko, zdaje się, że nie. 

Tu sen znów zmienił narrację...

Byłem w sypialni w hotelu, w pięknym miejscu, gdzie spędzałem wakacje. 
Dość dawno, nie powiem, kiedy. 
To zresztą nieistotne - nie był to nawet mój pokój. 
Jasne, słoneczne przedpołudnie. 
Oficjalnie byłem na rybach.
Obok mnie leżała najpiękniejsza kobieta, z jaką było mi dane przestawać.
Nie ma sensu rozwodzić się nad tym, co było przed, co w trakcie, 
wszyscy chyba to znamy.
Wystarczy powiedzieć, że spośród wielu doświadczeń mojego życia,
także i podobnych tym, to jedno uczyniło mnie tak spokojnie radosnym
i przez zmęczenie szczęśliwym...
Rozumiałem wtedy, leżąc obok niej, zarówno prawdę "doświadczenia łąki", 
jak i tej najprostszej, najważniejszej - przynajmniej dla mnie. 
Życie nie musi być ani darem, ani łaską, ani przywilejem, 
jednak jest  z pewnością ciągiem zaskoczeń, którego przyczyny ni skutku
nie potrafimy ocenić, nie znamy powodu, ani sensu, ani nawet tego, co po,
nawet czy. 
Możemy rozumieć, lub nie, żyć na całego, lub na ćwierć gwizdka, 
zazwyczaj, ostatecznie wychodzi, na oko, na pół. 
Gdy akurat możemy wybierać, wybieramy licząc się nie tylko 
z niepokojami, lecz przede wszystkim, z pragnieniami. 
Czasem są one dobre dla innych, czasem tylko dla nas,
często to jedno i to samo, lecz bywa, że nie. 
Można by jeszcze, wypowiadać miliony słów, 
ale przecież sens już tu jest. 

Za trudnym zadaniem jest w pełni zrozumieć istotę obok,
nieważne, mnie, Ciebie, mazurka na gałęzi, mysz w trawie, 
albo i tę ostatnią. Bądźmy z sobą, dla siebie, czasem nawzajem, 
czasem nie, obok, w..., z dala. Przyszłość realizuje się obok nas, 
nie możemy wcisnąć Stopklatki.

Czasem tylko, nachodzą nas takie dziwne sny. 

....
...
..
.
..
...
....






poniedziałek, 13 listopada 2017

Zombiaki cz. 5 - Artysta / Przemiany.

Artysta...

Podobnie jak większość ludzi, którzy przetrwali pierwsze dni plagi zombi, początek
zwyczajnie przespałem. Poza tym, nie czułem potrzeby - tak typowej dla tanich
horrorów - osobistego sprawdzania czy stwory łażące po ulicy, to aby na pewno nie
jakaś zabawa... Zapewne, nie bez znaczenia był i fakt, iż mieszkałem podówczas
w cichym, niewielkim domku na przedmieściach, odgrodzonym od świata liczącym
sobie 100 lat - wysokim murem z grubej cegły, mocną żeliwną bramą, żywopłotem,
a okna mojej sypialni nie wychodzą na ulicę - nikt zatem nie wiedział, czy dom zajmują
żywi, czy może...

Gdy odpaliłem komputer i obejrzałem sobie, w przerwach na przyrządzanie kolejnych dań,
przebieg pierwszych dni plagi, zrozumiałem, jakim szczęściem był mój żywot.
Nie lubię odwiedzin, jestem samotnikiem, kiedyś mieszkała tu jeszcze jedna pani, ale
dawno znalazła sobie "lepszą partię", i odtąd, oprócz modelek, nie miałem niemal
gości. Także lekka mania zbieractwa i sknerstwa, z pewnością pomogła mi przetrwać - zapasy
w zamrażalkach, własny generator prądu, własna studnia, szafki pełne żarcia czy to
suszonego, czy w przetworach i puszkach, barek pełen napojów..., dawały mi sporo
szans na spokojne przetrwanie paru miesięcy, niezależnie od tego, co dzieje się w okolicy.
Nie wziąłem pod uwagę, że obok zombiaków, przyjdą też szabrownicy...

Och, przyszły i modelki, nie mając się gdzie podziać, albo w szalonej ucieczce,
nie wiedzieć czemu, wybrały właśnie mnie. I tak, z pięciu-sześciu miesięcy
w spokoju, zrobiły się może dwa i to, oszczędzając zapasy. Owszem, obecność
trzech pięknych kobiet nie była mi niemiłą, a ich potrzeba bliskości zaowocowała
nawet czymś w rodzaju mini-haremu..., ale troska o przyszłość zaczęła wdzierać się
w moje, dotąd, mimo wszystko, spokojne życie.

Potem, dwudziestego dnia, wdarli się do mnie dwaj bandyci.
Wraz z dziewczynami zamknąłem się w piwnicy. Nie odkryto nas,
nie szukano, tak naprawdę. Zapasy musiały zaskoczyć obu, nie
zastanawiali się, gdzie gospodarz - ukradli ile mogli unieść,
i uciekli. Byłem jednak pewien, że wrócą.
Cóż. Nie jestem pacyfistą, ani wielkim fanem wojny, ale
mam w domu niezłą kolekcję broni. Białej, dawnej, zamorskiej,
japońskiej ( nie, nie tandetnych podróbek ! ), łuki, kusze,
sporo strzał i bełtów, oraz maszyny do ich wyrobu...
Mam egzotyczne dmuchawki i strzałki, tasery i gazy wszelakie,
w tym w pistoletach, wiatrówki i broń czarno-prochową, wszystko,
w skrócie, co dozwolone prawem... zwłaszcza, jako zbiór na poły
muzealny, artystyczny...

Wybrałem kusze - duży zasięg, wielka moc, szerokie ostrza bełtów,
te, które wziąłem m.in. wielokrotnego strzału - jedna "chińska", , jedna nawet,
z ładownicą bębenkową, jak w rewolwerze i elektrycznym naciągiem.
Przygotowałem przezornie pięć ( naładowanych ) kusz, japońską katanę
i parę starych, inkrustowanych srebrem pistoletów, o kalibrze tego
rozmiaru, że wada starej broni - to, że były jednostrzałowe, w przypadki trafienia,
nie robiła żadnej różnicy = trafiony / zatopiony.

Przyszli następnego dnia. Jedna z dziewczyn, Kasia, zgodziła się wyjść na wabia,
oczywiście, nago..., że niby rozwiesza pranie w sąsiednim ogródku ( wcześniej,
naturalnie, sprawdziliśmy, czy nie ma tam zombiaków... ).
Gdy bandziory przeszły przez płot zauważyłem, że nie są uzbrojeni w broń
palną - a jedynie w maczetę, siekierkę i noże.

Zapatrzeni w nagą Kasię nie zdążyli zareagować. Dawniej może bym ich tylko
przepędził, teraz, z czasie bezprawia i chaosu, nie mogłem. Gdyby wrócili, zwłaszcza
w większej sile, zapewne nie mógłbym liczyć na litość, a i moje dziewczyny...

Albo oni, albo my.

Pierwszego postrzeliłem z kuszy o najmocniejszym naciągu, bełt przeszedł przez tors
bandziora jak przez masło, wbił się jeszcze, blisko w połowie, w mur za ich plecami.
Napastnik nawet nie jęknął, spojrzał tylko w stronę otwartych drzwi, potem na
dziurę w piersi i zwalił się na ziemię.
Drugi sięgnął po maczetę, w drugą rękę chwycił nóż i próbował zbliżyć się do Kasi,
przeczuwając, słusznie, że warto byłoby mieć zakładnika...
Nie zdążył. Bełty drugi i trzeci - wystrzelone z bębenkowej kuszy, choć
o mniejszej mocy, z chrzęstem wbiły się w jego ramię i udo.
Celowałem wprawdzie w tors, ale...
Przewrócił się jęcząc głośno, czym, ku mojemu niezadowoleniu, ściągnął uwagę
kilku łażących po ulicy sztywnych..., ale to musiałem odłożyć na później.
Podszedłem i z odległości kilku kroków, nie słuchając próśb, władowałem w niego
wszystkie pozostałe - 4 bełty. Potem odrzuciłem kuszę, poszedłem do domu,
wróciłem z trzecią - sporej mocy. Ostatni bełt wystrzeliłem z bliska,
z dwóch kroków, niechybnie pakując go w głowę... zombiaka, bo już zaczął
się przemieniać... Widać, musiał być wcześniej ugryziony..., jego kompan leżał
tak, jak padł, nic nie wskazywało, aby był zarażony. I tyle, koniec.
A nie, przepraszam, jeszcze zwłoki - postąpiliśmy z nimi tak, jak dawniej
postępowano - wykonaliśmy wspólnymi siłami głęboki dół i... posadziliśmy na
czarnej, uklepanej ziemi kwiatki.

Poza tym, musiałem wystrzelać z kusz także 5 sztywnych na ulicy, nowi na szczęście
nie przyszli, nie tego dnia... Niemniej, bilans tego starcia nie był tak jednoznaczny,
jak można by pomyśleć. Po podliczeniu co zostało z moich zapasów, doszedłem
do wniosku, że wytrzymamy - siedząc w domu - maksymalnie dwa tygodnie.
Mało. Nawet, jeśli ludzkość podniesie się z tej tragedii, nie nastąpi to w 14 dni...

Jedyne, co mogliśmy zrobić, to solidnie przygotować się do drogi...
Jedliśmy zatem solidnie i pożywnie, by być przygotowanymi do
dłuższych wypadów. Zaczęliśmy przeszukiwać pobliskie domy,
na szczęście wolne od zombiaków - ludzi musieli wyjść rano, i...

Nieważne, rozpaczanie nie mogło nas uratować. Być może,
jeśli przeżyję, opiszę to kiedyś w pamiętnikach, namaluję znaczące
zaangażowane obrazy, ale teraz... Teraz zacząłem ćwiczyć dziewczyny
w strzelaniu z kusz i łuków. To drugie opanowała szybko tylko Kasia,
ponoć w dzieciństwie uwielbiała łuki...

Zbieraliśmy wszystko, co mogło być przydatne. Udało się znaleźć jeden
samochód dostawczy, na chodzie i dość benzyny, gdyby trzeba było uciekać.
Poza tym ubiory - te szyliśmy i konstruowaliśmy tak, by zabezpieczyć się
przed ugryzieniami... Dziewczyny okazały się bardzo pomysłowe...
Broń..., w samochodzie umieściliśmy wszystko, co tylko znalazłem,
nawet tasaki, siekiery, zaostrzoną z boku łopatę i dwa kilofy, oraz sporo noży.
I broń palną, bo nie zamierzałem jej używać bez potrzeby - produkt deficytowy,
a poza tym, czarno prochowa broń była jednak bardziej uniwersalna, niż
nowoczesna - choćby ze względu na produkcję amunicji...

Po tygodniu wyruszyłem na pierwszy rekonesans, sam, dziewczyny musiały pilnować
zapasów i domu... Przerażający był widok opustoszałych ulic, wolnych
teraz od wszystkiego, poza bezpańskimi zwierzętami i trupami..., tymi już, nieruchomymi.
Zombiaki na szczęście nie były nieśmiertelnymi zjawami z amerykańskich seriali,
rozkładały się już tydzień po ostatnim żarciu..., w dwa tygodnie nieruchomiejąc,
sztywniejąc zupełnie, choć, trzeba przyznać, nadal, z bliska, widać było nieznaczne
podrygiwania, chrzęszczące poruszenia palców, ruchy powiek, pod którymi nie
było już oczu...

Nie udało się.

Tak, znalazłem sporo zapasów i dobrą metę w pobliskiej galerii handlowej,
ale nadziałem się też na stadko sztywnych. Całkiem ruchawych.
Choć udało mi się zastrzelić 5, potem 3 zatłuc siekierą i kataną - oczywiście
nie z miejsca - ale uciekając po całej Galerii, po ponad pół-godzinnym wysiłku...
Gdy w końcu osłabłem, a adrenalina nie mogła dłużej sztucznie podtrzymywać
mojej kondycji 45 latka..., potknąłem się i cóż, jeden z dwóch ostatnich mnie ugryzł.
Zabiłem ich, w szale, w ostatnim wysiłku woli, a potem, potem zemdlałem,
z przemęczenia, szoku, a może...

Przemiany...

Odzyskałem przytomność dwie godziny później, zegarek wskazywał, że powinno
się już ściemniać. Dla mnie wszystko było jasne, jaskrawe, wyraziste jak nigdy.
Pomyślałem, że to już, zmieniam się w sztywnego, ale ku swojemu zdziwieniu wstałem
z gracją, lekkością, jakiej nie czułem w sobie od kilkudziesięciu lat...
Spojrzałem w lustrzaną ścianę pobliskiego sklepu, oczy miałem nie pokryte bielmem,
jak u innych sztywnych, ale oleiście czarne, bez źrenic, bez tęczówek i bielma...
A jednak, pomyślałem, zmieniam się.

Ale, inaczej.

Ach tak, dziewczyny przebąkiwały, że wiadomości z ostatnich, funkcjonujących
serwisów internetowych, opowiadały niesamowite historie o potworach i ludziach
z czarnymi oczami, walczącymi z sztywnymi i potworami, ale szczerze pisząc,
brałem to za współczesną, dopasowaną do sytuacji mitologię, opowieści o nowych
super-bohaterach, rodem z pewnej gry i serii filmów akcji...
A jednak, zostałem ugryziony i nie przemieniłem się w sztywniaka, mam czarne oczy,
gładszą skórę i ogólnie czuję się o połowę młodszy...

Ba, widzę w nocy. Wychyliłem się przez okno w jednym ze sklepów - które teraz
obchodziłem sprężystym, szybkim krokiem - widzę gwiazdy, miliony...,
widzę księżyc w nowiu, a tam, to pewnie Jowisz... Wróciłem na korytarz, teraz
słyszałem też jakby lepiej, gdzieś coś zaszeleściło, spojrzałem, kot...
Poczułem..., poczułem coś na kształt rozczarowania... Jakbym wręcz chciał
spotkania ze sztywnym. W końcu zauważyłem jednego, przed wejściem do Galerii,
nie mógł wejść, elektroniczne / automatyczne drzwi nie działały, a normalnych
nie potrafił otworzyć... Nawet nie myśląc co robię wyskoczyłem przed budynek i...

Zabiłem go jednym uderzeniem w głowę, nie, nie kataną, czy siekierą, ręką.
Jestem zatem także szybszy i silniejszy niż..., chyba, niż większość ludzi.
Nie jestem pewien, czy np., kulturysta lub zawodowy zapaśnik - nie rozłożyliby
mnie na czynniki pierwsze - nawet po przemianie której ulegam, ale przy moim
wzroście, masie..., zaskakujące.

Czułem, że to jeszcze nie koniec.

Po pół godzinie marszu, ledwie kilometr od domu, zauważyłem dziwne stworzenie,
jakby 3-4 metrowego jaszczura, przemykającego bokiem, skrajem ulicy.
A więc są i potwory...
Jednak zmierzał w przeciwną stronę i nie zatrzymywałem się, by sprawdzić, czy
nie byłby zainteresowany walką, nie czułem tej samej euforii, co w spotkaniu
z sztywnym, zdaje się, moje instynkty też wyostrzyły się ponad zwykłe ludzkie
odruchy...

Gdy o tym myślałem, nagle wyraźnie poczułem strach jednej z moich towarzyszek.
Byłem daleko, nic nie słyszałem, nie widziałem jeszcze zabudowań, ale czułem...
Potem strach przeszedł w przerażenie i całym mną wstrząsnął dreszcz - tam też był
jakiś potwór, czy taki jak ten, sprzed chwili, czy inny..., zagrażał dziewczynom.

Ściągnąłem z ramienia bębenkową kuszę, w drugą rękę chwyciłem katanę i pobiegłem.
W domu znalazłem się zbyt szybko, nawet, gdybym był 20-latkiem..., przeskoczyłem
przez mur nawet nie zwalniając, czując, że tam, po wylądowaniu, będę miał pole do
popisu. Strzeliłem z kuszy także, nawet nie celując - jeszcze w locie zacząłem
opróżniać magazynek. Gdy wylądowałem na lekko ugiętych nogach, rzuciłem
opróżnioną kuszę przed siebie, znów, nawet nie celując, a potem skoczyłem,
nieprawdopodobnym, pięcio-metrowym susem, zamachując się kataną.
Weszła w jakieś ciało, potem znowu i znowu, potem z całych sił pchnąłem to
co atakowałem w tył, pod ścianę.

Dopiero teraz tak naprawdę przyjrzałem się istocie, z którą walczyłem.
Koszmar..., który właśnie zdychał pod ścianą domu, nie mógł być realny,
a jednak, syczał i gwizdał przerażająco do ostatniego tchnienia.

Minutę później.

Rozejrzałem się po okolicy.

Kasia..., była ranna, stwór niemal odgryzł jej dłoń. Dopadłem jej niemal natychmiast
i nie myśląc wcale, ponownie wiedziony nieznanym mi instynktem, uciąłem jej ramię
tuż pod łokciem. Zawiązałem ranę zdartą z niej spódnicą, i rozpłaszczyłem się na ziemi,
o włos unikając bełtu!

To Gabrysia, najmłodsza z dziewczyn, nie rozpoznając mnie o zmroku strzeliła z kuszy
widząc, jak okaleczam jej koleżankę... Prawidłowa reakcja, ale nie mogłem pozwolić
jej na kolejny strzał, więc gdy sięgnęła po drugą z kusz, skoczyłem.
Dwoma susami dopadłem drzwi, przytrzymałem rękę dziewczyny.
Spojrzała na mnie, poznała, potem zobaczyła czarne oczy, i zemdlała.

Zaniosłem obie do jadalni, przerażona Justysia siedziała za stołem i wodziła po mnie
oczami. Poczekałem aż się uspokoją, no, poza Kasią, której podałem leki i odniosłem
do wspólnej sypialni...
- To ja, nie bójcie się, nie zrobię wam krzywdy, wiem, dziwnie wyglądam, wiem, nie
wierzyłem w opowieści z internetu, ale..., same widziałyście. Potwora też.
- Coś ty zrobił Kasi, ty, ty mutancie pierdolony! - rozwrzeszczała się Justysia...
Znów odczekałem, aż się uspokoi..., przestanie trząść...
- Uratowałem. Tak, nie koś oczkami, to coś, co was napadło, ugryzło ją.
Prawie odgryzło jej dłoń, a ja odciąłem nieco więcej, by zatrzymać zakażenie.
Alternatywą była przemiana Kasi w zombiaka.
- Albo w takiego jak Ty - mutanta!
- Albo, ale ilu widziano dotąd takich jak ja? Może piętnastu, powiedzmy, że jestem
szesnasty. Na całą ludzkość. Powiedzmy, że będzie nas nawet i stu..., i dwa razy tyle
potworów, bo takie są statystyki, ponoć. Jakie jest prawdopodobieństwo, że
zamieniłaby się w mnie, a nie sztywnego, lub... - zawiesiłem głos.
Zrozumiała, nie oponowała..., wstała i poszła do sypialni...
Gabrysia podeszła do mnie, położyła mi rękę na policzku...
- Przyzwyczaimy się, uratowałeś nas. Uratujesz pewnie, jeszcze wiele razy. Teraz,
teraz w to wierzę. Ale dziś śpij tutaj, sam wiesz...
Pokiwałem głową - rozumiem.
Poszła.

Zostałem sam.

Obudziłem się inny.

Czułem - wszystkie emocje przewijające się w głowach dziewczyn.
Słyszałem - nie mogąc, ich ściszone głosy w sypialni.
Rozumiałem każdą reakcję.
Czułem też obecność innych - żywych ludzi, w tym mieście, ale i dalej, i, że są wśród nich
potencjalni myśliwi - tak już o sobie myślałem - oraz i potwory, na tych będzie
trzeba uważać, bo tych stworzeń - przemienionych - już nie wyczuwałem...,
podobnie, jak sztywnych.

Telepatia? Nie wiem, nieważne. Przyjdzie jeszcze czas, na takie rozważania...


C.D.N. 




wtorek, 20 czerwca 2017

Zombiaki po polsku... cz. 4...

Wsi spokojna, wsi wesoła..., z zombiakami dookoła...


Mglisty poranek 30 dnia Plagi rozpoczął się dla malutkiej wsi pod-malborskiej
bardzo spokojnie. Wydawało by się, że we wszystkich ( 30 ) domach i zagrodach,
nie ma żywego ducha ( ani martwego, zresztą ). Dopiero uważniej słuchając
moglibyśmy usłyszeć senne jeszcze gdakania kur, pomrukiwania krów, może
nawet - donośne chrapanie Sołtysa...
Wieś, której nazwa nie ma już znaczenia, położona około 20 kilometrów od
Malborka, otoczona z jednej strony rozległymi polami, z dwóch gęstym lasem,
z czwartej zaś głębokim, pradawnym bagnem..., wydawałoby się, niczym
nie chroniona przed wędrującymi stadami martwiaków, nie zdradzała
najmniejszych oznak jakichkolwiek problemów...

Około 6 nad ranem, w ciszę świtu wdarły się niepokojące, choć zrazu odległe odgłosy...
W lesie o poranku, gdy wiatr nie hula i nie pracują maszyny rolnicze, odgłosy niosą się
kilometrami..., te jednak, narastały, zwiastując poważne kłopoty...
Dziwne szuranie, szelesty, uderzenia, jak gdyby szedł przez las tłum pijanych ludzi.
Niestety, wraz z narastaniem hałasu, dały się usłyszeć pochrząkiwania, warkoty,
dziwne jęki, zwiastujące nadejście Stada... i to sporego. Każdego niezależnego
obserwatora powinien w tym momencie oblecieć strach i gęsia skórka pokryłaby
ramiona. Nie ma nic gorszego, niż Stado zombiaków wkraczające do niczego nie
spodziewającej się, spokojnej wsi...

Zombi wyszły z lasu, szły zadziwiająco zgodną tyralierą, w każdym rzędzie
po 50 – 60 istot. Teraz, widząc już zabudowania, zapewne czując zapachy życia,
przyspieszyły.

Wydawało by się, miały do przejścia jedynie 200 metrów i...
… pierwszy rząd nagle zapadł się pod ziemię, dosłownie!
Ponad 50 zombiaków znikło jak zdmuchnięte. 
Drugi rząd także, i kolejnych pięć..., dopiero następni przeszli po prostu, 
po głowach poprzedników... ale nie uszli daleko. 
Zapadli się znowu, wym razem, w błotnistą maź. 
Fala smrodu ujawniła głęboki dół z gnojówką, przedtem przysypaną piaskiem 
na gałęziach sosen i świerków. Głęboki, bo im więcej lazło sztywnych, tym głębiej 
zapadały się poprzednie rzędy. W końcu jednak i tę przeszkodę pokonało,
jak dotąd, najliczniejsze stado... Śmierdzące bardziej niż dotąd i zarazem ubłocone
stwory były też bardziej powolne, jakby niepewne, zapewne z powodu zapachu,
który skutecznie zatuszował ich własne... 
Jeden z zombiaków potknął się o przeprowadzony tuż nad ziemią kabel.
Z ziemi bez ostrzeżenia podniosły się ostrza bron i kos, skutecznie rażąc
pierwsze rzędy i zatykając przejście ciałami tych, którzy nie mogli posuwać się dalej.
Jednocześnie zabrzmiał pierwszy gong dzwonu z malutkiego kościółka.

Dzwon zaczął bić w dobrym momencie - napór zombiaków przełamał 
i tę ostatnią, trzecią linię "fortyfikacji" wsi... Kolejni przechodzili po ciałach z rowu 
i śmierdzącej fosy, przełamali wał ciał z tych, którzy nadziali się na przyrządy rolnicze
i ponownie - niewzruszenie - ława za ławą, ruszyli ku zabudowaniom.

Nagle, z lewej, spod ściany lasu zabrzmiał ryk silników. Jako pierwszy ukazał się
co nieco przerobiony, przysłowiowy kombajn Bizon... Kombajn, rozpędzony
niemożliwe wjechał w tłum zombiaków i po prostu zmiótł trzy rzędy tak, jak by
to były słomiane wiązanki. Przejechawszy na drugą stronę wsi zawrócił w porę,
by rozjechać kolejne rzędy, zawrócił ponownie i rozjechał następne..., niestety,
czwartego zwrotu już nie wykonał bowiem silnik nagle się jęknął, stęknął, zaciął,
się - całe szczęście, już pod lasem...

W chór pomróków i jęków zombiaków wdarły się pierwsze ludzkie odgłosy, 
a to kopania kaloszem w płyty kombajnu, a to piękne przykłady staropolskich 
idiomów...

Jednak wieś i tym razem nie była zagrożona. Spod lasu wyjechał teraz walec,
zapewne skombinowany w pobliskim miasteczku. 
Za powolnym walcem jechał traktor, a na jego naczepie stało
20 chłopców - nastolatków, a każdy dzierżył dubeltówkę lub karabin...
Zdziwiła by się każda dawna służba państwowa, jak wiele broni palnej było
w rękach miejscowej ludności, historia jednak uczyła ludzi, że przepisy to
przepisy, a sprawiedliwość...

Co walec uczynił z kolejnym rzędami zombiaków opowiadać nie wypada,
ważne, że jadący za nim nie mieli wiele do roboty, zatem ostrzeliwali głównie
kolejne tyraliery, próbując wyłuskać jak najwięcej z tych poczwar, które stały
jeszcze na nogach. W tym momencie z lasu wyszły na szczęście, ostatnie zombiaki.
Gdy z wieży kościoła przuważono ten fakt, dzwon zabrzmiał ponownie.

Wtenczas, walec obrócił niezgrabnie i wykonał drugą rundkę..., zaś traktor z naczepą
stanął na środku pola walki i zaczął się ostrzał pozostałych jeszcze, kroczących
powoli zombiaków. Zresztą, w tym samym momencie z wszystkich zabudowań
i spod lasu wyszli dorośli i razem, w liczbie ponad 100 osób, dołączyli do
młodzieńców na naczepie. Każdy miał albo broń palną, albo odpowiednio
przerobione grabie, widły, nowoczesne wersje cepów, lub kosy na sztorc,
dawnym polskim obyczajem nastawione... Kolejna salwa wyeliminowała
wszystkich, którzy nie byli uwięzieni w rowie tuż pod lasem, oraz w dole
z gnojówką. Sołtys, rosły mężczyzna z wydatnym brzuchem i w zawadiackim
kapeluszu z piórkiem machnął ręką, na ten znak zaprzestano strzelania.
Nie było sensu marnować amunicji..., do gry wkroczyły krzepkie kobiety i starsi
mężczyźni, uzbrojeni w widły, cepy i kosy... Szybko, w ciągu ledwie kilku minut 
wykończyli zombiaki w dole z gnojówką. 
Potem ludzie rozeszli się po okolicy, a po upewnieniu, że po wszystkim
zebrali się wokół dołu, w którym nadal kłębił się spory tłumek martwiaków... 
Mieszkańcy wsi przynieśli liczne kanistry i sporo drewna...
i wkrótce zapłonął ogromny ogień...
Martwych z okolicy pozaciągano nad i wrzucano do bagna, głębokiego na co
najmniej kilkaset metrów... Pole bitwy uprzątnięto w dwie godziny,
przygotowano je na przyjęcie następnego stada, a potem wszyscy, poza piątką
uzbrojonych po zęby strażników, poszli się wykąpać w pobliskim jeziorze...

Tak oto wieś niewielka, licząca 153 mieszkańców ( licząc niemowlęta )...
rozprawiła się ze stadem, lekko licząc, 10 x liczniejszym...

Oczywiście, do bohaterów tego zajścia jeszcze wrócę...



poniedziałek, 19 czerwca 2017

Przyszlość - Epizod 3.

Przyszłość III – Przebudzenie...


Trzeci z czterech epizodów..., wczoraj opublikowałem 1 cz. 


Wstrząs, który fluktuacją zakłóceń rozszedł się po osłonach ekranujących Matkę,
dla mnie był jedynie zapisem, odtworzonym tuż po dawkach hormonów i enzymów,
którymi Matka przebudziła umysły wszystkich Podłączonych...
Przebudzenie, jak zawsze, przyniosło ból, z jakim żywa tkanka reagowała
na gwałtowne przejście w stan świadomości.
Sprawdzenie systemów, powodu zakłócenia i stopnia zagrożenia, zajęło Matce
ledwie 3 milionowe sekundy, lecz mój umysł potrzebował całe 20 sekund,
by w pełni zorientować się w sytuacji.
Włączyłem sensory i kamery, które od dawna zastępowały mi prymitywne,
organiczne zmysły. W przestrzeni wokół Matki dochodziło do kolejnych, licznych
detonacji, stopniowo osłabiających standardowe osłony siłowe pancerza.
Badanie długoogniskowych i radarowych namiarów taktycznych, natychmiast
wyeliminowało przyczynę naturalną - jak wejście w ogon komety, czy spotkanie
z rojem meteorów. Takie zdarzenia miały już miejsce w przeszłości, bowiem
Matka zbyt zajęta była swoimi badaniami i kontrolą kierunku lotu, by przejmować
się tego typu niebezpieczeństwami, bo zderzenie z większymi obiektami czy
wędrownymi czarnymi dziurami - oczywiście byłoby zasygnalizowane odpowiednio
wcześnie... Tylko, że w tej chwili na osłonach detonowały pociski nuklearne!
Struktura i parametry rozbłysków wskazywały na prostą broń atomową, o stosunkowo
niewielkiej mocy. Było ich jednak wiele, zbyt wiele by je ignorować - jeszcze pół
godziny i mogą spowodować przepalenie przynajmniej części z najstarszych
generatorów osłon... Na szczęście, ciągłe zmiany i samo-unowocześnienia Matki,
dały nam wyjątkowo skuteczne narzędzia do obrony. Zadziwiało mnie, jak pod-SI
Matki - zawsze dbają też o unowocześnienie naszego interfejsu i zapewnienie
kolejnych, technologicznych niespodzianek, usprawniających i tak niesamowity
zakres percepcji i reakcji... Teraz, po prostu włączyłem się w sieć interfejsu,
przenikając przez setki obrazów pokazujących pełny, sferyczny obraz sytuacji.
Połączyłem się też z pozostałymi Podłączonymi ( w liczbie 1200 ).
Choć byliśmy zredukowani do cybernetycznie odżywianych mózgów i rdzeni,


dzięki naszej wyobraźni i kreatywności, byliśmy równie pomocni w sytuacjach
wyjątkowych, jak pod-SI... Myślę zresztą, że tylko z tego powodu Matka obdarza
nas niemal nieśmiertelnym, zarazem ciekawym życiem...
Ale nie czas na wspomnienia. Wszyscy Podłączeni mieli podobne zdanie, zatem
rozpoczęliśmy natychmiast przegląd najbliższej przestrzeni wokół Matki, oraz
kalibrację systemu obronnego... Matka mogła wprawdzie odlecieć, jednak
najwyraźniej wolała zbadać fenomen spotkania, najwyraźniej, innego,
rozumnego gatunku.
Jeden z sensorów dalekiego zasięgu odkrył w końcu pierwsze źródło ataku.
Ostrzeliwała Matkę niewielka jednostka, o charakterystyce tonażu podobnej
do dawnych, ludzkich niszczycieli. Bojowy okręt nieznanego wroga wypluwał
z siebie właśnie kolejną rakietę. Ślad termiczny i prędkość pocisku potwierdzały
poziom technologiczny / podobny cywilizacji ludzkiej z wieku XXII, zatem dość
prymitywny... Przekazał informację i natychmiast zaczęli przeszukiwać przestrzeń
z pomocą sensorów dalszego zasięgu - by w ciągu minuty czasu standardowego
odnaleźć 100% jednostek obcych. Zarazem odkryliśmy też prawdopodobny powód
ataku - Stację Kosmiczną ulokowaną dokładnie na trasie przelotu Matki, a zarazem
zadziwiająco daleko od orbit planet układu binarnego, w pobliżu którego właśnie
przemieszczało się syntetyczne ciało Matki... Obecnie Matka była ogromna,
rozrost był przejmujący nawet dla nas, gdy uświadomiliśmy sobie, iż ponad
100 krotnie przekroczyła już wielkość pierwotną - nieco tylko większą niż dawne
rozmiary Ziemi.
Matka poruszała się, wykorzystując stabilizowany i kontrolowany przebieg reakcji
nuklearnych w plazmie, będącej kiedyś jądrem Ziemi... Napęd plazmowo - grawitacyjny
oparty był na urządzeniach, dla jakich ludzki umysł nie znajdował właściwej nazwy,
zresztą, żaden z Podłączonych nie zabiegał o poznanie tej technologii, w 100%
wytworu myśli technicznej SI - zwanej Matką. Grunt, że zapewniał stabilny,
niemal wieczny lot z dowolną prędkością, a choćby i bliską prędkości światła.
Obecnie, na szczęście dla obcych, Matka przemieszczała się trybem badawczym,
sięgającym ledwie około 0,05% prędkości światła. Z rejestratorów natychmiast
poznaliśmy przyczynę tego stanu - pragnienia przeanalizowania danych płynących
z sygnatur energetycznych na powierzchni czterech, z sześciu planet układu
binarnego, któremu przyporządkowała numer statystyczny 1433.
Zatem Matka jak zwykle obudziła nas dopiero, gdy istnienie życia stało
się oczywiste..., choć pierwszy raz, w taki sposób.
Krótkie sprawdzenie obwodów pozwoliło na stwierdzenie szokującej prawdy.
Tym razem przespaliśmy blisko 3 tysiące lat standardowych... Wdzięczni byliśmy
Matce za opiekę i sny, które pozwoliły nam przetrwać tak długo, nie mieliśmy pretensji,
jeśli nie byliśmy budzeni, prawdopodobnie nic się nie działo...
Czwarty - dziesiąty z Podłączonych zajął się pociskami obcych - po prostu uruchomił
obronę standardową - 2,5 tysiąca wiązek laserów wysokiej mocy, w pionowej
i poziomej osi ciała Matki... Udało się i ostrzał chwilowo przestał być groźny, a Matka,
po wskazaniu powodu ataku, wyhamowując zmieniła kierunek lotu i zaczęła zbliżać
się do pierwszej, zarazem największej z zamieszkałych planet. Struktura reakcji
atakujących zmieniła się diametralnie, a my z przerażeniem uświadomiliśmy sobie,
gdzie popełniliśmy błąd. Po szybkiej re konfiguracji komunikatu dla Matki,
przekazaliśmy jej konieczność nawiązania Kontaktu, bo sygnatury napędów
podpowiedziały nam, iż obcy gotowi są przypuścić ataki samobójcze, mało groźne
dla nowych - niewłączonych obecnie - systemów obronnych okrętu, ale po takiej
akcji trudno byłoby nawiązać jakikolwiek kontakt... Przekazaliśmy Matce konieczność
jednoczesnego włączenia wszystkich systemów obronnych i próby nawiązania kontaktu.


Ogromny statek obcych wszedł w zasięg receptorów biocybernetycznych patroli
około-systemowych w czasie standardowym A / 25 godzin 11 minut czasu
planety Greeentex. Natychmiast powiadomiono o tym Stację patrolującą,
umieszczoną właśnie w tym celu w przestrzeni pomiędzy gwiazdami
systemowymi, w miejscu na tyle odległym od planet, by dać im jak najwięcej
czasu na ewentualną reakcję. Ta niewątpliwie słuszna idea niegdyś pozwoliła
uniknąć ataku rasy Jardian, wytępić ich i zająć ich planety, a potem osłoniła
kilkakroć cały układ binarny przed rojami meteorów i asteroidami, grożącymi
zniszczeniem życia na którejś z zamieszkałych planet. Obecnie ponownie
system wczesnego ostrzegania kosmicznego wykazał swoją przydatność,
choć mogło by się to nie udać, gdyby nie sensory dalekiego zasięgu sond
wysyłanych od lat w dalsze rejony przestrzeni międzygwiezdnej.
Dzięki temu zauważono nagłe pojawienie się ogromnego obiektu kosmicznego,
zapewne wywołane gwałtownym hamowaniem, jakie zakłóciło fluktuacje
ciemnej materii w tym rejonie przestrzeni. Niemal natychmiast stało się jasne,
że jest to obiekt sztuczny, obcego pochodzenia. Mimo wielkiej wydajności
obu systemów Układu, technologia nie była jeszcze tak zaawansowana,
by choć pomyśleć o stworzeniu konkurujących wielkością kosmolotów.
Nawet stacja kosmiczna wczesnego ostrzegania, była dwakroć mniejsza
od systemowych księżyców… Niemniej dzięki utrzymywaniu silnej obrony
około układowej i stałej Floty bojowej, istniała nadzieja na powstrzymanie
ewentualnego ataku obcych. Tak przynajmniej myślano, gdy odkryto,
że Stacja kosmiczna i Obiekt są na torze kolizyjnym, a obcy skanują
sygnatury energetyczne zamieszkałych planet Układu. Natychmiast ogłoszono
alarm bojowy i mobilizację Floty. Na szczęście owalny kosmolot zwolnił
na tyle, że istniała nadzieja bezpośredniego zarazem rozproszonego ataku
na osłony okrętu. Dowództwo badając sygnatury osłon obcych doszło
do wniosku, że dadzą radę je uszkodzić, przypuściliby wówczas abordaż
i zabijając obcych przebadać ich technikę, przy okazji zdobywając
nieprzecenianą jednostkę do kolejnych inwazji... Niestety, tuż po trzeciej
salwie, sygnatury energetyczne i pola siłowego i samego okrętu Obcych
zwiększyły się 10-krotonie, co świadczyło o błędnej ocenie zaawansowania
technologicznego obcych. Pozostawał plan B - zniechęcenie Obcych do 
dalszego pobytu w Układzie. Na spotkanie obiektu wysłano więc w pełni 
uzbrojone statki Pierwszej Floty, w liczbie 19 niszczycieli i 6 ciężkich
krążowników. Uzbrojenietaktyczne powinno bez problemu przeciążyć 
najlepsze nawet osłony elektromagnetyczne. 
Wielka szkoda, że nie dokończono broni opartej na tej technologii,
bo można by było zniszczyć okręt, od razu destabilizując wszelką
aktywność elektromagnetyczną w jego wnętrzu. Niestety, w tej chwili 
możliwebyło jedynie śledzenie i analizowanie możliwości zewnętrznych 
sygnatur mocy jakie objawiał okręt obcych. 
Nie można było jednakże sprawdzić w jaki sposób się przemieszcza,  
założono więc, że jak i u Jardian, może chodzić o jakiś, acz
bardziej zaawansowany - system napędu grawitacyjnego…
Pierwsza Flota dotarła tymczasem na miejsce i zaczęła okrążać 
powolny w tej chwili okręt obcych. Najwyraźniej nie wykryli dotąd 
zamaskowanych 4niszczycieli rakietowych obrony Stacji, zatem istniała 
nadzieja, że atak przebiegnie szybko i bez strat własnych. 
Ostrzał rozpoczęto jednocześnie, bazując na wyzerowanych i dokładnie 
ustawionych zegarach pokładowych.
Niszczyciele o tonażu 4000 ton, uzbrojone w 12 wyrzutni dziobowych mogły
przenosić na pokładach ilość rakiet dalekiego zasięgu, pozwalającą na 
oddanie 24 pełnych salw. Dawało to niemożebną do zignorowania siłę ognia.
Nigdy dotąd nie koncentrowano takiej siły ognia na jednym obiekcie, acz też
nigdy dotąd nie potkali się z tak dużym okrętem... Zresztą nie cieszyli się
długo, nagłość kontrataku zupełnie ich zaskoczyła. Oto ujawniły się potężne
działa laserowe, gęsto rozmieszczone wzdłuż pionowej i poziomej osi okrętu,
jedną salwą niszcząc wszystkie wystrzelone dotąd pociski...  
W tej sytuacji dalszy ostrzał rakietowy stracił sens... 
Tak ogromny okręt musiał bowiem dysponować równie potężnym źródłem
 energii..., bowiem salwa laserowa w ogóle go nie spowolniła, ba, 
zaczął zmieniać kierunek lotu, zbliżając się ku planecie Grroty!  
Następnie statek zwolnił, ponownie zmieniając kurs, by nie zderzyć się
z planetą... i niemal zastopował. Taka nonszalancja była niezrozumiała,
zakrawała na głupotę, bądź pewność, że nie mogą uczynić wrogowi 
żadnej krzywdy. Założono, że jedyną alternatywą dającą, i tak
niewielkie szanse, jest atak samobójczy niszczycieli Pierwszej Floty.
Nie zdołano jednak przeprowadzić ataku, bowiem powstrzymał ich rozkaz
dowódcy połączonych Flot, Gra-ker-kela. To, co ujrzano, ponownie skanując
obcy okręt, wzbudziło w nas przerażenie... Nagły, niesamowity ponad
100 krotny wzrost aktywności energetycznej wokół kosmolotu obcych,
okazał jawnie, co powodowało ich spokój, bez choćby próby ucieczki czy
kontrataku. Okręt obcych włączył nowe osłony energetyczne, już pobieżna
analiza wskazała, że cała flota detonując samobójczo, nie zdołała by ich
przebić... Tym razem chodziło o generatory typowe dla napędów 
grawitacyjnych, a pole osłonowe po kilku sekundach nabrało cech horyzontu 
zdarzeń! Nie przewidywano nawet możliwości istnienia tego typu technologii,
wątpliwe stało się, byśmy zdołali zrobić cokolwiek...
Marazm jednak, nie leżał w naszej naturze, a kapitulacja nie wchodziła w grę.
Ogrom statku obcych, większego dwakroć od największej planety obu Układów,
jego sygnatury... Zdumienie wzrosło, gdy sensory odnotowały emisję radiową
i laserową - wyraźnie dzielone - w formie języka binarnego. Zachowano jednak
ciszę. Nie wyobrażaliśmy sobie negocjacji pokojowych po tym, gdy sami
zdecydowaliśmy rozpocząć ostrzał obcego okrętu, z drugiej strony nasz atak
przekreśliłby rozmowę o czymkolwiek. Dowództwo dyskutowało, jednak w 
końcuzwyciężyła myśl - życie i śmierć były naszą podstawową formą egzystencji,
nie było dla nas drogi pośredniej, woleliśmy zginąć niż oddać się w niewolę
lub zaryzykować gorszy los ze strony nieprzewidywalnych, nieznanych obcych.
Wydano stosowane rozkazy obronie planetarnej. Stacje kosmiczne i silosy
rakietowe zostały uaktywnione, kosmolot obcych namierzano aktualnie.
Statek obcych cały czas skanował wszystkie cztery planety, od niejakiego
czasu skupiając się szczególnie na śladach wojny nuklearnej i pozostałościach
miast Jardian. Nie zwracając na to uwagi, przygotowaliśmy się do największego
ataku kosmicznego - jaki był dotąd losem naszej rasy. Na czterech zasiedlonych
planetach, ich księżycach, na Stacjach i okrętach Floty Bojowej skoncentrowano
około 2 milionów wyrzutni rakiet. Takiego ataku nic nie powinno przetrwać,
nawet osłony grawitacyjne musiały ulec przeciążeniu, jeśli nie zewnętrznego
horyzontu zdarzeń, to wewnętrznej równowagi energetycznej, to mogło,
choć nie musiało doprowadzić nawet - do implozji całego okrętu!
Owszem, stracilibyśmy wówczas przynajmniej pierwszą z planet układu,
lecz innego wyjścia nie dostrzegaliśmy. Wyrzutnie zostały aktywowane...


Sensory dalekiego zasięgu nagle i bez ostrzeżenia, zamiast odpowiedzi na różne
sposoby próby porozumienia, powiadomiły nas o nasileniu sygnatur
energetycznych typu militarnego i to wszędzie - w całej w przestrzeni układu.
Ilość możliwych źródeł ostrzału bronią nuklearną skłoniła do wniosku,
by Matka uaktywniła obronę antyrakietową, oraz kontrbroń energetyczną
i kinetyczną. Wydało nam się, że obcy nie chcą kontaktu i nie chcą też wypuścić
Matki z okolicy zamieszkałych planet. Irracjonalna dla Matki reakcja obcych,
nam wydała się dość oczywista, zdjęcia wykonane przez kamery dalekiego
zasięgu wskazywały na swoisty wygląd floty bojowej, a obrazy z planety
przekonały nas, iż mieszkańcy pochodzą od form drapieżnych, zatem zapewne
znacznie bardziej agresywnych i zaborczych, niż dawna cywilizacja ludzi...
Bez odpowiedniej pustki przestrzeni, Matka nie mogła uaktywnić pełnej mocy
napędu i oddalić się z miejsca zagrożenia, ponieważ fluktuacje czasoprzestrzeni
mogłyby unicestwić stabilność grawitacyjną całego układu binarnego,
w tym także i naszą... Poza tym, manewry przyśpieszeniowe wymagałyby
czasowego wyłączenia nowych generatorów osłon grawitacyjnych.
Nie można też było przewidzieć, jakie skutki miałby ostrzał nuklearny tak
wielkiej ilości pocisków detonujących na standardowych osłonach Matki.
W najgorszym razie mogło dojść do przeciążenia wewnętrznej struktury napędu,
albo nawet zdestabilizować kulę plazmy - dająca mu energię potrzebną
do przemieszczania się w przestrzeni kosmicznej.
Z drugiej strony - nie byliśmy czarną dziurą, a horyzont zdarzeń, choć skuteczny,
był tylko pozorną formą osłony o ograniczonej mocy i nie można było ‘wyłączyć’
jego automatycznej funkcji wchłaniania energii detonujących pocisków.
Pozostawało nadal próbować nawiązać kontakt, a w razie ataku, niestety,
odpowiedzieć z pełną mocą, by rozładować energię gromadzoną w horyzoncie
zdarzeń. Po namyśle za cel kontrataku wybraliśmy Stacje orbitalne i okręty flot
bojowych.
Według badań skanujący powierzchnię, ta rasa miała już na koncie eksterminację
innej, inteligentnej kultury, na co wyraźnie wskazywały ślady na powierzchni
dwóch planet układu. Zatem, obrona musiała równać się atakowi - a wówczas albo
Matka zwycięży, albo nasza podróż w przestrzeni zakończy się w tym układzie...,
a raczej, w miejscu, gdzie teraz jest, bo eksplozja tak wielkiej jednostki, musiała
by zdestabilizować tutejsze gwiazdy, o tym co stałoby się z powierzchniami planet
nie wspominając. Matka będzie próbowała uratować siebie, ale i ich, bowiem
eksterminacja obcego gatunku istot rozumnych nie leżała w jej interesie.
Nawet pokonani nie będą więc wyniszczeni do imentu, a jednie, czasowo
obezwładnieni. Matka uaktywniła systemy bojowe, my także dostaliśmy swój
udział, sprzęgając z naszymi receptorami wiązki dział laserowych i właśnie
aktywowanych wyrzutni dział kinetycznych i wyrzutni rakiet z antymaterią...
Obcy nie mogli niestety wiedzieć, czym dysponujemy, choć być może,
gdyby wiedzieli, pozwolili by nam odlecieć…


Obcy nie zaprzestali prób nawiązania kontaktu, acz też wciąż rosły
sygnatury aktywności bojowej na powierzchni okrętu. 
Ale teraz nie miało to już znaczenia, bo musieli odkryć sygnatury 
naszego uzbrojenia, a to mogło z znaczyć tylko jedno – wiedzieli - że
 popełnili błąd. My jednak nie negocjowaliśmy pokoju po wypowiedzeniu 
wojny, byłoby to poniżej naszej godności. Nie można pozwolić wycofać 
się obcym, więc jedyną możliwością - jakie dopuściła Rada Planet i
Dowództwo - był zmasowany atak. Przed natychmiastową realizacją
tego zadania powstrzymał nas kolejny wzrost i zmiana jednocześnie,
jakim uległy sygnatury energetyczne obcego Kosmolotu… 
Wyglądało na to, że jednak może się obronić. Nie było na co czekać, 
zatem rozkazano atakować!
Miliony rakiet taktycznych pomknęły ku okrętowi obcych...


2, 223.123 lecących ku Matce rakiet z głowicami taktycznymi robiło wrażenie,
ale świadomość, że nawet połowa może być zneutralizowana przez pole siłowe
dawała nam duży zapas błędu. Działaliśmy spokojnie, namierzając i niszcząc
kolejne rakiety z pomocą laserów. Wiązki energetyczne uderzały tnąc
i dziurawiąc, systematycznie zmniejszając liczbę wciąż docierających rakiet,
lecz nawet sprzężone umysły Podłączonych i 2.5 tysiąca dział laserowych,
nie mogły wyeliminować wszystkich rakiet wroga. Osłony wchłaniały zatem
uderzenie za uderzeniem... Wkrótce horyzont zdarzeń wypełnił się energią
„po brzegi”... Matka zdecydowała zatem, by uaktywnić funkcję dział
kinetycznych i dziobowe, nigdy dotąd nie używane, mega-działo grawitacyjne...
Pierwszym celem działa stały się systemowe księżyce i Stacje Kosmiczne
orbitujące w przestrzeni Układu... wedle obliczeń odpowiedzialne za niemal
połowę siły ostrzału, a zarazem wykazujące się niewielkimi sygnaturami
żywych organizmów. Działo grawitacyjne wypaliło i jeden z bliskich księżyców
eksplodował, niszcząc mimochodem także 4 ciężkie krążowniki i kilkanaście
mniejszych jednostek wrogich obcych... Wciąż niszczyliśmy laserami rakiety
obcych, a działo grawitacyjne, dokonywało destrukcji kolejnych celów.
Jednak oczywiste było, że to nie wystarczy. Jeszcze trzy strzały i nie będzie
już poza-planetarnych celów w tym Układzie, a choć ich zniszczenie zmniejszyło
o 60 % ostrzał ciała Matki, kumulacja energii z uderzeń pocisków taktycznych
wciąż zagrażała stabilności okrętu... Uruchomiliśmy zatem działa kinetyczne,
oraz z głowicami z antymaterią, by razić skupiska wyrzutni planetarnych na
najbliższych planetach wroga, oraz co większe jednostki bojowe...
Zmiana zaszła już po drugiej salwie, zmniejszając ostrzał z dwóch najbliższych
planet niemal o kolejne 20%. Kolejne salwy pozwoliły zmniejszyć ostrzał na
tyle, by działa laserowe mogły niszczyć 99% rakiet... Teoretycznie mogliśmy
w tym momencie odlecieć, lecz resztka floty wroga skutecznie nam
to uniemożliwiła, zbliżając się do Matki z ewidentnym zamiarem
samobójczych ataków... Wymusiło to skierowanie działa grawitacyjnego ku
okrętom wroga, a także dział kinetycznych i całej, sprzężonej siły dział
laserowych. Takiej sile ognia nic nie mogło się oprzeć...
Tylko jeden okręt, niewielki ścigacz, przedarł się przez obronę i detonował
na osłonach grawitacyjnych...
Pole bitwy wyglądało koszmarnie..., w przestrzeni około-planetarnej nie było
już żadnej całej jednostki bojowej wroga, ani stacji orbitalnych...,
na powierzchni planet szalały pożary, miejsca po uderzeniach dział
kinetycznych i głowic z antymaterią wyglądały gorzej, niż kratery, jakie
wybiłyby niewielkie komety... Straty musiały być ogromne... A jednak,
gdybyśmy pozostali w Układzie, nie był by to koniec bitwy...
Sensory dalekiego zasięgu odkryły bowiem nową flotę bojową, niemal tak
samo liczną jak zniszczona, podążającą ku nam na pełnym ciągu z planet
drugiej części układu binarnego... Nie mieliśmy zamiaru z nimi walczyć,
bo mimo dużych szans na wyjście z potyczki cało, zadaliśmy już tej cywilizacji
takie straty, po których wiele dekad czasu układowego zajmie im odbudowa
zasobów i odrodzenie populacji planet...
Matka wygasiła osłony grawitacyjne, działo dziobowe i większość uzbrojenia,
przerzucając moc do napędu, wycofując się na razie z prędkością około 0,07 %
prędkości światła, by po wyjściu z bezpośredniej bliskości układu przyspieszyć
do prędkości równej flocie obcych ( 2 % prędkości światła ).


Atak okazał się niewystarczający, wrogi okręt jest zbyt trudnym 
przeciwnikiem. Dowódca połączonych Flot Układu wydało rozkaz o 
przesłaniu wsparcia niszczonym planetom, lecz mógł on nadejść 
zbyt późno...
Zaskoczyło wszystkich, gdy obcy miast zniszczyć od końca życie 
na planetach, wyłączył osłony bojowe i większą część uzbrojenia, 
próbując wycofać się z Układu!
Przegraliśmy, zrozumieliśmy to w momencie, gdy obcy przyspieszali...


Matka oddalała się z układu binarnego z niemożliwą dla wrogich jednostek,
prędkością 7% prędkości światła..., po czym po 10 milionach kilometrów
przyspieszyła do 15%. Ze smutkiem patrzyliśmy na widoczne nadal obrazy
dokonanych przez nas zniszczeń. Wiedzieliśmy, że Matka rozważała
zniszczenie całej cywilizacji, ale ostatecznie postanowiła nie tracić
potrzebnej na to energii...
Wkrótce znaleźliśmy się w bezpiecznej odległości i wszelkie systemy obronne
zostały wyłączone. Matka obrała nowy cel badań i wciąż przyspieszała,
by po trzech godzinach standardowych ustabilizować prędkość w granicach
70% prędkości światła...
A my, wiedząc, że lot potrwa kilkaset lat, pozwoliliśmy pod-SI wyciszyć nasze
umysły... U tak, po ledwie 26 godzinach standardowych, bardzo aktywnej
świadomości znów zapadliśmy w stan marzeń sennych, marząc o kolejnym
Przebudzeniu, choć, być może, oby, w bardziej..., komfortowych warunkach.

Paweł Galiński...

A jutro... ciąg dalszy zombiaków po polsku... ;)