wtorek, 13 marca 2018

Legendy Magii cz. 3 - Pojedynek.




Wszedł do miasta ostrożnie, nie powiedziano mu jaką skalą magii dysponuje 
jego przeciwnik..., a runy pokrywające mury, bramę i inne miejsca 
w miejscowości, wskazywały na całkiem zdolnego Mistrza. 

Wysoka brama, kamienne mury równe jak od sznurka i to w kraju niemal 
pozbawionym skał łatwo zdradziły mu, które z miast ma odwiedzić. 
To częsty błąd magów / renegatów, uciekających przed władcami 
tego świata - oceniali świat po sobie, nie przychodziło im do głów, 
że Ścigający mogą myśleć, zwyczajnie, logicznie...
Runy zresztą, pokrywały blanki i kraty, a nawet kostki bruku! 
Dosłownie wszystko wskazywało na obecność zdolnego maga. 
Idąc ulicą nabrał ostatecznej pewności, czuł pod stopami charakterystyczne 
mrowienie, a to, że nikt nie biegł jeszcze w jego kierunku z mieczem lub,
że żaden uczeń maga nie skierował w jego stronę jakiegoś wrednego uroku,
przypisał wyłącznie swojej przezorności - jego sandały nosiły naznaczenia 
magicznego anty-wykrywacza. 
Całe szczęście, że zawsze nosił przy sobie takie dodatkowe buty. 
Pyliste drogi dawno już starłyby wszelkie ślady run. Swój magiczny kostur 
zakamuflował tak, że wyglądał teraz jak długa laska, a on od pokoleń wędrując
po bezdrożach, nie do odróżnienia był wobec przeciętnego chłopa steranego
czasem i ciężką pracą w polu, lub wędrownego mnicha - żebraka.
zostawały oczywiście blizny run wypalonych kiedyś żywym ogniem na jego
skórze..., ale tak proste iluzje maskujące poznaje już adept pierwszego roku...

Mag Dargus, zwany przez niedouczonych mieszczan „Wielkim” drgnął 
niespokojnie - zawodowe doświadczenie kazało mu odruchowo sprawdzić 
wibracje wykrywacza magów -, starej sztuczki ze znakiem Ann wyrytym 
pod kamiennymi klockami bruku...
Nic - uśmiechnął się duchu - na szczęście było to tylko przewrażliwienie.
Mieszczanie wierzyli, że bruk, ten krzyk mody w takich miejscach, odległych
od centrum cywilizacji - był jego magicznym darem dla nich, swego rodzaju
zadość uczynieniem za miejsce do pracy, wikt, i opierunek i, czasem 
też obecność pięknych, młodych córek bogatszych rajców. 
Tym razem uśmiech rozjaśnił również jego twarz. 
Tak, tutejsi mieszczanie nie należeli do mądrych ni światowych, mógł liczyć na to,
że żaden z nich nie sprawdzi jego referencji, ani nie zainteresuje się przeszłością, 
wszak mag, który wznosi magicznie miejskie mury i bramy, który pokrywa 
równiutkim brukiem główną aleję miasta nie może być kimś złym, nie zasługuje
na brak zaufania… Wstał z miękkiej kanapy, przeciągnął się i wyjrzał przez okno.

Zauważył maga wychylającego się z okna. 
Tak, to Dargus. 
Kolejny prowincjonalny renegat rodem z Kolorowego Uniwersytetu magii 
i wiedzy tajemnej z Kraxx. 
Dobrze, tego oczekiwał, a jego zadanie nie powinno być trudne, choć 
z pewnością przyjemniejsze..., niż usuwanie z drogi kilkunastu wojowników
lokalnego rozbójnika, zwącego się samozwańczo Majorem. 
Doszedłszy do placu na środku miasteczka usiadł na gołych kamieniach bruku 
i szepnął kilka cichych zdań. Intonacja ich już sama w sobie wzbudzała 
wibracje powietrza i nie mógł już liczyć na swoje sandały. 
Sięgnął do torby, wysypał z dłoni garść drobnych czarnych ziarenek, które 
puszczone wraz z wiatrem osiadać zaczęły na kamieniach bruku, po jednym 
na każdy kamień. 
Drobne ziarenka osiadłszy na kamieniach, natychmiast zaczęły szybką erozję 
magicznie formowanego piasku. Po kilkudziesięciu sekundach, ku przerażeniu 
okolicznej czeladzi i kupców handlujących na placu - bruk zamienił się w to, 
czym w gruncie rzeczy nigdy nie przestał być - drobnym, białym piaskiem. 
Tylko kamienie, na których siedział mag, zachowały swoją magiczną spójność.
Rozejrzał się - z lewej - z małej uliczki właśnie wyłaniał się oddział straży 
miejskiej, z niemal przeciwległej ulicy wyszedł zaś młody adept magii, obdarzony
przez nauczyciela Artefaktem, w postaci starej, brązowej tarczy. 
Ach - pomyślał - mój przeciwnik nie zamierza niczego pozostawić 
przypadkowi, a jego uczeń ma wybadać siłę napastnika, ciekawe, 
czy uczeń zdaje sobie sprawę, że nie pożyje wystarczająco długo by zdać 
swojemu panu jakąkolwiek relację…
Dotknął kostura - proste drewno w mgnieniu oka odkryło swoją naturę, 
a młody adept słyszalnie westchnął. Zaraz potem, dowodząc inteligencji przystanął 
klękając i wyrzucając z siebie zaśpiew - aktywował Artefakt. Brązowa tarcza
rozbłysła złotym blaskiem przetykanym czerwienią rozjarzonych run obronnych.
Niewiele mu z tego przyszło, Mag Legendy musiał dać szybki pokaz siły!
Kilka słów i chwyt za kostur - wygenerowało serię 15 piorunów kulistych, 
które uderzając w tarczę - i ją i młodego maga zamieniły w parującą kupkę 
popiołu. Zeszklony piach i para unosząca się obficie nad miejscem eksplozji, 
nieco zastopowała oddział straży miejskiej. Kilka sekund bezruchu i cała 
gromadka wojów jak na zawołanie rozproszyła się po placu, część zapewne
po to, by próbować zajść maga od tyłu, część, by po prostu zmniejszyć ryzyko 
trafienia kolejnym wyładowaniem energii. 
Uśmiechnął się, znów zacisnął palce na kosturze. Blask jego zwieńczenia 
rozdarł okolicę, w górę, wysoko w górę pomknął słoneczny blask jakby pionowej
krechy, od której powietrze wydawało zaśpiew dartej tkaniny. 
Wówczas jednym - płynnym ruchem wstał i zatoczył kosturem ogniste koło! 
Gdy blask jęzora ognia osłabł, na placu poniewierało się tylko nieco szaroburych
szmat i szarego popiołu. Po chwili ciszy, stopniowo, zaczął w mieście narastać 
nerwowy gwar wielu głosów, ludzie zamykali się w domach, kolejne okiennice 
zatrzaskiwały się, drzwi zamykały, szczękały rygle. Ledwie kilka minut i gwar 
zaczął opadać. W końcu, maga znów otaczała jedynie głucha cisza. 
Miasto wyglądało na zupełnie wymarłe. Wstał, początek został zrobiony, 
czuł w sobie nadal wiele z gromadzonej od miesięcy koncentracji mocy, 
starczy jej na długo, wręcz o wiele za długo... 
Żadnego szczekania psa, miauczenia kota, nikt już nie wyjdzie mu naprzeciw, 
nie spróbuje przeszkadzać. Wiara w ich miejscowego maga właściwie 
przestała istnieć, więc zamiast czaić się za oknami z napiętymi kuszami raczej 
będą się kulić po kątach. Ruszył w stronę domu maga Dargusa, a gdy dotarł
 na próg, pochylił kostur i nie bawiąc się w subtelności posłał w nie kulę
błękitno-białej energii.

Dargus podskoczył od okna, mięśnie mu stężały, gdy zaobserwował blask, 
przepływający przez ulicę - jeszcze chwilę temu nie był pewien z jakim magiem 
ma do czynienia, w końcu zabić jego ucznia było dość prosto, ani chwili nie myślał
o tym, że stara tarcza zadziała, miała tylko odwrócić uwagę, zmylić maga, może 
nastraszyć, gdyby miał do czynienia z młodszym najemnikiem. Mistrz Legendy…, 
oj mocno musiał zajść za skórę swoim wrogom, a może to król którego córkę
zbałamucił...
Nieistotne, całkiem nieistotne - pomyślał, po czym wręcz sprintem pobiegł do pracowni.
Gdy doszedł do siebie mógł już myśleć tylko o jednym - przyskoczył do ściany, zerwał
i rozłożył na ziemi ozdobny kilim, od wewnątrz czarny i pokryty błękitnym wzorem. 
Wyskandował kilka krótkich zdań, rzucił się w środek wzoru i zniknął !
Niemalże w tym samym momencie potworny huk zatrząsł ścianami jego domu,
zamieniając cały parter w ruinę, naruszając ścianę nośną tak, że po chwili cały 
dom złożył się jak wykonany z talii kart.

Kurzawa i kawałki ruiny przeleciały obok Maga Legendy. Dom uległ całkowitemu 
zniszczeniu, a on potrząsnął głową z politowaniem, dopiero teraz zorientowawszy się, 
że dom Dargusa, podobnie jak bruk - był stworzony magicznie, nieledwie zlepiony 
runami fikuśny kopczyk piasku, w który obecnie się zmieniał... 
Podszedł bliżej, przykląkł, wysunął dłoń ku piaszczystemu pagórkowi. 
Nie było żadnego drżenia, w chwili wybuchu w domu nie było żywej istoty...
Westchnął, wyskandował głośno krótką pieśń, której wibracje wydobyły spod 
piasku czarno-błękitny kilim.
Zmarszczył brwi -  Ach tak, Artefakt teleportacji krótkiego zasięgu - pomyślał. 
Powoli i starannie zbadał wzór. Pół godziny przełamywał zaklęcia błądzące, mogące
posłać go w odległą część galaktyki (oczywiście na szybką śmierć), po czym odczytał
lokalizację. Uderzył w kilim kosturem - a ten wybuchł krótkotrwałym płomieniem
i zniknął jak sen jaki złoty.... 
Mag tymczasem utkał z pieśni odpowiednią lokalizację i utworzył własną Bramę.
Wszedł w nią z krzywym uśmiechem, już teraz plotąc dźwięk zaklęcia uderzenia...

Dargus lądując w starym opactwie klasztoru Zapomnianego Boga, odetchnął z ulgą, 
był teraz około pięciu dni jazdy konnej od miasta, w którym o mało co nie zginął. 
Otrzepał szatę, wziął do ręki swój czarny, krótki kostur, aktywował biały kamień 
u jego szczytu, przygotowując, ot, tak na wszelki wypadek, magię obronną... 
Jego osobisty Artefakt był prosty, a Mag miał ogromną nadzieję, że Mag Legendy 
potraktuje kilim teleportujący równie lekceważąco, jak jego obronę... 
Ciesząc się, że przygotował sobie drogę ucieczki podszedł do drzwi opactwa, 
w którym kilka lat temu przygotował sobie runy odbiorcze. 
Otworzył drzwi.

Błysk i huk, Dargus leci przez opactwo jak pchnięty kafarem. 
Uderza w przeciwległą ścianę.
Mur osypuje się tynkiem, mag opada na ziemię i niemal mdleje. 
Ledwie ostatnim wysiłkiem wysyła w przeciwnika dwa kuliste pioruny, po czym
przetacza się ku niemal niewidocznemu freskowi na jednej ze ścian opactwa
i skandując zaklęcie - skacze w jego kierunku!
Znikł, uciekł ponownie! 
Tym razem wylądował na skalistej plaży, wiele setek mil od feralnego opactwa
i nie czekając ni chwili znalazł okrągłe zagłębienie w większej skałce, aktywował 
kamiennego golema, po czym znów przeskoczył między przestrzeniami,
tym razem wywołując bramę z nieco już zatartej rzeźby lokalnego pół-boga...
Skakał tak jeszcze kilka razy, w różnych kierunkach, by znów dotrzeć 
do opuszczonego opactwa - zostawił tam zbyt istotne artefakty, by je porzucić...

Mag Legendy wylądował na skalistym wybrzeżu otoczony magicznym nimbem,
tkanym z sieci pieśni zaklęć, budowanej na długo, zanim odważył się skoczyć 
za Dargusem. Słusznie. Skalny golem niemal natychmiast przypadł do niego
i uderzył, posyłając maga kilka sążni dalej. Gdyby nie nimb - pewnie połamał 
by sobie kości! Zgubił kostur! Sięgnął jednak po niego zaklęciem, złapał tuż
przed tym, gdy stwór znów go dopadł. Golem niemal nabił się na skierowany
ku niemu kostur, o czym dosłownie wybuchł! Odpadło mu w każdym razie,
całe lewe ramię, część barku, pół głowy... Jednak, choć zatoczył się w tył, 
zaklęcie nie obróciło golema w pył, skoczył znów! 
Mag zatoczył się w lewo, uniknął ciosu prawego ramienia stwora, najwyraźniej
nieczułego na jego ochronne runy pokrywające całe ciało...
Mag Legendy, po raz pierwszy od stulecia poczuł prawdziwy lęk. Opanował
się ostatkiem sił i posłał w golema serię piorunów kulistych, odskoczył znów 
i drugi raz użył zaklęcia burzącego - Chybił! Golem wprawdzie odczuł siłę
zaklęcia i też chybił, jednak wkrótce znów ruszył na maga. Ten ostatkiem 
woli powstrzymał się przed paniczną ucieczką! Dotknął pasa, wyskandował
zaklęcie i porwał za swój bicz mocy! Jak mógł o tym zapomnieć!
Skandując zaklęcia posyłające w stwora kolejne serie piorunów kulistych,
ledwo drażniących oczy Golema, machnął biczem i w końcu poczuł się 
bezpieczny... 
Trafił. 
Bicz splatał setki niszczących czarów najnowszych generacji, ostatnio używał
go chyba dekadę wcześniej - była to bowiem broń potężna. 
I ponownie uratowała mu życie. Golema nić bicza po prostu przecięła na pół. 
I nie tylko, spaliła też jego rdzeń, wielki czarny diament, niemal jak głowa 
niemowlęcia! Potężny artefakt..., dobrze, że należał do poprzedniej
ery i dziś nie był już niezniszczalny... 
Dochodził do siebie dłuższą chwilę. 
Chyba nie odważę się skoczyć znów za zbiegiem - pomyślał.
Postanowił jednak wrócić do ruin opactwa. 
Wylądował spokojnie i już zbierał się do drogi powrotnej, gdy zobaczył 
złotą bramę tuż obok miejsca, w którym poprzednio zaatakował Dargusa... 
Przyklęknął, dotknął kostura, owinął go swoim biczem mocy, przygotował
zaklęcie burzące trzeciej generacji i..., czekał.

Wróg pojawił się, wychodząc z bramy spokojnie, w pierwszej chwili
nie zauważywszy w ogóle klęczącego nieopodal Maga Legendy. 
Pech. 
Dargus nie zdążył w ogóle zareagować. Tylko uniósł brew, a potem...
Mag Legendy bez uprzedzenia cisnął najwredniejszą magią uderzenia, 
jaką ten świat widział! 
Dargus poleciał w tył jak wystrzelony z katapulty, walnął o ścianę, 
przebił ją, wleciał do opactwa, rozwalił ciałem drugą ścianę...
Jego czarny kostur, przełamany po trzykroć, leżał obok gasnącej Bramy... 


Podszedł do Dargusa, popatrzył na połamane ze szczętem, stygnące już 
ciało renegata, po czym zaczął skandować najtrudniejsze z zaklęć jakie znał. 
Ślad po tym zuchwalcu nie zostanie... 

Dziesięć minut później skończył, a z renegata pozostała tylko sama, zaokrąglona
dziwnie głowa. Taki, dziwny, globus...
Mag Legendy wziął ją w rękę i wsadził do zawieszonej u pasa sakwy. 
Miał oto artefakt niegroźny nikomu, który wkrótce odda dzieciakom
z pewnego miejsca..., gdzie lubią taką grę.. 
Zadanie wykonane - pomyślał - a skondensowana esencja maga do końca 
świata będzie już żałować, że porwał się z rękami na jedyną córkę lokalnego 
króla... 
Poszedł na środek opactwa, odsłonił leżący tam kamień, dotknął go palcem 
w kilku miejscach, znanych głównie Mistrzom jego bractwa. Kamień rozjarzył 
się złotym blaskiem, wydłużył i zmienił w Bramę, za którą po chwili falowania 
pojawił się odległy trakt w środku starej, zielonej puszczy. 
Mag wkroczył weń, brama zamknęła się, kamień powrócił do swej poprzedniej 
postaci i nic już nie zakłócało porządku niszczejącej powoli budowli…


Kaniec cz. 3.  

piątek, 9 marca 2018

Legendy Magii cz. 2. - Patrol...

   

Stał na wzgórzu, mając dobry widok na okolicę. Wypatrywał przede wszystkim ludzi.
Po lewej, niemal na granicy widoczności spostrzegł kurzawę, zapowiadającą szybko
poruszającą się karawanę, lub spory oddział konnicy. Nieco po prawej zauważył kilka 
niewielkich domostw, dym wydobywający się z dwóch kominów wskazywał,
że są zamieszkane. Przysiadł na kamieniu, opierając ciężki kostur o pobliskie drzewo,
czekał, wpatrując się uważnie w coraz bliższy kłąb kurzu…

Spieszyli się, patrol okazał się bardzo owocny. Wracali do majora z ważkimi informacjami.
Kurz nieco przesłaniał widok, co chwilę któryś z nich kaszlał, lub psioczył soczystymi
metaforami opisując upał, który powodował, że nawet najdrobniejsze cząsteczki
piaszczystej drogi unosiły się spod końskich kopyt równie łatwo, jak latające nad końmi 
muchy i gzy. Lecz mieli informacje - Kanclerz Naar nadciągał tak, jak przewidział major, 
ale miał znacznie mniejsze siły, niż można by się spodziewać po tak zamożnym człowieku.
Major ich wynagrodzi, a wiara w przyszłe - łatwe zwycięstwo dodawała wszystkim sił.
Gnali więc na złamanie karku, usiłując przyspieszyć moment, gdy po zdaniu meldunków 
będą mogli odpocząć w miejskiej tawernie, rozsmakowując się nierozcieńczonym
piwem i aromatyczną kiełbasą...

Wstał, wiedząc już, kogo ma przed sobą. Zszedł z pagórka i przystając tuż za ostrym
zakrętem wypowiedział kilka szybkich, cichych słów. Kostur rozjarzył się ostrym,
błękitnym blaskiem, powietrze zafalowało, a na wysokości pasa scaliło się 
jak niewidzialny mur. 
Odszedł o 50 kroków, wbił kostur w ziemię, a sam przykląkł tuż za nim i kolejnymi 
szybkimi
słowami budował z powietrza kolejną zaporę, tym razem otaczającą jego postać - niby
półkulisty nimb, tarcza. 
Gdy dokonał dzieła, lekko uśmiechnięty przysiadł w pyle drogi i czekał.

Pędząc ile sił, nie zwolnili nawet na zakręcie, znali przecież tę drogę!
Wpadając w prostą, trzech pierwszych wojów dosłownie wyleciało z siodeł! 
Jeden przeleciał nawet nad siedzącym nieopodal człowiekiem... Konie rżąc przeraźliwie
przewracały się, pchały jeden na drugiego, a zmieszani rycerze nie mogąc ich opanować 
po kolei zeskakiwali na wąskie pobocze. Któryś, chyba Jaromir, wpadł na niewidzialną 
barierę i przeleciał przez nią jak przez niski murek, lądując nosem w piachu. 
Pozostali zaczęli przeskakiwać nad niewidzialną zaporą. Teraz, gdy zrozumieli naturę
zjawiska, pojęli też, że siedzący na drodze - musi być magiem. Sama magia nie była 
dla nich pierwszyzną, w niejednej bitwie spotykali się z różnymi wrednymi sztuczkami.
Zebrawszy się po drugiej stronie, ustawili się w szeroki szpaler i poszeptywali,
wymieniając wielce niepochlebne uwagi na temat maga...
W końcu dwóch najodważniejszych - wyciągnąwszy miecze - pokryte ochronnymi
runami, ruszyło w kierunku nieruchomego osobnika.
Szli ostrożnie, a ich koledzy natychmiast zaczęli wyciągać i przygotowywać do strzału
ciężkie, żołnierskie kusze - z bełtami - a jakże, pokrytymi magicznymi runami...

Siedząc spokojnie, patrzył na wystrzelonego z siodła rycerza, nadlatującego nad nimb... 
Słysząc chrzęst łamanych kości i gniotącej się zbroi, lekko wygiął wargi w czymś, 
co tylko nielicznym wydałoby się uśmiechem, wyglądało bowiem raczej jak grymas 
wściekłości, lub pogardy... 
Głupcy! 
Pędzili bez żadnej ostrożności, w pełnym galopie brali zakręt!
Z drugiej strony, przelecieć w powietrzu ponad 50 kroków, by umrzeć w pyle szlaku,
to bez mała rekord... 
Pozostali szamotali się chwilę z końmi, potem jeden wyrżnął nosem o piach, co tym razem
faktycznie ubawiło go, choć uśmiech na jego pokrytej wypalonymi runami twarzy,
z pewnością nie wzbudzał zaufania... W końcu opanowali swoje zmieszanie, lecz, 
tak jak sądził, nie wyciągnęli nauki z jego drobnej sztuczki. 
Ich kusze - połyskujące błękitnawo - wraz z srebrzyście-magicznymi bełtami, w mniemaniu
rycerzy zdatne do walki z magiem - dla niego były tylko bezwartościowym złomem. 
Gdy tylko zauważył dwóch rycerzy z groźnie uniesionymi mieczami - wyciągnął dłoń 
i dotknął kostura.
- No dobrze - pomyślał - mały pokaz, być może zdoła skłonić pozostałych 
do wycofania się
Zamknął dłoń na szorstkiej powierzchni kostura, a ten natychmiast rozjarzył się
sinym blaskiem... 
Efekt był piorunujący! Obaj rycerze dosłownie wybuchli! W ciągu sekundy zmieniając 
się w rozrzuconą po drodze breję niemal nierozpoznawalnych cząstek...
Kawałki skóry, wnętrzności i zbroi, rozrzucone z niezwykłym impetem doleciały
i do maga  (odbijając się od chroniącego go nimbu) i do przygotowujących się rycerzy.
Mag zdjął palce z kostura, usiadł wygodniej i lekko przechyliwszy głowę, z wyraźnym 
zainteresowaniem przyjrzał się reakcjom pozostałych przy życiu...

Jaromir, dotąd przykładający rękę do rozbitego nosa, zbladł jak ściana, 
zdrapując z hełmu resztki jednego z kumpli... Rozejrzał się gwałtownymi, urywanymi 
szarpnięciami szyi, policzył - dwóch rozerwało na strzępy jakieś nieznane im zaklęcie, 
trzech połamało się wylatując z siodeł, zostało ich ledwie pięciu...
Cholerny mag, zanim jeszcze się do niego zbliżyli, wytłukł połowę oddziału! 
Oddziału zaprawionych w bojach zwiadowców majora Rana... 
Splunął chcąc raczej pozbyć się zbierającej się w gardle flegmy i krwi, niż 
z wrodzonej nonszalancji... Znów popatrzył na kumpli, zezując jednocześnie w stronę 
maga.
- Co robimy...?
- A ch** go wie, co on za jeden, k****, mag pie******.
- Strzelamy ? - powiedział, chyba pierwszy raz w życiu - naprawdę drżącym
ze strachu głosem - siwiuteńki, choć młody jeszcze porucznik Szan, dowódca 
oddziału…
Popatrzyli na siebie niechętnie, niespokojnie przyglądając się pobojowisku. 
Tylko jeden zauważył, że wokół maga jest strefa całkowicie wolna od szczątków 
ich kamratów, ale że nie należał do bystrych, zmilczał. Powoli ustawili się
w dwóch rzędach, stojący z przodu, wyuczonym ruchem przyklękli, ustawili kusze 
na podporach i wycelowali w maga, stojący z tyłu unieśli kusze do ramion niemal 
jednoczesnym płynnych ruchem starych żołnierzy.
Pięć bojowych kusz wystrzeliło jednocześnie. Dziesięć zaprawionych magią bełtów
niemal po linii prostej poleciało w stronę siedzącego spokojnie maga!

Obserwował jak pogadują między sobą, ustawiają się w sprawny dwuszereg i składają 
do strzału. Nie poruszył się, nie wykonał najmniejszego gestu, a oni byli zbyt pochłonięci
pragnieniem odwetu by to zauważyć, lub choćby zastanowić się nad możliwością ucieczki...
- Żołnierze - pomyślał - Szkoda......
Jęknęły kusze, uwolnione bełty pomknęły w jego stronę, po czym oczywiście odbiły 
się nieszkodliwie od chroniącego go, powietrznego nimbu.
Dał im kilka sekund na konstatację własnej głupoty, po czym szybkim ruchem sięgnął 
po kostur i pochyliwszy się, szepnął dwa niezrozumiałe słowa. Kostur ponownie rozbłysł, 
lecz tym razem kula blasku oderwawszy się od sękatego draga, w mgnieniu oka uderzyła 
w zbitą grupkę rycerzy, rozrzucając ich na boki, jak suche patyki.

Jaromir wypluł krew napływającą do ust - mam połamane żebra, któreś musiało przebić
płuco - pomyślał, kaszlnął dwukrotnie i skonał... Z pięciu rycerzy przy życiu zostało
tylko dwóch, ale żaden nie miał ani sił, ani ochoty wstawać z ziemi tam, gdzie rzuciła
ich siła magicznej eksplozji. Gramolili się jedynie by ulżyć opalonym dłoniom i bolącym
kościom. Jeden poruszał się jak krab, próbując czołgać się niemrawo w stronę pierwszej,
niewidzialnej bariery. Nie próbował jednak jej przekroczyć, był zbyt osłabiony, a poza tym
przerażone konie dawno już uciekły. Doczołgawszy się do stężałego powietrza, przeklinając
po cichu czekał co będzie dalej. Na nic więcej nie było ich stać. Szan, drugi z ocalałych
modlił się cicho by mag pozostawił ich przy życiu, i o to, by choć jeszcze raz w życiu odwiedzić
miejski zamtuz i napić się zimnego piwa… cóż, któż to powiedział…, że nasze marzenia
świadczą o nas samych…?

Mag popatrzył sobie na efekt zaklęcia, wstał, otrzepał luźne szaty, machnął niedbale ręką
pozbywając się ochrony przejrzystego nimbu. Wyrwał kostur z ziemi i nie patrząc nawet
na żołnierzy, podążył w kierunku, z którego przybyli. Po chwili, gdy mag nie wracał,
pozostali przy życiu zwiadowcy usłyszeli, że zaczął nucić pod nosem smętną melodię,
w ten sposób wiedzieli, że się oddala. Niestety, nie mieli sił na żadną reakcję.
Dogorywali.
Kilka godzin później, gdy wysłany w ich poszukiwaniu patrol dotarł na miejsce,
wszyscy byli już martwi.


Koniec.

C.D.N.







czwartek, 8 marca 2018

Legendy magii cz. 1.



Spotkali się na szczycie wzgórza. 
Wszystkich Sześćdziesięciu, a właściwie, chwilowo, pięćdziesięciu dziewięciu 
magów Rady Nielicznych. 
Ich Zakon od trzech milleniów - wspierający wybranych władców Świata Wzgórz, 
bazował na legendzie nieśmiertelności Mistrzów. Dziś, po raz dwunasty w tym stuleciu, 
legenda wisiała na włosku...
Stali ze smutkiem spoglądając na szczątki najstarszego spośród nich, 
Trzydziestego Piątego. Cała okolica wręcz usiana była plamami wypalonej trawy, 
smolistymi kraterami po magicznych eksplozjach, szczątkami różnych stworzeń 
i ludzi... Rzadko zdarzały się tak smutne momenty. Szkoła Fra-Rage, jedyna w swoim 
rodzaju akademia magii i strategii, logiki, walki wręcz, fechtunku i szybkiego kojarzenia,
czyniła Mistrzów bardzo groźnymi przeciwnikami, o których mówiono i śpiewano 
po całym Świecie Świętego Owalu.
Powszechnie uważano też, że nawet pokonani, magowie z Rady mogli się odradzać.
Mity i opowiadane przez wynajętych minstreli baśnie służyły Legendzie, zatem były akceptowane i skutecznie wykorzystywane przez Radę...
Szczególnie pomagały temu także obronne runy szpecące ciała Mistrzów w sposób, 
który nie zachęcał do bliższych kontaktów z nimi... Wypalone na skórze magiczne symbole 
i runy, pokrywające niemal całe ciało Mistrzów, czyniły ich bardzo podobnymi do siebie,
w każdym razie, dla przeciętnego obserwatora... Magowie innych szkół także raczej 
nie zbliżali się do Fra-Rage. Legendę lekceważoną w innych szkołach magii, Rada utrzymywała nie tylko dzięki runom wypalanym uczniom na skórze, nie tylko dzięki wynajmowanym wędrownym poetom, ale i zabawnie wręcz prostym zabiegiem
 - pierwszeństwo Zastąpienia członka Rady otrzymywał zawsze adept wzrostem i wagą 
podobny poległemu.
Mistrzowie zebrani na Wzgórzu rozglądali się, szukając znaków i wkrótce wyparzyli je,
rozsiane chaotycznie po okolicy. Mistrz, zagrożony śmiercią, zawsze pozostawiał 
po sobie testament utrwalający w Znakach chwile walki, twarze napastników...
Cóż dałaby im legenda o nieśmiertelności, gdyby młody Mistrz nie mógł dokonać zemsty… Odtworzyli runy, ciąg mglistych, trójwymiarowych scen zalał bladym, przejrzystym 
światłem całą okolicę. Okoliczna ludność - i tak niechętna odwiedzaniu miejsc 
magicznych bitew - tego typu blaski i poruszające się po wzgórzu sylwetki - odbierała bezwarunkowo jak spełnienie legendy - i wolała trzymać się z dala ( nawet wiele lat 
po takich wydarzeniach ).
Sceny walki imponowały Mistrzom, ich brat walczył niemal godzinę i pokonał ponad setkę
ciężkozbrojnych, często wyposażonych w runiczną broń i pancerze, o knechtach
i naganiaczach nie wspominając. Pokonał też dwóch, towarzyszących wojsku druidów,
zagroził nawet władcy napastników, choć jednak, ten ostatni uszedł z życiem, wraz
z garstką ocalonych... Niestety, Trzydziesty Piąty, starzec liczący sobie ponad tysiąc 
dwieście obrotów Świętego Owalu, nie zdołał osłonić się nimbem magii na czas 
wystarczająco długi, by powstrzymać wszystkich kuszników i łuczników... gdy jedna 
z magicznie wzmocnionych strzał przebiła się przesłonę i ugodziła Mistrza w wątrobę, 
walka skończyła się niemal natychmiast... Pech, pech chciał, że na tę misję 
dyplomatyczną wysłano właśnie staruszka, który nie zajmował się na co dzień magią 
obronną, choć pozostawił po sobie wiele cennych czarów ofensywnych...

********

Nieliczni mieli przyjąć go za godzinę. Miał nadzieję, że nie chodzi o bójkę z Garosem,
rywalem spośród starszych adeptów. Owszem, przekroczył granicę Tabu urywając 
tamtemu ramię…, stosując swój własny wynalazek, magiczny bicz trzeciej generacji, 
w którym splątał w nietuzinkowy sposób czary paraliżującego zimna, ognistego 
oparzenia, kolców Ostrokrzewu Gigantycznego, jak i ostrza stalowej klingi, a i - inaczej
 niż poprzednicy, zamiast stawiać na runiczną rękojeść - poświęcił niemal rok, i teraz 
każdy centymetr plecionki naznaczony był magią Run. Niewielkich, tak, że równie 
dobrze mogły pokryć Złoty Pył, jak nazywano pokryte runami ziarnka maku, szczególny 
rodzaj magii obronnej Zakonu... Mimo zagrożenia, nie mógł nie myśląc z dumą o tej walce.
Pojedynki magiczne niby były zakazane, ale przecież Garos nie dał mu innego wyjścia…
Zresztą, w końcu w Szkole znali magię ruchomych protez, czasem lepszych niż oryginalne członki, ale wzdragał się na myśl, że mogą wobec niego zastosować karę Równoważni Krzywd. Z drugiej strony, słyszał o bitwie na Górze Tint, bo kto o niej nie słyszał, mogło 
więc chodzić o… Oby, oby to o to chodziło. Mistrzowie i tak mogli to potraktować jak 
karę, bowiem ostatnia Próba polegająca na wypalaniu Run, choć nie śmiertelna, 
sprawiała oczywisty ból, ból trwający miesiącami... Owszem, runy i symbole zakonu 
sprawiały, że trudno było pokonać czy choćby poważnie zranić naznaczonego nimi 
maga, ale przecież postęp polega na tym, że wymyśla się przeciw czary - runy 
znoszące działanie ich magicznej obrony...
Choć wciąż udoskonalali proces wypalania run, co kilka dekad znów łamano ich układ, produkując pociski zdolne zabić maga Zakonu... Jak choćby ostatnio.
Z drugiej strony, był już zmęczony grą w szachy, którą opanował nawet w sferze pięciu wymiarów albo zawodami sportowymi, w których wygrywali, co zręczniejsi, ale i często najgłupsi adepci. Znał opowieści o magach z innych szkół, ich marnym wykształceniu, 
braku dostępu do ksiąg mocy, a przede wszystkim, o dobieraniu ich tylko na podstawie zdolności magicznych, nawet jeśli ich ciała były pokracznymi, zdeformowanymi, albo 
lilipucimi. Nie dbali o Legendę, i płacili za to powszechnym brakiem szacunku. 
W świecie gdzie każdy gamoń mógł zdobyć ( a choćby i wygrzebać w grobowcach )
runiczną broń, magia była tak walorem, jak i przeszkodą, a nadmierna pycha Mistrza magicznego szybko prowadziła do jego zgonu... On osobiście nie znosił żartów na
temat magii i obiecywał sobie, że niejeden żartowniś poczuje to na skórze, gdy tylko
zostanie Mistrzem.
Przerwał rozmyślania, gdy zabrzmiał Róg Przeznaczenia, który oni, adepci, nazywali 
często ryczącą mućką. Czas się zbierać. Wstał z łóżka jak zawsze nagi, podszedł do wiszącego przy ścianie lustra, popatrzył na swoje wyćwiczone, opalone, powiedzmy 
szczerze, piękne ciało. Nieważne, jak zdecydują Nieliczni, po amputacji lub wypalaniu
run, tak czy inaczej straci ten atut... Atut, którego bezmyślnie zazdrościli mu inni adepci, 
który tak często prowadził go do Podziemi, do Sali Ćwiczeń, gdzie potajemnie wywoływał Sukuby. Ech, piękne, pamiętne ciała demonic, stalowy uścisk ich ud na jego ciele, triumf zmieszany z rozkoszą, gdy to one pierwsze ustępowały pola. Nie ma nic piękniejszego,
nic bardziej dodającego dumy, niż zmęczony sukub, spocony i leżący bezwładnie 
na podłodze, patrzący żółtymi oczami na jego zmęczone, pozbawione ( chwilowo ) 
tkanki tłuszczowej ciało. Te „bitwy” lubił najbardziej, a tylko nieliczni z adeptów jego 
pokolenia, byli zdolni wygrać z sukubem, większość po takich próbach trzeba było 
miesiącami reanimować w szpitalu, bądź, niestety, oddawać ich wysuszone ciała kremacji. 
W tej jednej dziedzinie był mistrzem wśród adeptów, a nawet sukuby wydawały się ostatnio radować z kontaktów z nim… Mistrzowie nie byli pozbawieni pociągu do płci przeciwnej, 
ale z runami pokrywającymi skórę jak głębokie oparzenia, trudno było o kobietę, której 
nie trzeba by zawczasu oszałamiać amuletem lub zaklęciem. Zresztą i sukuby nie były
tak chętne do kontaktów z magicznie wzmocnionym ciałem. Poza tym Legenda miała
też swoje minusy - przynajmniej z jego punktu widzenia - przesądna ludność raczej 
nie garnęła się w pobliże Nielicznych, a i zadania - jakie przychodziło im wypełniać, 
zazwyczaj nie dawały szansy na dłuższy i hm, pozytywnie nastawiający do nich pobyt
w miastach i wioskach...
Odetchnął, ubrał długą, powłóczystą szatę, włożył na głowę brązowy szyszak - oznakę
adepta, po czym udał się na spotkanie z Radą.


**************

Wstawał dzień, różowe blaski wschodzącego słońca dotykały górzystego terenu 
wokół małego zameczku, twierdzy pogranicznej, pełnej rycerzy, ladacznic i służby.
Stanął na szczycie grani. Długi kostur oparł o ramię. Wszelkie lęki i wątpliwości adepta
miał już za sobą. Czekał go żywot, który potencjalnie mógł trwać niemal bez końca 
- runy regeneracji i siły - pokrywające jego ciało, dawały mu namiastkę nieśmiertelności, 
ba, najstarsi z Nielicznych mają dobrze ponad tysiąc lat ! Niemniej, można go było zabić
i choć było to bardzo trudne, przeciętny żywot Mistrza Rady Sześćdziesięciu, trwał 
nie więcej niż pięć, dziesięć dekad… Otrząsnął się, pora wypełnić zadanie dopełnić 
Zemsty i Legendy. Zszedł z grani, bez strachu stąpając po osuwisku, szybko schodził 
ku jedynej drodze wiodącej do zamku.
Rycerz strzegący bramy Kurnika - jak sam Jarl nazywali kamienny zameczek - spojrzał
ku ścieżce. Tak, ktoś idzie - przeklął w duchu głupca - który pozwolił wykuć ścieżkę tak,
że dwieście metrów od bram światło godzin porannych zacieniało ją dokumentnie.
Pamiętał opowieści o ostatniej bitwie o zamek. Rycerze wroga podeszli niezauważeni 
niemal na pięćdziesiąt kroków, po czym zaatakowali szeroką ławą i taranem, 
a wszystko w niezmąconej ciszy, tak nienaturalnej, że niemal natychmiast skojarzono
 go z magią. Potężną magią, ale nie od dziś wiadomo, że magowie, a nade wszystko 
Nieliczni, nie lubią pana ich zamku. Tamten atak nieomal się udał, cisza ataku, brak
brzęku uderzających o siebie ostrzy, brak krzyku w ustach umierających wrogów, 
wszystko to wybijało obrońców z rytmu, odbierało poczcie bezpieczeństwa wśród 
grubych murów Kurnika. Jakoś jednak udało się im opanować sytuację, uruchomić 
katapulty i kartaczami z podpalonych brewion i łupków tutejszych, twardych i ciężkich
skał - powstrzymać napastników. Jego pan szukał potem pomsty, szukał długo, 
aż w końcu dopadł jednego z Mistrzów Zakonu na wzgórzu Tint, jakieś dwieście mil 
od rodzimej twierdzy. Ten głupiec sam przyszedł, wiedział że to zasadzka, zasraniec, 
a i tak przyszedł. No i okazało się, mówił Jarl, że magia to nie wszystko. Tak, pan 
mógł tak mówić, ale oni wiedzieli swoje. Gdyby nie zaproszenie do pomocy blisko
 setki najemników i kilkudziesięciu elfów, wszystkie ich wysiłki skończyłyby się
masakrą, ich masakrą, a mag odszedłby ze wzgórza zdrów i cały, po raz kolejny 
wzmacniając w ludziach pewność, co do tej ich legendarnej nieśmiertelności...
- Taak - przerwał rozmyślania, popatrzył jeszcze raz, ciekawe, tym razem zmierza 
ku nim tylko jeden osobnik. O cholera, ma kostur, Mag, pier**** Mag! Wartownik 
załomotał w gong, a że czynił to z rzadko spotykaną werwą, wkrótce z przybudówek
wewnątrz muru wybiegło kilkunastu roznegliżowanych jeszcze żołnierzy i oficerów, 
no i oczywiście ladacznic… Obudzeni tak wcześnie, chcieli nawrzeszczeć na strażnika, porucznik nawet myślał o chłoście, ale wszelkie ich dywagacje przerwał potężny 
ROZBŁYSK - w którym na chwilę zniknęła cała wieża strażnicza !
Potworny huk rozdarł spokój poranka, a wieża po prostu rozleciała się, zasypując 
ludzi gruzem.
Porucznik, który jeszcze przed chwilą myślał o ukaraniu podwładnego, teraz patrzył 
z bezrozumną miną na rudą ladacznicę uderzoną odłamkiem muru. Wyglądała,
jakby zamiast głowy miała otoczony pióropuszem rudych włosów - szary, skalny 
odłamek wieży. Spojrzał w górę, wschodzące słońce raziło, ale całą chwilę zajęła 
mu konstatacja, że nie ma już na co patrzeć, wieża, kawał muru i brama Kurnika 
po prostu przestały istnieć. Ziemia usłana była szczątkami muru, ludzi…, kilka kroków 
od jego nóg leżał charakterystyczny hełm wartownika…, pusty ale i rozerwany na pół. 
Spojrzał za bramę. W miejscu gdzie normalnie byłaby krata, stał wysoki mag, ubrany 
w powłóczystą, sięgającą do połowy łydek szatę. Szata była szara, po prostu, 
zwyczajnie szara. Twarz…, twarz maga była pokryta znakami, brzydka
i znajoma jednocześnie... Stupor w jakim tkwił od wybuchu, pogłębił się. 
Niemożliwe, pomyślał porucznik, niemożliwe, on przecież nie żyje. 
Potem osunął się na dziedziniec.
Po chwili był martwy, stupor był jednak szokiem, po tym, gdy ostrze halabardy 
wartownika, wbiło mu się w trzewia... Dopiero padając poczuł ból, na krótko.

*******************

Młody Mistrz zmierzył wzrokiem pobojowisko, jedna kula plazmowa rozbiła w pył 
całą obronną strefę zameczku, który dotąd uchodził za niepokonany, ba, była tu 
nawet jakiś czas temu bitwa, ponoć wspierana magią jakiegoś miejscowego 
gogusia, samozwańczo nazywającego się mistrzem magii, w której nieliczna 
załoga zameczku obroniła się przed blisko trzema setkami najemników… 
Być może to właśnie ten wypadek wbił miejscowego Jarla w tak szaleńczą dumę, 
że porwał się na Legendę… Ale to nieistotne, a jeśli, to jeszcze tylko kilka minut. 
Zacisną rękę na kosturze, siny blask zalał podwórze, a pozostali przy życiu rycerze
po prostu rozsypali się w proch. W proch rozsypały się też ladacznice, szkoda, 
ostatecznie myślał o nich inaczej, a i plany miał inne. Może pozostało kilka w zamku?
Zobaczy.
Pan zamku, Jarl Satrs obudzony został już gongiem, ale w pierwszej chwili nie 
zwrócił nań uwagi, nie spodziewał się, że ktokolwiek zaatakuje twierdzę pogromców
 jednego z tej zgrai zadufanych w sobie magików. Przekonała go dopiero eksplozja. 
Cały zameczek zadrżał w posadach, pospadały sprzęty, a jego kochanka najpierw 
wrzasnęła na całe gardło, potem podbiegła do okna, i zemdlała. 
Ze ściśniętym gardłem, porywając ze ściany ciężką kuszę, podbiegł do okna, 
wyjrzał i zdębiał. Mało brakowało, a podobnie jak jego kochanka osunąłby się 
w nieświadomość. Mur i brama, ba, cała wieża strażnicza, zamieniła się z kupę 
gruzu, a na dziedzińcu było więcej rannych i zabitych od zdolnych do walki rycerzy.
Chciał krzyczeć, wrzeszczeć na nich, by brali się do mieczy, gdy zobaczył stojącego 
w progu dawnej bramy. Ciężka kusza wypadła mu ze zdrętwiałych rąk. Poznał maga,
ta sama postura, na oko ten sam wzrost, taka sama szara szata, i kaszkiet zakończony 
złocistą kulką. Ten sam, długi, szaro-siny kostur… Odszedł od okna na zesztywniałych 
nogach. Zwyciężyli przecież wtedy, na wzgórzu Tint, ale ledwo ledwo, a straty były tak 
duże, jakich nie widziało się po niejednej bitwie, gdzie naprzeciw siebie stawały setki ciężkozbrojnych rycerzy… Trzydziestu elfów, niemalże stu najemników i pięćdziesięciu 
czterech z jego podwładnych poległo na tamtym wzgórzu. Wygrał i zdobył sławę jakiej 
nie miał nikt w tym państwie, ale i stracił ponad połowę załogi Kurnika. Nikt nie wiedział
o najemnikach, których ciała ściągnęli potem do przygotowanego zawczasu dołu, elfy protestowały wprawdzie, ale z tymi kilkoma poranionymi stworami poradzili sobie szybko. Liczył, że pogromców - ponoć nieśmiertelnego Mistrza magii - nie napadnie już nikt, 
nie uwzględnił tylko jednego, tylko tego, że Legenda jest prawdą!
Podszedł do łóżka, usiadł ciężko, a potem gdy do drzwi załomotali jego podwładni, 
po prostu położył się i zamknął oczy.
Rycerze nie mogąc dostać się do swojego pana zaczęli biegać bez ładu i składu, 
porywać broń, kusze, gizarmy, lance i łuki, i biec na szczyt murów zamku, żeby 
stamtąd, z wysoka i z dystansu - razić wroga. 
Wybiegając na blanki, po prostu zdębieli. Ich wróg, ten., który miał nie żyć, nie stał 
teraz u podnóża zamku, nie - polatywał sobie w powietrzu, kilkadziesiąt centymetrów
od powierzchni dachu Kurnika. Mimo to, nie mając wyjścia, rzucili się na przód - gizarmy
 i lance już już miały zagłębić się w ciało maga, gdy ten pochylił ku nim kostur.
BLASK zaćmił ich zmysły !
Jednak to kusznicy byli celem zaklęcia - wszyscy bezwiednie unieśli ciężkie kusze 
i wystrzelili w plecy kolegów. Gdy rycerze doszli do siebie, mag spokojnie, spacerowym krokiem zbliżał się ku nim, a prawie dwunastu ich przyjaciół leżało na ziemi 
naszpikowanych strzałami. Opuścili kusze i sięgnęli po miecze lub topory.
Mag uśmiechnął się, a oni wtedy...

Porzucili broń i po prostu uciekli.

Mistrz położył palce na kosturze, spokojnie wymówił skomplikowany ciąg zaklęć niewprawiających w drżenie cały zameczek, po czym jego kostur zaczął zmieniać
się z długą, choć nie dwuręczną klingę prostego miecza. Miecz miał barwę mleka, 
świecił własnym, wewnętrznym blaskiem. Mistrz uśmiechnął się do siebie - już 
dawno nie ćwiczył walki wręcz, a przeciwnicy nie mieli ochrony prawdziwej 
silnej magii. Ruszył ku korytarzom. Pierwszego przeciwnika spotkał po kilku krokach. Wielkolud, prawie za duży na tak przejście, z pałą w ręku i w ciężkiej, stalowej zbroi. 
Mag zachichotał, a wojownik próbował wycofać się, dopiero w tym momencie 
uświadomiwszy sobie idiotyczność decyzji pozostania w tym wąskim przejściu. 
Nie mogąc ani szybko cię cofać, ani zebrać rozmachu dla ciosu pałką, odrzucił
ją i wyjąć długi sztylet. Z tym orężem, licząc na przewagę zbroi rzucił się na maga.
Mistrz wciąż chichocząc z szczerej uciechy, po prostu wysunął ramię z mieczem. 
Zbroja była dla białej klingi - jak gorące masło dla zimnego noża - toteż wojownik 
nadział się na miecz jak nadziewa się indyk na rożen. Dopiero w chwilę po tym 
jak jego ciało przeszyła klinga, dopiero zatrzymany bólem zrozumiał, czemu z jego
zmartwiałych palców wysunął się sztylet, z brzękiem upadając na kamienie posadzki. 
On sam zaś osunął się w dół. Osuwające się ciało zostało przecięte ostrzem wzdłuż, 
bowiem mag chciał, by inni ujrzeli moc jego ostrza.
Przeszedł korytarzami kilkadziesiąt metrów, po czym wyjrzał przez jedno z okienek strzelniczych. Aha, wszyscy pozostali przy życiu uciekali. Trochę szkoda, liczył na jakiś sensowny pojedynek, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Zresztą znaczyło to, 
że i ta część Planu została wypełniona - roznosiciele Legendy pędzili właśnie 
w świat, by mogły powstać kolejne niestworzone historie, przesadzone plotki i pieśni.
On sam szedł teraz ku komnacie Jarla. Amulet z kości Mistrza, przyłożony do runy 
na piersi, wskazuje mu drogę.
To tu.
Mag uderza mieczem w dębowe drzwi, tnie je na paski i wrzuca resztki do komnaty. 
Wchodzi, ale zamiast bełtu z kuszy czy ostrza topora, spotyka się z rozczochraną, 
półnagą kobietą, która w drżącej ręce trzyma widelec...
Patrzy na nią przez chwilę, potem zaczyna się śmiać, a gdy kobieta rzuca się 
na niego, wyciąga rękę w geście uśpienia. Ladacznica pada na podłogę, a on 
rozgląda się z ciekawością. Bogaty wystrój komnaty nie robi na nim wrażenia, 
złoto i srebro nic nie znaczą wobec możliwości wyższej magii... Jarl leży na 
posłaniu i patrzy na niego bezmyślnie. To szok uświadamia sobie mag i choć 
uśmiech gaśnie na jego ustach, wewnętrznie cieszy się z takiego zakończenia. 
Podchodzi do Jarla i wypowiada zaklęcie odwrócenia. Po chwili w reku trzyma
jak dawniej - długi - sinej barwy kostur, a jego zakończona kryształem głowica
jaśnieje sinym blaskiem. Mag tym razem pamięta o kobiecie - i zanim aktywuje 
zaklęcie, najpierw wyrzuca bezwładnego Jarla przez okno, a potem i kostur 
wychyla poza krawędź pomieszczenia. Siny blask rozcina rzeczywistość, gdy 
gaśnie, nie ma śladu po Jarlu. Jakby nigdy nie istniał.
Nie będzie symbolu, kości jarla nie posłużą za złudne, ale popularne amulety 
przeciw magii...
Teraz pochyla się nad kobietą, bierze ją w objęcia i zanosi jej delikatne ciało 
na łóżko. Wypowiada zaklęcie oszołomienia, rozbiera ją i przez chwilę podziwia
jędrne ciało, młodej jeszcze kobiety. Musi być córką jakiegoś zwojowanego 
możnowładcy, bowiem inna pannica nie rzucała by się na maga z bronią, 
nieważne jaką by ta broń nie była. Opiera się pokusie, aktywuje magię
poszukiwania, wie już, skąd pochodzi ladacznica. Wypala w powietrzu czar 
nad jej głową. Gdy się obudzi, pójdzie do domu. Tylko tyle może dla niej zrobić.
Zmęczony walką kładzie się obok, po prostu. Bez dwuznaczności. 
Wstaje równo trzy godziny później, więcej snu mu nie trzeba, a już odbiera 
Znaki kolejnego zadania...

***************************

Kobietę budzi dopiero promień kolejnego świtu, przebijający przez okno. 
Przeciąga się rozanielona. Powoli rozgląda się po sali, widzi porzucony 
u wejścia widelec, szczapy drewna leżące po podłodze i niemal pustą framugę. 
Widzi, że światło inaczej pada do komnaty, jakby nie ograniczał go cień 
wieży strażniczej. Powoli przypomina sobie wydarzenia poprzedniego dnia
i zaczyna się bać. Nie widziała walki na wzgórzu Tint, ale przecież nie mogło 
być inaczej, bo tak mówiła Legenda... On, Jarl, jej pogromca, nie wierzył...
Powoli, ostrożnie, wstała z łóżka i podeszła do okna. Na dziedzińcu krążyło 
i podskakiwało spore stado sępów, i innych, ogromnych ptaszysk, ścierwojadów. 
Wszędzie walała się broń i kamienie rozbitej wieży. Odeszła od okna, ubrała 
się i poszła szukać Jarla.
Po kilku godzinach krążenia i nawoływań zrezygnowała. Pewnie uciekł, 
chociaż temu ostatniemu się nie dziwiła, jeśli to był ten sam mag, to znaczy, 
ze mogą ich jednak wskrzeszać, skoro mogą, może wrócić tu znowu...
Eh, mężczyźni pomyślała, po czym wzięła podróżną torbę, ciężka kuszę i 
kilka ostrych narzędzi i poszła w kierunku dolnych krain. Złota i kosztowności 
miała dość, do ojca Jarla wrócić nie mogła, do rodziców też, ale może przecież 
założyć jakiś miejski zamtuz, albo wynająć karczmę, poradzi sobie...

***************************

Mistrz magii siedział na grani i parzył na wychodzącą kobietę. 
Dawno już nie uprawiał seksu, dawno nie miał okazji do tej szczególnej walki 
z sukubami i przez chwilę, nad ranem, myślał na poważnie, żeby zostać z tą 
kobietą dłużej. Otrząsnął się jednak w porę i wyszedł, zanim zaklęcia przestały 
działać. Ona mogła lubić i kochać się ze swoim zdobywcą Jarlem, ale maga 
nienawidziłaby i bała, a on nie miał ochoty regenerować się po jakimś udanym 
ciosie widelca czy kuchennego noża. Poza tym miał zadanie..., nie mógł zawieść 
Zakonu. 
Gdy zniknęła za zakrętem drogi, wstał i wymówił zaklęcie Bramy. Gdy migotanie rozświetliło górę, wszedł w nierówny, magiczny portal...,
i zniknął.

Wyszedł prosto w przepełniony blaskiem i gorącem słońca trakt, gdzie wkrótce,
czeka go spotkanie z pewnym patrolem...

Koniec części pierwszej, nie ostatniej.

P.S. 
Napisałem to opowiadanie, a raczej scenariusz / skrót wszystkich 5, jakie dotąd 
napisałem na temat, a które z kolei być może przybiorą kiedyś kształt mini-powieści, 
- w roku 2005. 
Nie jest zatem tak, żebym magów poznaczonych runami wymyślił 
na podstawie książek Petera V Bretta. 
Jednak, biorąc pod uwagę, że opowiadania zdecydowałem się opublikować 
dopiero teraz, nie mogę uniknąć skojarzeń z twórczością tego jakże zdolnego 
pisarza, którego książki zresztą zawsze czytam z zapartym tchem... i właściwie
nie ma to znaczenia, bowiem poza tym jednym szczegółem, moje uniwersum 
"naznaczonych" runami magii, jest zupełnie inne... i oni sami też są kim innym, 
w innym celu pokrywając ciała siecią blizn...