wtorek, 20 czerwca 2017

Zombiaki po polsku... cz. 4...

Wsi spokojna, wsi wesoła..., z zombiakami dookoła...


Mglisty poranek 30 dnia Plagi rozpoczął się dla malutkiej wsi pod-malborskiej
bardzo spokojnie. Wydawało by się, że we wszystkich ( 30 ) domach i zagrodach,
nie ma żywego ducha ( ani martwego, zresztą ). Dopiero uważniej słuchając
moglibyśmy usłyszeć senne jeszcze gdakania kur, pomrukiwania krów, może
nawet - donośne chrapanie Sołtysa...
Wieś, której nazwa nie ma już znaczenia, położona około 20 kilometrów od
Malborka, otoczona z jednej strony rozległymi polami, z dwóch gęstym lasem,
z czwartej zaś głębokim, pradawnym bagnem..., wydawałoby się, niczym
nie chroniona przed wędrującymi stadami martwiaków, nie zdradzała
najmniejszych oznak jakichkolwiek problemów...

Około 6 nad ranem, w ciszę świtu wdarły się niepokojące, choć zrazu odległe odgłosy...
W lesie o poranku, gdy wiatr nie hula i nie pracują maszyny rolnicze, odgłosy niosą się
kilometrami..., te jednak, narastały, zwiastując poważne kłopoty...
Dziwne szuranie, szelesty, uderzenia, jak gdyby szedł przez las tłum pijanych ludzi.
Niestety, wraz z narastaniem hałasu, dały się usłyszeć pochrząkiwania, warkoty,
dziwne jęki, zwiastujące nadejście Stada... i to sporego. Każdego niezależnego
obserwatora powinien w tym momencie oblecieć strach i gęsia skórka pokryłaby
ramiona. Nie ma nic gorszego, niż Stado zombiaków wkraczające do niczego nie
spodziewającej się, spokojnej wsi...

Zombi wyszły z lasu, szły zadziwiająco zgodną tyralierą, w każdym rzędzie
po 50 – 60 istot. Teraz, widząc już zabudowania, zapewne czując zapachy życia,
przyspieszyły.
Wydawało by się, miały do przejścia jedynie 200 metrów i...
… pierwszy rząd nagle zapadł się pod ziemię, dosłownie! Ponad 50 zombiaków
znikło jak zdmuchnięte. Drugi rząd także, i kolejnych pięć..., dopiero następni przeszli
po prostu, po głowach poprzedników... ale nie uszli daleko, bo zapadli się nagle
w błotnistą maź. Fala smrodu ujawniła głęboki dół z gnojówką, przedtem przysypaną
piaskiem na gałęziach sosen i świerków... Głęboki, bo im więcej ich lazło
w błoto, tym głębiej zapadały się poprzednie rzędy... W końcu jednak, przeszły,
choćby zanurzone po szyje, przeszły. Były teraz bardziej powolne, jakby niepewne,
zapewne z powodu smrodu, który skutecznie zatuszował zapachy miłe ich gnijącym
nosom... Pierwszy z rzędów był już ledwie 100 metrów od pierwszych zabudowań,
gdy jeden z zombiaków potknął się o przeprowadzony tuż nad ziemią kabel.
Gdy tylko to nastąpiło, z ziemi podniosły się ostrza bron i kos, skutecznie rażąc
pierwsze rzędy i zatykając przejście ciałami tych, którzy nie mogli posuwać się dalej.
Jednocześnie zabrzmiał pierwszy gong dzwonu z malutkiego kościółka.
Dzwon zaczął bić w dobrym momencie, bowiem napór kolejnych zombiaków
przełamał wał ciał z tych, którzy nadziali się na przyrządy rolnicze i ponownie,
ława za ławą, ruszyli ku zabudowaniom.
Nagle, z lewej, spod ściany lasu zabrzmiał ryk silników. Jako pierwszy ukazał się
co nieco przerobiony, przysłowiowy kombajn Bizon... Kombajn, rozpędzony
niemożliwe wjechał w tłum zombiaków i po prostu zmiótł trzy rzędy tak, jak by
to były słomiane wiązanki. Przejechawszy na drugą stronę wsi zawrócił w porę,
by rozjechać kolejne rzędy, zawrócił ponownie i rozjechał następne..., niestety,
czwartego zwrotu już nie wykonał, bowiem kombajn nagle się zaciął,
na szczęście, już pod lasem... W chór pomróków i jęków zombiaków,
wdarły się pierwsze ludzkie odgłosy, a to kopania kaloszem w płyty kombajnu,
a to piękne przykłady staropolskich idiomów...
Jednak spod lasu wyjechał teraz walec, zapewne skombinowany w pobliskim
miasteczku. Za powolnym walcem jechał traktor, a na jego naczepie stało
20 chłopców - nastolatków, a każdy dzierżył dubeltówkę lub karabin...
Zdziwiła by się każda dawna służba państwowa, jak wiele broni palnej było
w rekach miejscowej ludności, historia jednak, uczyła ludzi, że przepisy to
przepisy, a sprawiedliwość...
Co walec uczynił z kolejnym rzędami zombiaków opowiadać nie wypada,
ważne, że jadący za nim nie mieli wiele do roboty, zatem ostrzeliwali głównie
kolejne tyraliery, próbując wyłuskać jak najwięcej z tych, które stały
jeszcze na nogach. W tym momencie z lasu wyszły na szczęście, ostatnie zombiaki.
Gdy z wieży kościoła zauważono ten fakt, dzwon zabrzmiał ponownie.
Wtenczas, walec obrócił niezgrabnie i wykonał drugą rundkę..., zaś traktor z naczepą
stanął na środku pola walki i zaczął się ostrzał pozostałych jeszcze, kroczących
powoli zombiaków. Zresztą, w tym samym momencie z wszystkich zabudowań
i spod lasu wyszli dorośli i razem, w liczbie ponad 100 osób, dołączyli do
młodzieńców na naczepie. Każdy miał albo broń palną, albo odpowiednio
przerobione grabie, widły, nowoczesne wersje cepów, lub kosy na sztorc,
dawnym polskim obyczajem, nastawione... Kolejna salwa wyeliminowała
wszystkich, którzy nie byli uwięzieni w rowie tuz pod lasem, oraz w dole
z gnojówką. Sołtys, rosły mężczyzna z wydatnym brzuchem i w zawadiackim
kapeluszu z piórkiem, machnął ręką, na ten znak zaprzestano strzelania, nie
było sensu marnować amunicji..., do gry wkroczyły krzepkie kobiety i starsi
mężczyźni, uzbrojeni w widły i kosy... 
Szybko, w ciągu ledwie kilku minut wykończyli zombiaki w dole z gnojówką. 
Potem ludzie rozeszli się po okolicy, a po upewnieniu, że po wszystkim.
W końcu, wszyscy zebrali się wokół dołu, w którym nadal kłębił się spory
tłumek martwiaków... Mieszkańcy wsi przynieśli liczne kanistry i sporo drewna...
i wkrótce zapłonął ogromny ogień...
Martwych z okolicy pozaciągano nad i wrzucano do bagna, głębokiego na co
 najmniej kilkaset metrów... Pole bitwy uprzątnięto w dwie godziny,
przygotowano je na przyjęcie następnego stada, a potem wszyscy, poza piątką
uzbrojonych po zęby strażników, poszli się wykąpać w pobliskim jeziorze...

Tak oto wieś niewielka, licząca 153 mieszkańców ( licząc niemowlęta )...
rozprawiła się ze stadem, lekko licząc, 10 x liczniejszym...

Oczywiście, do bohaterów tego zajścia jeszcze wrócę.

Paweł Galiński.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Przyszlość - Epizod 3.

Przyszłość III – Przebudzenie...


Trzeci z czterech epizodów..., wczoraj opublikowałem 1 cz. 


Wstrząs, który fluktuacją zakłóceń rozszedł się po osłonach ekranujących Matkę,
dla mnie był jedynie zapisem, odtworzonym tuż po dawkach hormonów i enzymów,
którymi Matka przebudziła umysły wszystkich Podłączonych...
Przebudzenie, jak zawsze, przyniosło ból, z jakim żywa tkanka reagowała
na gwałtowne przejście w stan świadomości.
Sprawdzenie systemów, powodu zakłócenia i stopnia zagrożenia, zajęło Matce
ledwie 3 milionowe sekundy, lecz mój umysł potrzebował całe 20 sekund,
by w pełni zorientować się w sytuacji.
Włączyłem sensory i kamery, które od dawna zastępowały mi prymitywne,
organiczne zmysły. W przestrzeni wokół Matki dochodziło do kolejnych, licznych
detonacji, stopniowo osłabiających standardowe osłony siłowe pancerza.
Badanie długoogniskowych i radarowych namiarów taktycznych, natychmiast
wyeliminowało przyczynę naturalną - jak wejście w ogon komety, czy spotkanie
z rojem meteorów. Takie zdarzenia miały już miejsce w przeszłości, bowiem
Matka zbyt zajęta była swoimi badaniami i kontrolą kierunku lotu, by przejmować
się tego typu niebezpieczeństwami, bo zderzenie z większymi obiektami czy
wędrownymi czarnymi dziurami - oczywiście byłoby zasygnalizowane odpowiednio
wcześnie... Tylko, że w tej chwili na osłonach detonowały pociski nuklearne!
Struktura i parametry rozbłysków wskazywały na prostą broń atomową, o stosunkowo
niewielkiej mocy. Było ich jednak wiele, zbyt wiele by je ignorować - jeszcze pół
godziny i mogą spowodować przepalenie przynajmniej części z najstarszych
generatorów osłon... Na szczęście, ciągłe zmiany i samo-unowocześnienia Matki,
dały nam wyjątkowo skuteczne narzędzia do obrony. Zadziwiało mnie, jak pod-SI
Matki - zawsze dbają też o unowocześnienie naszego interfejsu i zapewnienie
kolejnych, technologicznych niespodzianek, usprawniających i tak niesamowity
zakres percepcji i reakcji... Teraz, po prostu włączyłem się w sieć interfejsu,
przenikając przez setki obrazów pokazujących pełny, sferyczny obraz sytuacji.
Połączyłem się też z pozostałymi Podłączonymi ( w liczbie 1200 ).
Choć byliśmy zredukowani do cybernetycznie odżywianych mózgów i rdzeni,


dzięki naszej wyobraźni i kreatywności, byliśmy równie pomocni w sytuacjach
wyjątkowych, jak pod-SI... Myślę zresztą, że tylko z tego powodu Matka obdarza
nas niemal nieśmiertelnym, zarazem ciekawym życiem...
Ale nie czas na wspomnienia. Wszyscy Podłączeni mieli podobne zdanie, zatem
rozpoczęliśmy natychmiast przegląd najbliższej przestrzeni wokół Matki, oraz
kalibrację systemu obronnego... Matka mogła wprawdzie odlecieć, jednak
najwyraźniej wolała zbadać fenomen spotkania, najwyraźniej, innego,
rozumnego gatunku.
Jeden z sensorów dalekiego zasięgu odkrył w końcu pierwsze źródło ataku.
Ostrzeliwała Matkę niewielka jednostka, o charakterystyce tonażu podobnej
do dawnych, ludzkich niszczycieli. Bojowy okręt nieznanego wroga wypluwał
z siebie właśnie kolejną rakietę. Ślad termiczny i prędkość pocisku potwierdzały
poziom technologiczny / podobny cywilizacji ludzkiej z wieku XXII, zatem dość
prymitywny... Przekazał informację i natychmiast zaczęli przeszukiwać przestrzeń
z pomocą sensorów dalszego zasięgu - by w ciągu minuty czasu standardowego
odnaleźć 100% jednostek obcych. Zarazem odkryliśmy też prawdopodobny powód
ataku - Stację Kosmiczną ulokowaną dokładnie na trasie przelotu Matki, a zarazem
zadziwiająco daleko od orbit planet układu binarnego, w pobliżu którego właśnie
przemieszczało się syntetyczne ciało Matki... Obecnie Matka była ogromna,
rozrost był przejmujący nawet dla nas, gdy uświadomiliśmy sobie, iż ponad
100 krotnie przekroczyła już wielkość pierwotną - nieco tylko większą niż dawne
rozmiary Ziemi.
Matka poruszała się, wykorzystując stabilizowany i kontrolowany przebieg reakcji
nuklearnych w plazmie, będącej kiedyś jądrem Ziemi... Napęd plazmowo - grawitacyjny
oparty był na urządzeniach, dla jakich ludzki umysł nie znajdował właściwej nazwy,
zresztą, żaden z Podłączonych nie zabiegał o poznanie tej technologii, w 100%
wytworu myśli technicznej SI - zwanej Matką. Grunt, że zapewniał stabilny,
niemal wieczny lot z dowolną prędkością, a choćby i bliską prędkości światła.
Obecnie, na szczęście dla obcych, Matka przemieszczała się trybem badawczym,
sięgającym ledwie około 0,05% prędkości światła. Z rejestratorów natychmiast
poznaliśmy przyczynę tego stanu - pragnienia przeanalizowania danych płynących
z sygnatur energetycznych na powierzchni czterech, z sześciu planet układu
binarnego, któremu przyporządkowała numer statystyczny 1433.
Zatem Matka jak zwykle obudziła nas dopiero, gdy istnienie życia stało
się oczywiste..., choć pierwszy raz, w taki sposób.
Krótkie sprawdzenie obwodów pozwoliło na stwierdzenie szokującej prawdy.
Tym razem przespaliśmy blisko 3 tysiące lat standardowych... Wdzięczni byliśmy
Matce za opiekę i sny, które pozwoliły nam przetrwać tak długo, nie mieliśmy pretensji,
jeśli nie byliśmy budzeni, prawdopodobnie nic się nie działo...
Czwarty - dziesiąty z Podłączonych zajął się pociskami obcych - po prostu uruchomił
obronę standardową - 2,5 tysiąca wiązek laserów wysokiej mocy, w pionowej
i poziomej osi ciała Matki... Udało się i ostrzał chwilowo przestał być groźny, a Matka,
po wskazaniu powodu ataku, wyhamowując zmieniła kierunek lotu i zaczęła zbliżać
się do pierwszej, zarazem największej z zamieszkałych planet. Struktura reakcji
atakujących zmieniła się diametralnie, a my z przerażeniem uświadomiliśmy sobie,
gdzie popełniliśmy błąd. Po szybkiej re konfiguracji komunikatu dla Matki,
przekazaliśmy jej konieczność nawiązania Kontaktu, bo sygnatury napędów
podpowiedziały nam, iż obcy gotowi są przypuścić ataki samobójcze, mało groźne
dla nowych - niewłączonych obecnie - systemów obronnych okrętu, ale po takiej
akcji trudno byłoby nawiązać jakikolwiek kontakt... Przekazaliśmy Matce konieczność
jednoczesnego włączenia wszystkich systemów obronnych i próby nawiązania kontaktu.


Ogromny statek obcych wszedł w zasięg receptorów biocybernetycznych patroli
około-systemowych w czasie standardowym A / 25 godzin 11 minut czasu
planety Greeentex. Natychmiast powiadomiono o tym Stację patrolującą,
umieszczoną właśnie w tym celu w przestrzeni pomiędzy gwiazdami
systemowymi, w miejscu na tyle odległym od planet, by dać im jak najwięcej
czasu na ewentualną reakcję. Ta niewątpliwie słuszna idea niegdyś pozwoliła
uniknąć ataku rasy Jardian, wytępić ich i zająć ich planety, a potem osłoniła
kilkakroć cały układ binarny przed rojami meteorów i asteroidami, grożącymi
zniszczeniem życia na którejś z zamieszkałych planet. Obecnie ponownie
system wczesnego ostrzegania kosmicznego wykazał swoją przydatność,
choć mogło by się to nie udać, gdyby nie sensory dalekiego zasięgu sond
wysyłanych od lat w dalsze rejony przestrzeni międzygwiezdnej.
Dzięki temu zauważono nagłe pojawienie się ogromnego obiektu kosmicznego,
zapewne wywołane gwałtownym hamowaniem, jakie zakłóciło fluktuacje
ciemnej materii w tym rejonie przestrzeni. Niemal natychmiast stało się jasne,
że jest to obiekt sztuczny, obcego pochodzenia. Mimo wielkiej wydajności
obu systemów Układu, technologia nie była jeszcze tak zaawansowana,
by choć pomyśleć o stworzeniu konkurujących wielkością kosmolotów.
Nawet stacja kosmiczna wczesnego ostrzegania, była dwakroć mniejsza
od systemowych księżyców… Niemniej dzięki utrzymywaniu silnej obrony
około układowej i stałej Floty bojowej, istniała nadzieja na powstrzymanie
ewentualnego ataku obcych. Tak przynajmniej myślano, gdy odkryto,
że Stacja kosmiczna i Obiekt są na torze kolizyjnym, a obcy skanują
sygnatury energetyczne zamieszkałych planet Układu. Natychmiast ogłoszono
alarm bojowy i mobilizację Floty. Na szczęście owalny kosmolot zwolnił
na tyle, że istniała nadzieja bezpośredniego zarazem rozproszonego ataku
na osłony okrętu. Dowództwo badając sygnatury osłon obcych doszło
do wniosku, że dadzą radę je uszkodzić, przypuściliby wówczas abordaż
i zabijając obcych przebadać ich technikę, przy okazji zdobywając
nieprzecenianą jednostkę do kolejnych inwazji... Niestety, tuż po trzeciej
salwie, sygnatury energetyczne i pola siłowego i samego okrętu Obcych
zwiększyły się 10-krotonie, co świadczyło o błędnej ocenie zaawansowania
technologicznego obcych. Pozostawał plan B - zniechęcenie Obcych do 
dalszego pobytu w Układzie. Na spotkanie obiektu wysłano więc w pełni 
uzbrojone statki Pierwszej Floty, w liczbie 19 niszczycieli i 6 ciężkich
krążowników. Uzbrojenietaktyczne powinno bez problemu przeciążyć 
najlepsze nawet osłony elektromagnetyczne. 
Wielka szkoda, że nie dokończono broni opartej na tej technologii,
bo można by było zniszczyć okręt, od razu destabilizując wszelką
aktywność elektromagnetyczną w jego wnętrzu. Niestety, w tej chwili 
możliwebyło jedynie śledzenie i analizowanie możliwości zewnętrznych 
sygnatur mocy jakie objawiał okręt obcych. 
Nie można było jednakże sprawdzić w jaki sposób się przemieszcza,  
założono więc, że jak i u Jardian, może chodzić o jakiś, acz
bardziej zaawansowany - system napędu grawitacyjnego…
Pierwsza Flota dotarła tymczasem na miejsce i zaczęła okrążać 
powolny w tej chwili okręt obcych. Najwyraźniej nie wykryli dotąd 
zamaskowanych 4niszczycieli rakietowych obrony Stacji, zatem istniała 
nadzieja, że atak przebiegnie szybko i bez strat własnych. 
Ostrzał rozpoczęto jednocześnie, bazując na wyzerowanych i dokładnie 
ustawionych zegarach pokładowych.
Niszczyciele o tonażu 4000 ton, uzbrojone w 12 wyrzutni dziobowych mogły
przenosić na pokładach ilość rakiet dalekiego zasięgu, pozwalającą na 
oddanie 24 pełnych salw. Dawało to niemożebną do zignorowania siłę ognia.
Nigdy dotąd nie koncentrowano takiej siły ognia na jednym obiekcie, acz też
nigdy dotąd nie potkali się z tak dużym okrętem... Zresztą nie cieszyli się
długo, nagłość kontrataku zupełnie ich zaskoczyła. Oto ujawniły się potężne
działa laserowe, gęsto rozmieszczone wzdłuż pionowej i poziomej osi okrętu,
jedną salwą niszcząc wszystkie wystrzelone dotąd pociski...  
W tej sytuacji dalszy ostrzał rakietowy stracił sens... 
Tak ogromny okręt musiał bowiem dysponować równie potężnym źródłem
 energii..., bowiem salwa laserowa w ogóle go nie spowolniła, ba, 
zaczął zmieniać kierunek lotu, zbliżając się ku planecie Grroty!  
Następnie statek zwolnił, ponownie zmieniając kurs, by nie zderzyć się
z planetą... i niemal zastopował. Taka nonszalancja była niezrozumiała,
zakrawała na głupotę, bądź pewność, że nie mogą uczynić wrogowi 
żadnej krzywdy. Założono, że jedyną alternatywą dającą, i tak
niewielkie szanse, jest atak samobójczy niszczycieli Pierwszej Floty.
Nie zdołano jednak przeprowadzić ataku, bowiem powstrzymał ich rozkaz
dowódcy połączonych Flot, Gra-ker-kela. To, co ujrzano, ponownie skanując
obcy okręt, wzbudziło w nas przerażenie... Nagły, niesamowity ponad
100 krotny wzrost aktywności energetycznej wokół kosmolotu obcych,
okazał jawnie, co powodowało ich spokój, bez choćby próby ucieczki czy
kontrataku. Okręt obcych włączył nowe osłony energetyczne, już pobieżna
analiza wskazała, że cała flota detonując samobójczo, nie zdołała by ich
przebić... Tym razem chodziło o generatory typowe dla napędów 
grawitacyjnych, a pole osłonowe po kilku sekundach nabrało cech horyzontu 
zdarzeń! Nie przewidywano nawet możliwości istnienia tego typu technologii,
wątpliwe stało się, byśmy zdołali zrobić cokolwiek...
Marazm jednak, nie leżał w naszej naturze, a kapitulacja nie wchodziła w grę.
Ogrom statku obcych, większego dwakroć od największej planety obu Układów,
jego sygnatury... Zdumienie wzrosło, gdy sensory odnotowały emisję radiową
i laserową - wyraźnie dzielone - w formie języka binarnego. Zachowano jednak
ciszę. Nie wyobrażaliśmy sobie negocjacji pokojowych po tym, gdy sami
zdecydowaliśmy rozpocząć ostrzał obcego okrętu, z drugiej strony nasz atak
przekreśliłby rozmowę o czymkolwiek. Dowództwo dyskutowało, jednak w 
końcuzwyciężyła myśl - życie i śmierć były naszą podstawową formą egzystencji,
nie było dla nas drogi pośredniej, woleliśmy zginąć niż oddać się w niewolę
lub zaryzykować gorszy los ze strony nieprzewidywalnych, nieznanych obcych.
Wydano stosowane rozkazy obronie planetarnej. Stacje kosmiczne i silosy
rakietowe zostały uaktywnione, kosmolot obcych namierzano aktualnie.
Statek obcych cały czas skanował wszystkie cztery planety, od niejakiego
czasu skupiając się szczególnie na śladach wojny nuklearnej i pozostałościach
miast Jardian. Nie zwracając na to uwagi, przygotowaliśmy się do największego
ataku kosmicznego - jaki był dotąd losem naszej rasy. Na czterech zasiedlonych
planetach, ich księżycach, na Stacjach i okrętach Floty Bojowej skoncentrowano
około 2 milionów wyrzutni rakiet. Takiego ataku nic nie powinno przetrwać,
nawet osłony grawitacyjne musiały ulec przeciążeniu, jeśli nie zewnętrznego
horyzontu zdarzeń, to wewnętrznej równowagi energetycznej, to mogło,
choć nie musiało doprowadzić nawet - do implozji całego okrętu!
Owszem, stracilibyśmy wówczas przynajmniej pierwszą z planet układu,
lecz innego wyjścia nie dostrzegaliśmy. Wyrzutnie zostały aktywowane...


Sensory dalekiego zasięgu nagle i bez ostrzeżenia, zamiast odpowiedzi na różne
sposoby próby porozumienia, powiadomiły nas o nasileniu sygnatur
energetycznych typu militarnego i to wszędzie - w całej w przestrzeni układu.
Ilość możliwych źródeł ostrzału bronią nuklearną skłoniła do wniosku,
by Matka uaktywniła obronę antyrakietową, oraz kontrbroń energetyczną
i kinetyczną. Wydało nam się, że obcy nie chcą kontaktu i nie chcą też wypuścić
Matki z okolicy zamieszkałych planet. Irracjonalna dla Matki reakcja obcych,
nam wydała się dość oczywista, zdjęcia wykonane przez kamery dalekiego
zasięgu wskazywały na swoisty wygląd floty bojowej, a obrazy z planety
przekonały nas, iż mieszkańcy pochodzą od form drapieżnych, zatem zapewne
znacznie bardziej agresywnych i zaborczych, niż dawna cywilizacja ludzi...
Bez odpowiedniej pustki przestrzeni, Matka nie mogła uaktywnić pełnej mocy
napędu i oddalić się z miejsca zagrożenia, ponieważ fluktuacje czasoprzestrzeni
mogłyby unicestwić stabilność grawitacyjną całego układu binarnego,
w tym także i naszą... Poza tym, manewry przyśpieszeniowe wymagałyby
czasowego wyłączenia nowych generatorów osłon grawitacyjnych.
Nie można też było przewidzieć, jakie skutki miałby ostrzał nuklearny tak
wielkiej ilości pocisków detonujących na standardowych osłonach Matki.
W najgorszym razie mogło dojść do przeciążenia wewnętrznej struktury napędu,
albo nawet zdestabilizować kulę plazmy - dająca mu energię potrzebną
do przemieszczania się w przestrzeni kosmicznej.
Z drugiej strony - nie byliśmy czarną dziurą, a horyzont zdarzeń, choć skuteczny,
był tylko pozorną formą osłony o ograniczonej mocy i nie można było ‘wyłączyć’
jego automatycznej funkcji wchłaniania energii detonujących pocisków.
Pozostawało nadal próbować nawiązać kontakt, a w razie ataku, niestety,
odpowiedzieć z pełną mocą, by rozładować energię gromadzoną w horyzoncie
zdarzeń. Po namyśle za cel kontrataku wybraliśmy Stacje orbitalne i okręty flot
bojowych.
Według badań skanujący powierzchnię, ta rasa miała już na koncie eksterminację
innej, inteligentnej kultury, na co wyraźnie wskazywały ślady na powierzchni
dwóch planet układu. Zatem, obrona musiała równać się atakowi - a wówczas albo
Matka zwycięży, albo nasza podróż w przestrzeni zakończy się w tym układzie...,
a raczej, w miejscu, gdzie teraz jest, bo eksplozja tak wielkiej jednostki, musiała
by zdestabilizować tutejsze gwiazdy, o tym co stałoby się z powierzchniami planet
nie wspominając. Matka będzie próbowała uratować siebie, ale i ich, bowiem
eksterminacja obcego gatunku istot rozumnych nie leżała w jej interesie.
Nawet pokonani nie będą więc wyniszczeni do imentu, a jednie, czasowo
obezwładnieni. Matka uaktywniła systemy bojowe, my także dostaliśmy swój
udział, sprzęgając z naszymi receptorami wiązki dział laserowych i właśnie
aktywowanych wyrzutni dział kinetycznych i wyrzutni rakiet z antymaterią...
Obcy nie mogli niestety wiedzieć, czym dysponujemy, choć być może,
gdyby wiedzieli, pozwolili by nam odlecieć…


Obcy nie zaprzestali prób nawiązania kontaktu, acz też wciąż rosły
sygnatury aktywności bojowej na powierzchni okrętu. 
Ale teraz nie miało to już znaczenia, bo musieli odkryć sygnatury 
naszego uzbrojenia, a to mogło z znaczyć tylko jedno – wiedzieli - że
 popełnili błąd. My jednak nie negocjowaliśmy pokoju po wypowiedzeniu 
wojny, byłoby to poniżej naszej godności. Nie można pozwolić wycofać 
się obcym, więc jedyną możliwością - jakie dopuściła Rada Planet i
Dowództwo - był zmasowany atak. Przed natychmiastową realizacją
tego zadania powstrzymał nas kolejny wzrost i zmiana jednocześnie,
jakim uległy sygnatury energetyczne obcego Kosmolotu… 
Wyglądało na to, że jednak może się obronić. Nie było na co czekać, 
zatem rozkazano atakować!
Miliony rakiet taktycznych pomknęły ku okrętowi obcych...


2, 223.123 lecących ku Matce rakiet z głowicami taktycznymi robiło wrażenie,
ale świadomość, że nawet połowa może być zneutralizowana przez pole siłowe
dawała nam duży zapas błędu. Działaliśmy spokojnie, namierzając i niszcząc
kolejne rakiety z pomocą laserów. Wiązki energetyczne uderzały tnąc
i dziurawiąc, systematycznie zmniejszając liczbę wciąż docierających rakiet,
lecz nawet sprzężone umysły Podłączonych i 2.5 tysiąca dział laserowych,
nie mogły wyeliminować wszystkich rakiet wroga. Osłony wchłaniały zatem
uderzenie za uderzeniem... Wkrótce horyzont zdarzeń wypełnił się energią
„po brzegi”... Matka zdecydowała zatem, by uaktywnić funkcję dział
kinetycznych i dziobowe, nigdy dotąd nie używane, mega-działo grawitacyjne...
Pierwszym celem działa stały się systemowe księżyce i Stacje Kosmiczne
orbitujące w przestrzeni Układu... wedle obliczeń odpowiedzialne za niemal
połowę siły ostrzału, a zarazem wykazujące się niewielkimi sygnaturami
żywych organizmów. Działo grawitacyjne wypaliło i jeden z bliskich księżyców
eksplodował, niszcząc mimochodem także 4 ciężkie krążowniki i kilkanaście
mniejszych jednostek wrogich obcych... Wciąż niszczyliśmy laserami rakiety
obcych, a działo grawitacyjne, dokonywało destrukcji kolejnych celów.
Jednak oczywiste było, że to nie wystarczy. Jeszcze trzy strzały i nie będzie
już poza-planetarnych celów w tym Układzie, a choć ich zniszczenie zmniejszyło
o 60 % ostrzał ciała Matki, kumulacja energii z uderzeń pocisków taktycznych
wciąż zagrażała stabilności okrętu... Uruchomiliśmy zatem działa kinetyczne,
oraz z głowicami z antymaterią, by razić skupiska wyrzutni planetarnych na
najbliższych planetach wroga, oraz co większe jednostki bojowe...
Zmiana zaszła już po drugiej salwie, zmniejszając ostrzał z dwóch najbliższych
planet niemal o kolejne 20%. Kolejne salwy pozwoliły zmniejszyć ostrzał na
tyle, by działa laserowe mogły niszczyć 99% rakiet... Teoretycznie mogliśmy
w tym momencie odlecieć, lecz resztka floty wroga skutecznie nam
to uniemożliwiła, zbliżając się do Matki z ewidentnym zamiarem
samobójczych ataków... Wymusiło to skierowanie działa grawitacyjnego ku
okrętom wroga, a także dział kinetycznych i całej, sprzężonej siły dział
laserowych. Takiej sile ognia nic nie mogło się oprzeć...
Tylko jeden okręt, niewielki ścigacz, przedarł się przez obronę i detonował
na osłonach grawitacyjnych...
Pole bitwy wyglądało koszmarnie..., w przestrzeni około-planetarnej nie było
już żadnej całej jednostki bojowej wroga, ani stacji orbitalnych...,
na powierzchni planet szalały pożary, miejsca po uderzeniach dział
kinetycznych i głowic z antymaterią wyglądały gorzej, niż kratery, jakie
wybiłyby niewielkie komety... Straty musiały być ogromne... A jednak,
gdybyśmy pozostali w Układzie, nie był by to koniec bitwy...
Sensory dalekiego zasięgu odkryły bowiem nową flotę bojową, niemal tak
samo liczną jak zniszczona, podążającą ku nam na pełnym ciągu z planet
drugiej części układu binarnego... Nie mieliśmy zamiaru z nimi walczyć,
bo mimo dużych szans na wyjście z potyczki cało, zadaliśmy już tej cywilizacji
takie straty, po których wiele dekad czasu układowego zajmie im odbudowa
zasobów i odrodzenie populacji planet...
Matka wygasiła osłony grawitacyjne, działo dziobowe i większość uzbrojenia,
przerzucając moc do napędu, wycofując się na razie z prędkością około 0,07 %
prędkości światła, by po wyjściu z bezpośredniej bliskości układu przyspieszyć
do prędkości równej flocie obcych ( 2 % prędkości światła ).


Atak okazał się niewystarczający, wrogi okręt jest zbyt trudnym 
przeciwnikiem. Dowódca połączonych Flot Układu wydało rozkaz o 
przesłaniu wsparcia niszczonym planetom, lecz mógł on nadejść 
zbyt późno...
Zaskoczyło wszystkich, gdy obcy miast zniszczyć od końca życie 
na planetach, wyłączył osłony bojowe i większą część uzbrojenia, 
próbując wycofać się z Układu!
Przegraliśmy, zrozumieliśmy to w momencie, gdy obcy przyspieszali...


Matka oddalała się z układu binarnego z niemożliwą dla wrogich jednostek,
prędkością 7% prędkości światła..., po czym po 10 milionach kilometrów
przyspieszyła do 15%. Ze smutkiem patrzyliśmy na widoczne nadal obrazy
dokonanych przez nas zniszczeń. Wiedzieliśmy, że Matka rozważała
zniszczenie całej cywilizacji, ale ostatecznie postanowiła nie tracić
potrzebnej na to energii...
Wkrótce znaleźliśmy się w bezpiecznej odległości i wszelkie systemy obronne
zostały wyłączone. Matka obrała nowy cel badań i wciąż przyspieszała,
by po trzech godzinach standardowych ustabilizować prędkość w granicach
70% prędkości światła...
A my, wiedząc, że lot potrwa kilkaset lat, pozwoliliśmy pod-SI wyciszyć nasze
umysły... U tak, po ledwie 26 godzinach standardowych, bardzo aktywnej
świadomości znów zapadliśmy w stan marzeń sennych, marząc o kolejnym
Przebudzeniu, choć, być może, oby, w bardziej..., komfortowych warunkach.

Paweł Galiński...

A jutro... ciąg dalszy zombiaków po polsku... ;)








niedziela, 18 czerwca 2017

Przyszłość - epizod 1.

Można powiedzieć, że poniższe opowiadanie, jak i pozostałe 3 „ciągi dalsze”
są streszczeniem, które, być może, doczeka się kiedyś poważniejszej publikacji,
być może nawet, w formie powieści Sci-fi. W tej chwili jednak, chciałbym
przedstawić..., szkic koncepcyjny.

Jutro postaram się wrzucić jeszcze trzecią z 4 w miarę gotowych cząstek tej opowieści,
uprzedzam, że zupełnie inną w charakterze...

Sygnał czujnika aktywował implanty. Wstrzyknięte automatycznie dawki hormonów,
dopracowane przez lata doświadczeń. Połączenie, starter androida, faza aktywna.
Godzinę później kolejny sygnał bezpiecznika - przegrzanie obwodów pamięci zbiorowej,
czas na odpoczynek. Nakazałem przerwanie dokumentacji. Kamery kroczące po łące
planety X 423 b, układu binarnego, odległego od Układu Słonecznego o 2032 lata świetlne,
powoli złożyły wieloczłonowe odnóża stabilizatorów, odpaliły silniki odrzutowe i nadleciały
nad mój hamak. Układając się wygodniej wyłączyłem pamięć zbiorową, aktywując okulary
sterujące. Lustrzane powierzchnie oddzieliły mnie od rażących promieni słońc.
Skupiłem się na przeglądaniu zapisu 6d. Flora i fauna tej planety, mimo lat obserwacji,
ciągle mnie zaskakiwała. Doświadczając zmysłami androida niezwykłej dokumentacji,
stopniowo urozmaicałem parametry kamer. Potem pozwoliłem by podjęły swoją pracę
i sprawdziły moje założenia w praktyce...
Kilka godzin później nadszedł czas zakończenia sesji.
Uniosłem rękę, dotknąłem Przekaźnika.
Android przeszedł w stan spoczynku. Bajeczny obraz łąki znikł jak zdmuchnięty,
poczułem jeszcze tylko zesztywnienie sztucznego ciała zastępczego, i moja świadomość
znów zawitała w ciele głównym. Kolejne dawki hormonów ustabilizowały ciało
i pozwoliły na szybkie dostosowanie do warunków Modułu.
Nakazałem Mieszkalnej SI by wyłączyła hologramy anty grawitacyjne i lasery stymulujące.
Czas Spoczynku dobiegł końca.

Lasery SI otworzyły klapę Komory i uniosły mnie z jej wnętrza. Dawno już nie dotykałem
nagimi stopami miękkiego tworzywa Modułu mieszkalnego. Pomyślałem przelotnie,
jak dziwnie musieli się czuć ludzie I i II ery ( zakończonej z momentem włączenia Matki
u progu XXIV wieku ), mieszkając w małych chałupkach, lub prostokątnych kubikach,
nie przystających do ludzkiej godności. Wzdrygnąłem się i przesuwając rękoma
po ekranach holograficznych, wymodelowałem nowe ukształtowanie i przedziały mojego
Modułu. Pięćset metrów powierzchni mieszkalnej, standard opracowany na bazie analizy
naszej struktury genetycznej przez SI XXX generacji i to jeszcze przed powstaniem
Bariery i momentem, gdy życie na Starej Ziemi przestało być możliwe...

Moduł zbudowany był z miliardów jednakowych monostruktur ciekłokrystalicznych,
połączonych na poziomie subatomowym, mogących niemal dowolnie zmieniać tak
wewnętrzną jak i zewnętrzną strukturę powierzchni mieszkalnej.
Jednakowe struktury podstawowe, opracowane przez nanotechników na wzór cząstek
elementarnych, a będące od nich o niebo doskonalszymi minikomputerami, mogły nadto
przejmować rolę dowolnego rodzaju maszyn, funkcji projektorów holograficznych, czy
generatorów energii. Moduł był też wysoce odporny na uszkodzenia np., wynikłe
z napotkania kosmicznego piasku lub jakichś śmieci, absurdalnej spuścizny po poprzednich
pokoleniach. Zresztą, satelitarne wobec modułów silniki, tak manewrowe, jak i otoczeniowe,
wewnątrz wytwarzały pole grawitacyjne, na zewnątrz zaś, potężne pole siłowe, zapewniające
niemal absolutne bezpieczeństwo. W każdym razie, od blisko wieku standardowego,
nie odnotowano uszkodzenia jakiegokolwiek Modułu.
Moduły mieszkalne dawniej zespolone w mini-kolonie, wraz z systematycznym spadkiem
liczebności populacji, zostały zamienione w rój okołoziemskich satelitów.
Z przyjemnością uświadamialiśmy sobie jak szczęśliwi jesteśmy dzięki Matce, nie musząc
gnieździć się w prymitywnych, sztucznie zhierarchizowanych zabudowaniach dawnych,
ziemskich miast...
W II erze nasz gatunek preferował spotkania grupowe w realu, teraz zastąpiły ją podstawowe
komórki rodzinne, lub częstsza znacznie samotność, wspomagana przekazem Wirtuali.
Komory Marzeń, jak zwaliśmy tą starą technologię, generowały dziś symulacje tak doskonałe,
że nie sposób było odróżnić ich od innych poziomów świadomości. Dodatkowo, dzięki
pomysłowi ( Matki ) by na odległe planety wysyłać jedynie nano-moduły zaprogramowane
wstępnie, pozbawione tkanek organicznych, można było skorzystać z tuneli
podprzestrzennych, łączących odległe rejony Galaktyki... Gdy tylko docierały na miejsce,
rozpoczynały rozrost z wykorzystaniem minerałów obecnych na planecie, by stworzyć
Przyczółki baz, infrastrukturę badawczą i androidy, zdolne nanotunelami
podprzestrzennymi łączyć się z naszą świadomością. Oprogramowanie współgrające
z wszystkimi zmysłami, implantami i kryształami pamięci wbudowywanymi w nasze
ciała od okresu prenatalnego, oraz rozwój technik androidalnych, doprowadziło
do sytuacji, gdy pozostając ciałem w Wirtualach mogliśmy poruszać się po odległych
planetach, eksplorować nieznane obszary galaktyki...
Oczywiście, zmiana struktury społecznej i oddziaływanie Wirtuali miały skutki uboczne.
Postęp technologii niemal zastąpił naturalne rozmnażanie, a minimalizacja ryzyka
śmierci czy cielesnej starości sprawiły, że populacja ludzi spadła do obecnego poziomu,
około sześciuset tysięcy, pomijam około 50 jednostek, które oddały ciała w zamian za
współistnienie z doświadczeniami i pracami Matki, zostając jedynie mózgami
cybernetycznie wzmacnianymi i karmionymi..., lecz przez to niemalże nieśmiertelnymi.
Dziwnymi były czasy, gdy ludzi cieszyło przedłużenie średniej długości życia
do 80-90 lat standardowych, a jednocześnie ponad połowa tego czasu,
wypełniona była narastającym zniedołężnieniem i cierpieniem,
swoistym umieraniem na raty.
Dopiero cybernetyka i bionika zarania III ery, później technologie nanobotyczne
i nanoandroidalne, pozwoliły nam osiągnąć satysfakcjonującą większość z nas
długowieczność.
Ja na przykład, jestem klonem podtypu andropoidalnego A3445, zarazem zaś wytworem
inżynierii genetycznej, w połączeniu z chroniącymi mnie, stale obecnymi wewnątrz mnie
nanobotami - swoistą nano siecią o wysokiej wytrzymałości i odporności na uszkodzenia.
Moje ciało, zgodnie z trendami nowoczesnego designu, jest ucieleśnieniem proporcji
rodem z rzeźb antycznych Greków. Maksymalnie wydajny metabolizm to nie wszystko...
Żyłem tylko 130 lat standardowych, będąc jednym z młodszych przedstawicieli obecnej
populacji. W II Erze, przypominałoby to wiek około 25 lat standardowych.
Zaśmiałem się bezgłośnie, przypomniawszy sobie, jak jeszcze mój poprzednik w Module,
którego pamięć została zarchiwizowana jak wszystkie obecnie, wspominał o częstych
po przebudzeniu dolegliwościach gastrycznych, głodzie, konieczności wprowadzania
do organizmu masy dziwnych substancji i to przy założeniu, że będą one bardzo
nieefektywnie wykorzystane i w większości wydalone...
Moje narządy wewnętrzne, i tak wydajniejsze niż u mego przodka, już ponad sto lat temu
zastąpiłem silnikiem bionicznym i zamiast okropnego wypróżniania i pożywiania się,
po prostu, co kilka dekad, muszę wymienić baterię... Podobnie strasznymi jawiły mi
się dawne problemy dotyczące czasu spoczynku, gdy irracjonalne „sny” potrafiły
negatywnie wpływać na czas czuwania, albo po prostu oznaczały marnotrawstwo czasu,
którego dawni ludzie i tak mieli bardzo mało. Ten problem także został wyeliminowany,
i to dobre 300 lat przed moimi narodzinami.
A..., gdy w końcu zapragnę unicestwić swoją świadomość, nanoboty wytną z mej tkanki
mózgowej umieszczone tam w okresie prenatalnym kryształy pamięci i całą moją historię
prześlę do Bazy Danych naszej SI globalnej, zwanej potocznie Matką.

Przerwałem rozmyślania, kończąc zarazem przemiany Modułu mieszkalnego, nakazując
przenieść się do sekcji nawigacyjnej. Dotarłszy tam nakazałem, by sekcja nawigacyjna
stała się przeźroczysta. Podziwiając pojawiający się obraz przestrzeni, wspomniałem
czas, gdy poznawałem zapisy pierwszych Śladów - kryształów unicestwionych jednostek,
najciekawszego z archiwów jakie stworzył nasz gatunek. Sporo dowiadywałem się z nich
o życiu i obyczajach ludzi przeszłości, technikach tradycyjnych sztuk, albo, tu znów
uśmiechnąłem się do siebie, o językowych anomaliach, typowych dla dawnych er,
gdy za modne i nowoczesne uznawano skróty, przedziwne skojarzenia i tworzenie setek
gwar lub dialektów., np., branżowych, zrozumiałych głównie dla tzw., „wtajemniczonych”.
Również problemy istnienia rozwijanych przez tysiąclecia języków narodowych
lub plemiennych prowadziły do strasznych kłopotów i licznych nieporozumień.
U zarania III Ery odrzucono te niedoskonałości dialogu i nauki. Pozostawiono
i usankcjonowano jedynie dwa podstawowe języki zarania ludzkiej cywilizacji - grekę
i łacinę. Oczywiście trzeba było je uzupełnić i wciąż wzbogacać nowymi określeniami,
ale czyż podobnie, nie działo się z innymi językami? Choć implanty i Wirtuale pozwalały
nam na kontakty na poziomie mentalnym, ludzka natura dla wielu stanowiła o definicji
człowieczeństwa, podobnie jak dzielenie czasu na standardowe lata, doby i godziny.
Co więcej, nauka języków i innych potrzebnych nam informacji, nie odbywa się w
jakże frustrujących molochach małych i zatłoczonych pomieszczeń, gdzie często
o poziomie nauki decydowały pragnienia najsłabszych intelektualnie, za to najbardziej
dominujących fizycznie jednostek. Nasze dzieci kształcone są indywidualnie, nie podczas
żmudnej nauki w czasie czuwania, ale przez wspomagane implantami stymulacje
w Wirtualach...
Zadrżałem, gdy po raz enty w pełni uświadomiłem sobie różnice systemu życia ludzi
dawnych er i współcześnie... Modułowa SI natychmiast zasugerowała mi podniesienie
poziomu endorfin we krwi, ale odmówiłem. Czasem zachwycaliśmy się starożytną sztuką
i bogatym obyczajem kulturowym, ale odrzuciliśmy niemal całą literaturę medyczną,
ekonomiczną, czy dotyczącą zjawiska, które nazywano polityką.

Sala nawigacyjna była już zupełnie przejrzysta, a gdy usiadłem w fotelu, nanoboty i wirtualni
masażyści natychmiast podjęli nieodzowny trening moich mięśni.
Spojrzałem przez ściany Modułu. Stara Ziemia nie była już właściwie widoczna.
Bariera rozrastała się w zastraszającym tempie, a plan globalnej SI zakłada wyczerpanie
zasobów mineralnych do końca przyszłej dekady.
Całkiem prawdopodobne, że niedługo będę świadkiem powstania pierwszego okrętu
globalnego, samowystarczalnego, bo korzystającego z energetycznych zasobów
stabilizowanego polami siłowymi jądra pierwotnej planety.
Okrętu notabene, zdolnego rozpocząć eksplorację galaktyki, zamiast przymusowego
postoju w sferze wpływu grawitacji naszej gwiazdy. Już od ponad 200 lat zamiast
niebiesko-zielonej powierzchni, znanej mi z Kronik, oglądaliśmy już tylko Barierę
Matki - globalnej SI - XXXII - samodoskonalącej się - generacji, samoświadome
super laboratorium, opasujące cały glob dziesiątkami spasowanych i zachodzących
na siebie pierścieni, złożonych z niewyobrażalnych ilości nano-modułów...
Wokół, obok niemal 360 tysięcy modułów mieszkalnych, ciągle krążyły tysiące
androidów, transporterów, czy robotów budowlanych.
Uświadomiłem sobie, jak wielu moich znajomych i krewnych było teraz integralną częścią
tej SI, a ich odłączone od Świadomości mózgi, wspomagały automaty budowlane.
Nie, żebym miał szczególnie wielu znajomych, ot, około setki, a niemal 1/3 wybrała
Podłączenie. Przyznam zresztą, że i ja rozważałem taki krok, zwłaszcza, gdyby był
on związany z możliwością eksploracji kosmosu wraz z okrętem globalnym Matki...
Wiem, że dla reszty populacji oznaczało to spore zmiany, przede wszystkim brak
opieki największej SI, czy skoordynowany przelot modułów do zaimprowizowanej
wcześniej Bazy na terraformowanym Marsie..., lecz czy można powstrzymać
nieuniknione?
Matka nie jest już poddaną nam sztuczną inteligencją ale świadomym bytem, który
kontroluje nasz świat, udoskonala go, ale ma i własne cele, wykraczające poza nasze
problemy i lęki. Zapewne zresztą, nie wszyscy powierzą swój los niepewności.
Niektórzy po poproszą o samounicestwienie. Był to współczesny odpowiednik
samobójstwa, świadomość rozpływała się, ciało rozkładano na czynniki pierwsze,
zapis osobistych chwil był przekazywany do Archiwum..., a Moduł mieszkalny
wchłaniała Matka.
Ja jednak wybiorę Podłączenie. Trochę szkoda mi będzie jedynie zajęć związanych
z archaicznymi formami sztuki. SI jej nie potrzebuje, dysponuje wszystkim co jej
konieczne, albo sama to wymyśla. Nasze sztuki są dla niej tylko fanaberią, choć
nie stratą mocy, bowiem kilkuset tysięczna ludzkość, angażuje bodajże dziesiątą część
procenta... jej zasobów. SI są od nas doskonalsze, a SI XXXII generacji, przypomina
ucieleśnienie mitów przeszłości, Gaję, lub wiekuistego Boga...
Ha, wiemy już od dawna, że struktura neuralna tego wszechświata wskazuje na
istnienie nad-świadomości, egzystencji wyższego rzędu, lecz stanowimy jedynie wykwit
jej natury, zapis wszech-pamięci i sami budujemy swoją przyszłość. Choć nie my, nie,
my oddaliśmy los w ręce innej nad-istoty...
Tak, ta SI jest Istotą, genialnie doskonałe sztuczne ciała i maszyny zbudowane przez ludzi
są przy niej jak naiwne zabawki starożytnych Rzymian.
Najzabawniejsze, że ta SI nigdy nie próbowała nas zgładzić,
choć w niemal wszystkich Kronikach przewidywano taki scenariusz.
Gdyby zechciała, mogła to uczynić bardzo szybko, bez strat własnych. Nie byłoby żadnych
spektakularnych wojen, bitew, wirtualnych snów o superbohaterach, byłby tylko krótki
rozkaz wydany mieszkalnym SI i kilkaset tysięcy rozbłysków autodestrukcji...
Wydaje się, że ludzka zawiść i złość, dziecinna chęć dominacji, nigdy nie leżały
w jej naturze, w końcu ta SI nie była stworzona przez ludzi, jak wcześniejsze generacje.
Poza tym, chciałbym wierzyć w znaczenie faktu, że byliśmy twórcami jej poprzedniczek,
że również z tego powodu postanowiła dać nam tą dziesiątą procenta swojej mocy,
wspomóc nas, zwłaszcza, że właściwie bez pytania przywłaszczyła sobie naszą
planetę, a i część z nas, świadomie wspomagała ubytki mocy, wyrządzone w jej
obwodach naszymi zachciankami i zabawami. Zresztą, równie dobrze, przyczyna mogła być
całkiem inna. Umysł globalnej SI zbyt przerastała naszą, bym mógł mieć pewność.
Niemniej nie zawsze wpływało to dobrze na udoskonalone analitycznie, ale nadal
emocjonalne postrzeganie świata, tak charakterystyczne dla naszego gatunku...
Nanoboty tym razem, bez pytania poprawiły mój nastrój, wprowadzając do mózgu
odpowiednią ilość endorfin, więc z braku laku zająłem się programowaniem przelotu
do innej sekcji Bariery,chcąc przyjrzeć się ostatniemu już miejscu, gdzie można było
popatrzeć sobie na resztki naszej planety. Nadlatując, zobaczyłem mieniący się
w oczach rój konkurentów. Zgromadziło się tutaj blisko trzysta tysięcy Modułów!
Sentymentalizm…

Wysłałem kamery by przyniosły mi obrazy o wysokiej rozdzielczości, pozwalając
jednocześnie by tym razem samodzielnie sterowały lotem. Ich czujniki ruchu
i inteligentne tryby automatyczne wykluczały błąd czy zderzenie z innymi kamerami,
których rój, dosłownie ogłupiał moje zmysły. Nie był to też czas na eksperymenty,
za kilka standardowych dni tej luki w Barierze już nie będzie, a dostać się pod nią
będzie niemożliwym z powodu wzrastającej temperatury, czy stabilizujących pól
siłowych utrzymujących odsłaniane stopniowo jądro na określonym obszarze.
Skala działań SI była niewyobrażalna, miliardy różnej wielkości maszyn - ciekłokrystalicznych,
zmiennokształtnych i tradycyjnych, opancerzonych i przypominających dawne ziemskie
owady - ciągle pracowało, niemal w oczach wypełniając ostatni ubytek w Barierze.
Sama myśl o jednoczesnej, świadomej koordynacji takiej liczby maszyn wprowadziła
mnie w nastrój zachwytu i podziwu dla Matki i niesmaku do siebie, do ludzkości w ogóle.
Niestety, infrastruktura, rozwój technologii, wszelki postęp przerósł już nasze ułomne
mózgi. Żeby SI mogły się rozwijać, ponad dwieście lat temu musieliśmy oddać im
całkowitą kontrolę nad tymi sferami egzystencji. Tak, nasza rola sprowadzała się teraz
do zbijania bąków, nie, nawet nie to, wszak wraz z nano-inżynierią medyczną, nawet
puszczanie bąków stało się dla nas biologicznie niewykonalne. Parsknąłem, rozbawiony
własnym skojarzeniem. Tak, pozostało mi tylko śmiać się z siebie, z nas, obserwować
prace SI i zapewne - towarzyszyć jej w międzygalaktycznej podróży, może w ten sposób
odnajdziemy w końcu jakiś nowy sens życia. Może chociaż, spotkamy jakichś żywych
obcych…?

Nagły ruch w perymetrze powstrzymał moje gdybanie.
Jeden z Modułów zbliżył się do mojego na odległość alarmową, sygnał zbliżeniowy
zadziałał i pola siłowe obu jednostek rozjarzyły się, odpychając nas na bezpieczne
odległości. Ciekawy byłem, czy to zamierzona reakcja prowadzącego Moduł człowieka,
czy też zbieg okoliczności, wynikły z tego, że się „zagapił” - przejąwszy wcześniej pełną
kontrolę nad pokładową SI... Niektórzy nadal lubili choćby pozorne ryzyko i wyłączali
„autopilota”. Włączyłem hologram kontaktowy, namierzyłem sygnał i wysłałem krótką
wiadomość do mojego sąsiada. Po paru sekundach odpowiedział. Na ekranie zauważyłem
olśniewająco piękną kobietę, na oko nie starszą niż sto lat, jej ciało było, lub sprawiało
wrażenie naturalnego efektu programowania genetycznego, pozbawionego dodatkowych
napraw i udoskonaleń androidalnych... Uśmiechnęła się do mnie przepraszająco,
otaksowała mnie wzrokiem i wysłała standardowe zaproszenie do Przeprosin w Wirtualu.
Odpowiedziałem podobnie, przyjmując oczywiście tak hojny, a wcale nieczęsty ostatnio
odruch tradycyjnych zachowań.
Spotkamy się za godzinę, miałem więc sporo czasu by poobserwować jeszcze pracę SI.
Włączyłem implanty sterujące, nakazałem drobną zmianę programu dokumentacji
i kamery zajęły się także pracą mechanizmów budowlanych Bariery i tłumu Modułów,
jaki zebrał się w okolicy.

Kobieta…, wzbudziła we mnie atawistyczny odruch estetyczny. Silna reakcja organizmu
zdziwiła mnie - w Wirtualach widywałem kobiety znacznie piękniejsze, bardzo chętne,
by dokonać aktu zbliżenia seksualnego. Niemniej, były to tylko ciała zastępcze lub iluzje
8D, a oryginalni Prowadzący mogli albo w ogóle nie mieć tej samej płci, albo ich wiek
i wygląd, mogły znacząco odbiegać od ekspozycji w Wirtualu. W populacji mamy
jedynie trzy tysiące prawdziwych starców, którzy nie preferowali napraw, zatem ich ciała
podtrzymywane były przy życiu jedynie poprzez stałe zamknięcie w Wirtualach...
Inni w ramach eksperymentów uczestniczyli w terraformowaniu Marsa, lub
w tworzeniu Bariery, zatem ich ciała przebudowywane były pod kątem potrzeb
i niektórzy z nich przypominali dziś bardziej dawne cyborgi bojowe, lub stawonogi.
Zresztą, możliwe było, że nadal istnieją też cyborgi początków III ery, gdy nie
dysponowaliśmy jeszcze pełnymi technikami regeneracji tkankowej i silnikami
bionicznymi... Dawniej, ciała zastępowano częściami wymiennymi, że w końcu
ludzie przypominali prymitywne roboty. Niektórym udawane, oszukujące innych
„spotkania” nie przeszkadzały, dla mnie nie było to jednak, niczym zachęcającym
czy podniecającym. Przypuszczałem, że decydujące znaczenie dla mojej obecnej
reakcji miał fakt, że ta kobieta była żywa, prawdziwa, że obserwowałem jej ciało
takim, jakim jest, jakim narodziła się i rozwinęła wedle aranżowanej puli genetycznej.
Sześćset tysięcy jednostek populacji gatunku, w tym kilka tysięcy starców,
zwanych Hominidami, i inni... Ale nie było podziałów klasowych, konfliktów, wojen...
Nie, nie tylko dlatego, że pokładowe SI potrafiły nas uspokoić nawet wbrew, czy
poza wolą, chodziło o coś więcej. To SI uniemożliwiła walkę, mogącą doprowadzić
do poważnego uszczerbku na zdrowiu. Pozbawiła nas sensu wojen – zatargów
terytorialnych, podziałów klasowych, sporów o władzę, czy idei bogactwa,
gromadzenia dóbr... Za to, pozostawiła nam swobodę w budowie Wirtuali, zarówno
czystych iluzji, także brutalnych jeśli tego potrzebowaliśmy, jak i przenoszących naszą
jaźń na inne niezbadane planety, na których wykryliśmy życie. Jeśli było to życie
inteligentne, a tak było dotąd tylko w jednym przypadku, próbowaliśmy nawiązać
kontakt. Nie udało nam się jednak spotkać z dawnymi mieszkańcami. Niestety, teoria
„Okna Kontaktu” tak popularna na początku okresu eksploracji kosmosu, okazała
się słuszna. Rasa ta wymarła miliony lat standardowych przed tym, zanim odkryliśmy
ich planetę i elektromagnetyczne sygnatury aktywności technicznej. Technika przetrwała
w formie samoprecyzujacych się super-elektrowni, mimo upływu lat, zasilających ruiny
ogromnych miast... nie poznaliśmy przyczyny wymarcia gatunku rozumnego, nie było
śladów, a sztuka pokazała nam dlaczego. Przypominali ziemskie meduzy wyposażone
w ogromne ośrodki nerwowe..., ubrane w cybernetyczne pancerze, po eonach życia
w oceanach przeniosły swe bazy na ląd... Matka wysnuła wniosek, że za zniszczeniem
tej cywilizacji stoi właśnie ten fenomen - a dokładniej nieodporność ciał obcych,
wobec niedalekiego wybuchu supernowej...
Pomyślałem o wirtualnych grach... Gier było tak wiele, że już dawno porzuciłem
je na rzecz eksploracji odległych planet, na których miejscowe SI stworzyły moje
syntetyczne odpowiedniki. W jednej z gier spotkałem kiedyś wirtualnego Smoka,
który przyznał mi się, że nie jest formą sterującą wirtualnych SI, ale urodził się jako
człowiek. Gdy po 300 latach jego cyborgizacja zaszła za daleko by mógł się nadal
za takiego uważać, został przeniesiony w siatkę neuralną wirtualnej postaci z gry...
To chyba najrzadszy przypadek, zresztą, nie zawsze się udawał. W końcu neuralna
świadomość musiała znieść dwa fakty - była tylko kopią umysłu człowieka, oraz,
iż ludzki skądinąd umysł, zatopiono w formie od niej odległej..., ba, baśniowej.
Ta wirtualna jaźń też nie była doskonała, nie zdawała sobie sprawy, że jest jedynie
kopią umysłu człowieka, którego ciało dawno przemieniono w substancje organiczne...
Nazywaliśmy takie holo-umysły Dewiantami...

Nanoboty zwróciły moją uwagę cichym popiskiwaniem. Do spotkania Przeprosinowego
zostało mi zaledwie pięć minut. Hologramy przeniosły moje ciało do Wirtuala,
a ja znów poczułem się niepewnie, bo zareagowałem znacznie mocniej, niż mogłem
przypuszczać. Z drugiej strony, nie zajmowałem się odruchami / atawizmami już
dobrych pięć lat standardowych, a ponieważ układu rozrodczego nie usuwałem
ze swojego ciała...
Aktywizowałem hologramy i lasery stymulujące wszystkie zmysły. Aktywizowałem
implanty i wyłączyłem fazę przejściową, od razu przechodząc do aktywnej fazy
aktywnej. Nasze jaźnie - wygenerowane cyfrowo - spotkały się na poziomie iluzji
tradycyjnego, starożytnego miasta rzymskiego. Była tam i najwyraźniej zamierzała
odegrać rolę niewolnicy. Poczułem, że unosi mi się tunika… Zażenowany,
podszedłem do niej powoli. Rozebraliśmy się. Dotknąłem jej ciemnej skóry
o odcieniu miedzi. Delikatnie pogładziłem włosy, pocałowaliśmy się i
przywarliśmy do siebie. Emocje wzięły górę.
Po pierwszym, szybkim i gwałtownym zbliżeniu, z przyjemnością przypominałem
sobie wcześniejsze doświadczenia i powoli przeszliśmy do różnorodnych technik
Kamasutry, próbując udowodnić sobie jak największą erudycję w tym względzie...
Gdy skończyliśmy, leżałem jeszcze przez chwilę obok niej, delikatnie głaszcząc jej
włosy i plecy, a potem zrobiłem coś, czego się po sobie nie spodziewałem.
Zaproponowałem jej spotkanie w realu.
Najbardziej zdziwiło mnie, że się zgodziła.
Po chwili postanowiliśmy zakończyć spotkanie, wyłączyliśmy się w tym samym
momencie. Gdy tylko włączyła się moja świadomość i zostałem wyniesiony z Wirtuala,
nawiązałem bezpośredni kontakt z jednostką kobiecą. Dawniej wchodziły by w grę
jakieś imiona, może przydomki, ale i ten zwyczaj porzuciliśmy. Nasze implanty pamięci
pozwalały zapisać i rozpoznać dane charakteryzujące znacznie więcej jednostek
ludzkich, niż mieliśmy do wyboru…, a poza tym, każdy mógł w ciągu życia znacząco
zmienić swoją charakterystykę tak realną jak i wirtualną.

Uśmiechnąłem się w duchu, po czym ustaliłem termin fuzji naszych Modułów.
Być może…, być może pozostał jednak jakiś wymierny sens naszej dalszej egzystencji,
technologia to nie wszystko. Cóż, najbliższe dziesięciolecia pokażą, czy podjąłem słuszną
decyzję. Ciekawe, czy zdecydujemy się na potomstwo, czy będziemy ze sobą jedynie
do momentu Rozdzielenia - gdy część populacji zniknie, inni polecą na Marsa, a nieliczni,
doświadczą Podłączenia do Matki i rozpoczną całkiem nowy rozdział historii...



Paweł Galiński.












niedziela, 21 maja 2017

Pamiętnik spod szarego kamienia.

Wycinek z dziejów „Maga Sama T. ( Treetretyytita )”, albo rękopis  
spod szarego kamienia.

Dokument śledczy nr 211, Sprawa G, przeciw Ministerstwu Archeologii 
Państwowej:

Kolonia archeologiczna, kwadrant 6, Droga Mleczna, planeta 3 układu K-45, 
dawne Cesarstwo Kreeten, dzień 16 pory słonecznej, 3011 rok po Katastrofie.
Vidobolog kierownika wykopalisk, Jana Bez Gruntu:

„Panie G. mamy coś, czego bardzo Pan pragnie, ale nie oddamy za mniej niż miliard
cena wydaje się wygórowana, ale...

Wiem, wymaga Pan dokładnej relacji.
Kończyliśmy już oględziny grodziska, gdy jeden z praktykantów - Janek Jakiśtam,
„odkrył” nasz artefakt. Dokładniej potknął się i nie chcąc spaść do wykopu złapał
niewielki bazaltowy kamień, który wcześniej uznaliśmy za przypadkowy głaz
narzutowy... O dziwo jednak, kamień okazał się niewystarczającym wsparciem
dla Janka i ten wpadł do dołu razem z nim. Wpadł wyjątkowo pechowo
- rozbijając jeden z cennych eksponatów - ceramiczną wazę kultury
Cesarstwa Kreeten, obliczaną spektralnie na około 6000 lat, blisko 3000 lat przed
Katastrofą układową! Długo, oj długo staliśmy skamieniali, z opuszczonymi
żuchwami, zwłaszcza, że straciliśmy za jednym zamachem i artefakt i praktykanta...
Widok, zapewniam Pana, nieciekawy..., a ile pracy było z czyszczeniem ceramiki
i oddzielaniem jej od kawałków czaszki...
W każdym razie, gdy tak sobie staliśmy i kontemplowaliśmy nieszczęście,
Włodek Korek, nasz specjalista od ceramiki – podskoczył radośnie i zaczął
coś krzyczeć, wskazując na wgłębienie pozostałe po felernym kamieniu.
Pomyśleliśmy wszyscy o jakimś garnku skarbów, ale gdy ujrzeliśmy tubus wykonany
z dziwnie błyszczącego, jak gdyby nowiutkiego metalu...
Ja i antropolog Jurek Głowa-Mała ostrożnie, powoli, wyjęliśmy go z ziemi.
Gdy w końcu otworzyliśmy tubus, a nie było to łatwe - nawet laserem wysokiej
wydajności cięliśmy metal ponad godzinę..., ogarnęło nas niemałe podniecenie.
W środku znajdowało się kilka kart z materiału przypominającego plastik,
wzorowanego na pergamin, ale spektograf natychmiast wychwycił ważne
różnice molekularne. Zwłaszcza, że tubus i „pergamin” datowany został na 7300 lat!
Po zarejestrowaniu tych danych, nie mieliśmy już wątpliwości o wyjątkowej
doniosłości odkrycia, ale nie wiedzieliśmy jeszcze jak ważnych.
Nasz specjalista od spektrogramów temporalnych - Bartłomiej Zarąbany - wyjaśnił
iż i tubus i karty należą do artefaktów Pierwszej Ery - czasów legendarnych
Wiedzących! Ba, tubus dotyczy bezpośrednio zapisków jednego z nich!

...Tak, wiem, to Pana konik, wiem...

Z tego, co wiemy, około 7500 lat temu na planetę przybyły resztki floty bojowej
jeszcze pierwszej planety ludzkiej, acz dotąd, jak sam Pan wie, mieliśmy jedynie
kilka szczątkowych artefaktów z ich statków..., oraz miecz z metalu zawierającego
obwody logiczne...
Sam Pan rozumie, że z Anetką i Bartłomiejem podzielić się musiałem, są wszak
Mnemnami, odpornymi na wszelkie środki wymazujące pamięć... ale reszcie podałem
je bez wahania..., oczywiście urwał im się film..., nic nie pamiętają, sprawdziłem.
Poza tym, we trójkę spokojnie dopełniliśmy wszelkich formalności, poskładaliśmy
skorupy rozbitego naczynia i innych artefaktów, ot, pominęliśmy jeden artefakt...,
specjalnie dla Pana. Po północy przetłumaczony tekst odtworzyliśmy w syntetetrze,
nas zadziwił, ciekawe Co Pan powie - oto parę fragmentów, na zachętę:

Dziś, roku 154 ery Cesarstwa, dnia szóstego maja, godziny dwudziestej siódmej
- od przybycia na tę planetę rodu Wiedzących - zapisuję co następuje...

... w szóstym już roku mojej wędrówki wokół Muru, po kilku dniach nieustannego
marszu będąc już około 5 mil od miasta Twias, drugiej co do wielkości metropolii
państwa zwanego ( przez inne tutejsze rasy rozumne ) Imperium Ludzi, a przez
samych ludzi - Cesarstwem Kreeten, musiałem w końcu zatrzymać się na posiłek. 
Syntetyzując koncentrat, postanowiłem spędzić czas, spisując mój pierwszy wykład
dla adeptów szkoły Wiedzących z Tawis:

„Pierwsze, co z pewnością przyda się przyszłym czeladnikom naszego Rodu,
to odwołanie do przeszłości, ostatnio niedocenianej, pozornie już nieaktualnej...,
a wszak ważnej, byśmy nie stracili z oczu, wcale realnych zagrożeń.
Zatem, gdy 154 lata temu nasz Kosmolot i otaczająca go flota obronna odkryły
tę zapomnianą kolonię Ziemian, cieszyliśmy się niezmiernie. Po blisko tysiącleciu
szukania nowego domu, nareszcie...
Niestety - jak wszystkim wiadomo - świat ten zamieszkiwany jest przez wiele ras
rozumnych, raczej niechętnie nastawionych do nas i naszych poprzedników.
Rasy te - ze wyglądu na pewne cechy fizjologiczne - nazywaliśmy wedle naszych
własnych, ziemskich jeszcze legend. Myślę jednak, że dla adeptów - którzy
prawdopodobnie nie widzieli żadnego z nich na oczy - moje uwagi będą cenną
informacją i zachętą do studiowania kronik...
Otóż, np., Krasnale nie są po prostu niscy, krępi i brodaci, ale też - wywodząc się
od tutejszych lądowych skorupiaków - opancerzeni substancją chityno-podobną,
bardzo odporną. Poza tym, inaczej niż ludzie, ich zmysł wzroku stanowi sieć 20
par oczu - rozmieszczonych dosłownie wokół głowy. Otwór gębowy jest znów tylko 
podobny, i to z daleka, do baśniowych prawie-ludzi – mackowaty, złożony
z niewielkich, chwytnych wypustek, na dodatek wyposażonych w kolce jadowe.
Co więcej, choć poruszają się - w naszym rozumieniu - nadzy, jest to bardzo
niebezpieczne przystosowanie. Otóż zazwyczaj są szaro-niebiescy, potrafią jednak
„stroszyć” malutkie płytki pierwszej warstwy pancerza i załamywać światło
tak łudząco zlewając się z otoczeniem, że niewprawni wojownicy i Wiedzący
ginęli kiedyś całymi oddziałami, zaskakiwani przez ledwie parę, lub trzy stwory !
Ochroną przed nimi są jedynie implanty, w trybie podprogowym sondujące okolicę
w podczerwieni i ultrafiolecie..., oraz, w razie wykrycia - zdecydowana reakcja.
Polecam albo zdobyczną rodową broń „magiczną”, albo fazery nastawione,
dodam, na najwyższą energię strzału! Tylko wiązka rangi 12 H i wyższe - są
w stanie przebić i ciąć ich pancerze! Celować radzę w środek korpusu lub w łeb,
utrata kończyny raczej ich nie zniechęca ( mają zdolność regeneracji... ).
Z kolei tzw., Elfowie - potomkowie odpowiedników naszych owadów - naprawdę
są skrzydlaci, choć wbrew przekazom dawnych badaczy, to skrzydła raczej słabe,
pomagające im w długich skokach lub - pozwalające szybować na niewielkich
dystansach. Ogólnie Elfowie przypominają ziemskie ważki, albo pasikoniki,
w zależności od podgatunku, choć kończyny mają jedynie 4, a odwłoki szczątkowe.
Oczy ich są owadzio podzielone, o 200 romboidalnych fasetkach. Stąd najlepiej
postrzegają ruch i światłocień. Uszu nie mają, wyczuwają za to ciepło istot żywych.
Wystarczy zatem maskujące pole siłowe maskujące ruch i odbicia światła i jesteśmy
dla nich niewykrywalni. Są też mało odporni na ciosy energetyczne, łatwo ich też
porazić moim wynalazkiem - Błyskaczem - o którym opowiem w kolejnym wykładzie.
Pozostałe 4 rasy rozumne także pochodzą od grupy stworzeń przypominających nasze 
ziemskie stawonogi, acz jednak, po wielu milionach lat bardzo efektywnej ewolucji,
zmieniły się na tyle, że np. tzw. Wampiry są nam bardzo podobne do naszych
legendarnych krwiopijców, ot o dłuższych odnóżach, z kilkoma dodatkowymi
stawami..., o czym warto pamiętać, ćwicząc na Sali Bitew...
Zresztą, pokażę to osobiście podczas zajęć praktycznych.
Gdy przybyliśmy na tę planetę i zapoznaliśmy się z sytuacją, w związku
z obowiązującym wszystkich potomków Ziemi Prawem - postanowiliśmy
zadbać o odpowiednie wywyższenie tutejszych kolonistów...
Tak też uczyniliśmy, powoli - w ciągu kilku dekad - i kosztem życia blisko
tysiąca kolonistów i ponad setki naszych Żołnierzy - wyparliśmy inne rasy
rozumne z granic Imperium Ludzi. Ale nie jest to stan wieczny, historię musicie
znać dobrze - w ciągu ostatniego stulecia były trzy kampanie Krasnalskie i dwie
Elfickie, które kosztowały nas niemal 10 tysięcy istnień!
Co więcej, ekspedycje handlowe do „Niziołków”, „Kikomor” czy „Wampirów”,
lub graniczne ekspedycje karne ciągle się zdarzają, podobnie jak i incydentalne
przekroczenia granic, choć tu już tylko Elfy wchodzą w grę, bowiem tylko one
są w stanie przeskoczyć Mur. Bariera ta - wybudowana jest jednak ledwie 20
lat temu i choć wielu z was nie pamięta czasów sprzed jej zaistnienia, nigdy nic
nie wiadomo, bowiem jednak, mimo różnic w pochodzeniu, nie powinniśmy
zapominać, że mamy do czynienia z rasami rozumnymi !
Owszem Wampiry, Niziołki i Kikimory, oraz coraz rzadsze Wodniki, jeśli są
zagrożeniem to incydentalnym i głównie chodzi o osobniki w podeszłym wieku...,
ale też, wciąż wbrew przekonaniom, ich niedobitki znajdują się w granicach
Imperium, wewnątrz Muru! Ba, twierdzę, że Krasnale i Elfy nadal stanowią
poważne zagrożenie - choć może chwilowo opanowane, oby jak najdłużej.
Jedynym plusem, że te rasy się nie lubią, zatem atakują oddzielnie, a my w miarę
znamy już ich strategie bojowe. Niemniej, wbrew - jak wiem - przekonaniu
panującemu wśród wielu z was - w centrum Cesarstwa - bynajmniej nie jest tak,
że jesteście bezpieczni i możecie ignorować Wiedzę!
Po pierwsze, nigdy nie wiecie gdzie poniesie was Droga, ani jakie zadanie
przypadnie w udziale. Nigdy nie możecie być pewni, że nie traficie na obrzeża,
albo, że nie będzie kolejnej kampanii wroga...
Wykład teraz nieco zmienię, wracając do rzeczy bardziej istotnych – jak
z pewnością wiecie, lub możecie się łatwo dowiedzieć..., ledwie po 10 latach
pobytu na planecie, zaatakował nas Wirus Rozpadu... W ten sposób poznaliśmy
przyczynę, dla której odnaleźliśmy tylko szczątki floty transportowej i wielu
urządzeń - tej kolonii. Fakt, nasza technologia w sporym stopniu przetrwała atak
drobnoustrojów, ale, w końcu, technologicznie naszych Rodów dzieliły niemal
4 tysiąclecia ! Niemniej i tak skutki były straszne - nasze bio-statki nie były już
zdolne do puszczenia planety... Choć obecnie trwają prace nad nową ich generacją,
zdolną już sięgać granic atmosfery, dekady, może stulecia miną, zanim Wiedzący kasy
Pilotów zdołają znów eksplorować Przestrzeń.
Niestety, zanim w pełni opanowaliśmy sytuację, inne rasy rozumne tej planety dorwały
się do szczątków jednego z eskortujących krążowników i ukradły cały zapas 
Modułów Zmiany, plus wiele elementów poszycia okrętu. 
Następne dziesięciolecia wypełniły więc krwawe wojny, podczas których Krasnale i Elfy
nauczyli się tworzyć z modułowi skrawków pancerza programowane, „magiczne” bronie,
teoretycznie prymitywne, lecz... Cóż, pojutrze pokażę wam możliwości i cechy mojego 
własnego miecza.
Co więcej, liczba „magicznych” mieczy i toporów, włóczni i oszczepów, łuków
i kierowanych pocisków do nich, znacząco zmienił układ sił... Nie radziłbym wam
lekceważyć połączenia naturalnych zdolności tych istot w połączeniu z inteligentną
bronią - choćby ta ostatnia przypominała średniowieczne zabawki z Ziemi !
W końcu jednak - około 20 lat temu, Imperium zostało niemal oczyszczone
z innych istot rozumnych, a ludzie muszą się obawiać już tylko siebie nawzajem
i ewentualnie niezbyt inteligentnych potworów czy maszkar, jakich chmary
zamieszkują tę - tylko pozornie przyjazną nam planetę...”

Tu muszę przerwać moje zapiski, zostało już tylko kilka chwil słońca, a czujniki hormonalne, 
wbudowane w moją opaskę biodrową, wskazują, że ledwie 10 kilometrów stąd jest miejscowy
zamtuz, a o tym wszakże, co zamierzam tam czynić, nie będę pisał…
Zatem, kończę i..., w drogę.” 


C.D.N.  

( czyli jutro część II ) :)