wtorek, 14 lipca 2015

Narybek.

Opowiadanie jest formą streszczenia - mam dość materiałów na mini powieść, ale taka, nie nadaje się na bloga, zatem postanowiłem wybrać jeden z epizodów i stworzyć w miarę spójne opowiadanie..., łączę tu wątki Łowców i mojego ulubionego zajęcia sprzed lat, zanim zastąpiłem je spacerami z aparatem i sztalugą...


Adept Robert zakaszlał, papierosowy smog unosił się w lochu na podobieństwo gęstej, porannej mgły. Spojrzał na zegarek - jeszcze pół godziny dzieli go od Egzaminu. W zadymionym, średniowiecznym lochu, sprytnie ukrytym pod z pozoru nowym blokiem, siedziało i rozmawiało przyciszonymi głosami kilkudziesięciu Wędkarzy. 
Prawie każdy miał u boku Adepta - syna, wnuka, dalszego krewnego lub po prostu ucznia, a najznamienitszym członkom Kadry towarzyszyło nawet po czterech, pięciu uczniów..., tylko on siedział sam i nie miał już opiekuna, gdyby nie wuj Harry z USA, który przez pół roku szkolił go u siebie..., gdyby nie śmierć ojca... Próbując odciąć się od szarpiącego sercem smutku, zamknął oczy i wspomniał dzień, który całkowicie odmienił jego życie...
*
Nigdy nie zapomni sobotniego popołudnia, 12 marca 1999 roku. Będąc siedemnastolatkiem - jak niemal wszyscy rówieśnicy - uwielbiał sport, pogaduchy o niczym i dziewczyny..., ale najwięcej wolnego czasu spędzał - tak jak i jego ojciec - nad wodą. Fakt, tata nie zabierał go na swoje wyprawy z kolegami z Kadry, ale nic dziwnego, gdzie jemu, wówczas nawet nie Adeptowi, do takich tuzów wędkarstwa... Niemniej od wczesnego dzieciństwa ciągnęło go nad wodę i nierzadko cały weekend wędrował brzegami Wisły, już to ze spiningiem, już to spławikówką, by chełpić się potem przed kolegami wędkarskimi trofeami. Prawie nigdy nie wracał „o kiju” - czy raczej - „na tarczy” jak powiedzieliby koledzy z bractwa, w którym - też głównie dzięki historycznemu zacięciu ojca - szkolił się w odgrywaniu roli rycerza. O nie, szczęście mu sprzyjało i najczęściej całe osiedle schodziło, by popatrzeć jak wraca z pięknymi boleniami, kleniami, jaziami, dorodnymi leszczami, pokaźnymi, grubymi i pięknie wybarwionymi okoniami, sandaczami, sumami, brzanami, czy zielono-złotymi, plamiście ubarwionymi szczupakami.
Jednak tamtego, marcowego przedpołudnia, natknął się na coś, czego nie opisywały żadne książki o faunie polskich rzek. Pamięta jak by to było wczoraj, wszedł do domu cichy i skupiony, a ojciec, który zdążył już wrócić z pracy popatrzył na niego, na wypchany wędkarski worek i spytał: - Co złowiłeś tym razem, czyżby suma? Wziąłeś go, mimo okresu ochronnego? - Nie tato - odpowiedział pełnym emocji szeptem - to nie jest sum, to..., sam nie wiem, ale kiedyś mówiłeś…, mówiłeś, że w rzece żyje wiele stworzeń, których jeszcze nie widziałem, że Karda... - plątał mu się język. 
Ojciec wziął w ręce worek i poszedł do swojego gabinetu. Chwilę później, równie blady jak syn, wyszedł z pokoju i gestem zaprosił go do siebie. Weszli razem, na stole leżało to coś. Kilkanaście trójkątnych, skórzastych płetw i ogromny łeb przypominający krokodyla - sięgający połowy długości ciała stwora... Linia boczna po wywijana we wzory, od których w oczach latały mroczki. Stworzenie o ciemnozielonej, ciepłej barwie, czarnym grzbiecie, i nagiej, pozbawionej łusek skórze. Najgorsze wrażenie robiły jednak dwie łapki, pięciopalczaste, z przeciwstawnym kciukiem, wyrastające w miejscu płetw piersiowych. No i te zęby, powyginane, krzywe, długie, sino-żółte, wypełniające dosłownie całą powierzchnię szerokiej paszczęki...
- To jest Raks chłopcze, naganiacz Utopców. Hodują takie, krzyżując szczupaki i padłe wilki, dodają im jeszcze mózgi i ręce zmarłych niemowląt, które niestety, wiele wyrodnych matek spławia w rzekach..., wyrodnych, albo..., ale to na później. Widząc przerażony wzrok syna, ojciec położył mu rękę na ramieniu i blado się uśmiechnął, i rzekł: - Synu, większość młodych wędkarzy nie widziało Raksa, ba, spory odsetek Kadry widział go tylko raz, na Egzaminie, a potem już tylko na obrazkach naszych Znających. To wielki dzień, nawet nie wiesz, jaki jestem z Ciebie dumny. Chodź, zjemy coś, a potem zaprowadzę Cię do Mistrza Roberta, musisz się tak wiele nauczyć...

**

Ze wspomnień wyrwał go donośny głos przewodniczącego Kadry:
- Wszyscy Adepci ! - krzyknął Mistrz Jacek - zgłosić się do Mistrza Roberta! Wstał nieco chwiejnie, odetchnął głęboko próbując odgonić obrazy przeszłości. Uronił łzę nad ojcem. Zaledwie pół roku temu, w lipcu 2005 roku, jego ojciec zginął w walce z Utopcami. Zasadziły się na Wędkarzy, zginęło wtedy aż pięciu członków Kadry... Tylko amulety uchroniły zabitych przed jeszcze gorszym losem - sług Utopców - zombich, bez woli i ducha...
Tego dnia, gdy dowiedział się o śmierci ojca także nigdy nie zapomni..., a potworom nie wybaczy, nigdy, choćby miał zostać kłusownikiem, będzie na nie polować! Ale może jednak zda Egzamin by w służbie Kadry niszczyć takich, jak ci, którzy odebrali mu ojca...

***

Stojąc na brzegu, z uwagą obserwował zmagania pozostałych pretendentów. Pierwsze przydzielone im zadanie polegało na złowieniu i wyciągnięciu Raksa.
Dla niego błahostka, zrobił to już wielokrotnie i zresztą, zanim wiedział...
Tak, on i czterdziestu innych pretendentów, poradzili sobie bez wypadków, każdy dostał się tu za upolowanie jakiegoś stwora, potrafili już to i owo. 
Patrzył na zmagania ostatniego Adepta. Dużo młodszy ode niego, może czternastoletni młodzik za nic nie mógł wywindować Raksa, a najwyraźniej bał się jak ognia dotknąć jego ciała, i to mimo rękawic zmyślnie przeplatających grubą skórę bazyliszka z płatkami hartowanej stali! Nagle młodzik pośliznął się na mokrej trawie i wrzeszcząc wpadł do wody. Raks natychmiast rozdziawił szczeki i..., Mistrz Robert krzyknął krótko, a jego kostur wygenerował błyskawicę. Martwy Raks natychmiast opadł na dno.
Pomogliśmy wyjść z wody niedoszłemu Łowcy. Był blady i roztrzęsiony, łzy cisnęły mu się do oczu. Poklepując go po plecach, pocieszaliśmy, miał jeszcze szansę, zostały aż trzy lata do kolejnych Egzaminów...
Kolejny etap Egzaminu polegał na kontrolowanej walce z różnymi stworami lasów i bagnisk, gdzie kryły się najgorsze z gatunków tzw., Ostatnich - pozostałości ras rozumnych jakie człowiek stopniowo wypierał, zajmując ich miejsce w drabinie pokarmowej. 
Jemu w udziale przypadł pojedynek z młodym gryfem. 
Stworzenie znane z heraldycznych znaków, w rzeczywistości miało wielkość sporego indyka, szerokie orle skrzydła, dziób bardziej jak u tukana niż orła, długie szpony u łap, oraz jaszczurczy, zakończony maczugą ogon. Miał też, wedle badań Kadry, całkiem sprawny rozum, niemal dorównujący inteligencji dziesięcio-letniego dziecka. Był jednak wrażliwy na srebro, na ogień i jak każde inne stworzenie, szalenie wyczulony na wszelkie gwałtowne zmiany oświetlenia, zapachu czy niespodziewane dźwięki. 
Poprawił ułożenie noża, zapiął kaburę z rewolwerem, sprawdził naładowanie strzelby przywiezionej od wujka z USA. Strzelba miała bębenek rewolwerowy, mieściła sześć pocisków, zdolnych za jednym zamachem rozwalić czaszkę niedźwiedzia, a wujek twierdził, gdy się je posrebrzy, również wilkołaka lub saskłacza. Do ręki wziął też własny wynalazek - wzmocnioną lampę błyskową na długim, metalowym pręcie. Wszedł na ring. Gryf nie czekał, nie dał spokojnie przekroczyć magicznego kręgu, od razu próbował dziabnąć go w brzuch. Robert uskoczył, ale nie całkiem uniknął konfrontacji - gryf pacnął go po udzie szponami przedniej łapy. Adept z jękiem rzucił się w bok, a gryf skoczył na magiczną barierę i odbijając się od niej runął w dół, pikując wprost ku kroczu młodzika. Uginając nogi, i szarpiąc kolbą strzelby w bok, Robert odrzucił gryfa na drugi koniec ringu, po czym przeturlał po piachu i wystrzelił - niecelnie! Gryf skoczył znowu, tym razem wycelował w strzelbę, chwycił ją szponami i lecąc wyrwał z dłoni człowieka, wyrzucił poza ring. Pretendent wyciągnął z kabury rewolwer. Wycelował kierując się wrzaskiem gryfa i wystrzelił dwa razy. Niestety, znów chybił, pociski niegroźnie rozwiały się na Barierze. Ciężko dysząc, przestraszony, z rewolwerem w ręku, niemal zapomniał o wyuczonych, wiele lat trenowanych strategiach walki..., niemal. Wziął się w garść dosłownie w ostatniej chwili, uskoczył przed kolejnym atakiem potwora i udając zaskoczenie pozwolił gryfowi poderwać się w powietrze. Chcąc znów go zaskoczyć rzucił w jego kierunku rewolwerem. Gdy gryf odruchowo obrócił głowę i kłapnął dziobem na przelatującą koło głowy broń, Adept sięgnął po upuszczoną wcześniej lampę, przymknął oczy i nacisnął wyzwalacz. Stroboskopowy, oślepiający rozbłysk zadziałał znakomicie. Gryf w szoku runął na ziemię tuż koło nóg pretendenta, a ten błyskawicznie przestąpił nad stworem, wyciągnął zza pasa nóż i popierając cios skrętem ciała, przyklękiem, pchnął wprost w oczodół! Krew i mózg gryfa rozlały się falą po piasku ringu. 
Wygrał. 
Wyprostował się i uspokoił. 
Pozostał przed nim tylko egzamin teoretyczny, łatwizna.

****

Pisk budzika sprawił, że niemal spadł z łóżka. Wstał odruchowo sprężony, gotów do walki. Dopiero po chwili skojarzył, wyłączył budzik, spojrzał na jarzącą się czerwono tarczę. Trzecia nad ranem, właściwie noc. Pośpiesznie wstał i pobiegł pod prysznic. Potem ogolił się i obficie użył ulubionej wody kolońskiej. 
Ubrał się na przysłowiową cebulkę, nie zapominając o dobrze uszytej kolczudze, zabrał wędki i aparat, amulety, oraz ulubioną broń - szeroki nóż myśliwski, krótki, ciężki miecz pokryty runami i srebrem, sztucer od wujka z USA i rewolwer... 
O mały włos, a byłby zapomniał o lampie błyskowej, która tak pięknie spisała się przy okazji Egzaminu. Szybko i cicho wyszedł na klatkę, zbiegł po schodach i jeszcze przed progiem, odpalił zdalnie terenówkę.
Ruszył z wizgiem opon ciesząc się, że tylko on go słyszy, podobnie jak i miły warkot silnika - na zewnątrz - za sprawą magicznego tłumika, samochód był cichy jak duch - albo jak skradający się nieopodal, aksamitnie czarny kotek...
Sprawdził mapę, srebrzyście zajaśniał magiczny szlak wyznaczony przez Mistrza. Jego Pierwsze samodzielne Zadanie.
Jechał blisko dwie godziny. Na miejscu odszukał leśny parking, wypakował się i ruszył w las. Po kilku minutach, pod stopami cicho zakląskała woda. Zatrzymał się, z plecaka wyciągnął specjalnie opracowane obuwie przypominające rakiety śnieżne - pozwalało ono bezpiecznie przemierzyć zdradliwe, podmokłe łąki i torfowiska. Większość rzeczy zostawił pod pobliskim dębem, oznaczając miejsce amuletem, po czym ruszył dalej.
Fala gwałtownego drżenia przebiegła przez śródleśne bagienko. Wodę oczka wodnego przeciął pióropusz wysokiej fali. Tuż przy brzegu, wśród gwałtownego rozprysku, z wody wynurzył się łeb wodnika. Zielona fizjonomia ociekająca szlamem i okryta jak peruką wodorostami, wykrzywiła się w grymasie przypominającym złośliwy uśmiech. Maszkaron uniósł się nad wodą, łapy zakończone błoną pławną zaczepiły o kępy traw. Wciągnął głęboko powietrze, oczyścił skrzela z resztek wody, po czym wygramolił się na podmokły brzeg. Stanąwszy, złożył łapy przy szramie pyska i wydał z siebie niezwykłe, długie zawodzenie. Dla niewprawnego ucha dźwięk przypominałby skowyt wilka. Kilka sekund później, około dwudziestu metrów od wodnika, kępa zarośli poruszyła się niespokojnie, a po kolejnym skowycie wodnika, zza bujnej zieleni krzaków jeżyn, wyjrzał pysk kolejnego, przedziwnego zwierza. Stwór wygramolił się z mozołem zza krzaka i stanął na dwóch łapach. Stworzenie wysokie na dwa metry, miało zielone oczy wielkości spodków, grubą, skołtunioną sierść, teraz upstrzoną malowniczo gałązkami i świeżym, wiosennym listowiem. Potężne barki, przechodziły w długie, sięgające ziemi łapska zakończone szponami dwakroć dłuższymi niż ludzkie palce. Głowa stwora była jeszcze bardziej kudłata niż reszta ciała, a paszcza pełna krótkich,ostrych zębów, sięgała niemalże „od ucha do ucha”. Dziwaczne zwierzę rozwarło teraz paszczę zaskowyczało tak, że las ucichł a jeden z przelatujących obok nietoperzy zmylił lot i złamał kark o pień starej sosny. Wodnik odjąwszy od uszu płetwiaste łapska, tym razem wydał z siebie straszny, wysoki, przeszywający wizg. Zaraz po nim na wierzchołku starej sosny, tej samej, na której pniu zabił się nietoperz - poruszył się kształt z grubsza przypominający skrzyżowanie indyka i orła, po czym szybko i sprawnie zlazł na ziemię. Dotarłszy tam, dorodny, dorosły gryf pochylił głowę porywając z ziemi skrzydlate truchełko nietoperza, po czym połknął je i czknął z zadowoleniem. Trzy stwory zbliżyły się do siebie, po czym zaczęły charczeć, czkać, warczeć i piszczeć, a na koniec, zadowolone, poklepały się po głowach jowialnymi gestami. Potem spokojnie i na ile się dało, po cichu, ruszyły w las.
Wędkarz szedł już blisko kwadrans, na wschodzie dniało, las pełen dotąd głębokich czerni i zielonkawych szarości, powoli nabierał barw.
Nagle usłyszał pluski wzburzonej wody - jak zawsze - wyjątkowo głośne w porannej ciszy. Zaraz potem ciszę poranka rozdarło kilka coraz głośniejszych skowytów i wizg, przypominający zwielokrotniony w skali krzyk jerzyka. Robert bez trudu rozpoznał głosy strzygi i gryfa. Zatrzymał się pod kępą wyjątkowo bujnej trawy, usiadł i wyjął z plecaka swoje rzeczy. Sprawdził specjalistyczną lampę zdolną z jednego doładowania wygenerować jedynie trzy, lecz niezwykle silne, stroboskopowe błyski. Z wędek wybrał solidną szczupakówkę, dwuczęściową, z pełnego włókna szklanego, z zestawem złożonym z kołowrotka typu multiplikator, grubej plecionki zakończonej stalowym, pokrytym warstewką srebra przyponem, ciężarkiem ołowianym wielkości piłki tenisowej, oraz srebrnym błyszczem z również posrebrzaną kotwicą. Na szyję założył amulety niewidzialności i ciszy, aktywując je naciskiem na runy mocy. Tak przygotowany, znów podjął marsz. Wkrótce jednak musiał zwolnić, amulety wygłuszały kroki, ale mimo szerokiego obuwia, trawa nadal niebezpiecznie uginała się pod stopami...  
Cios spadł zupełnie niespodziewanie, na wielkie szczęście dla wędkarza, uderzył wodnik, a nie strzyg czy gryf. Niemniej i tak człowiek przeleciał w powietrzu dobre trzy metry, a do szoku spowodowanego upadkiem, dołożyła się wędka zaplątana w krzak czeremchy. Na szczęście nie zgubił lampy. Nie mogąc wstać, przekręcił się na bok, zamknął oczy i przycisnął włącznik, jednocześnie niemal odruchowym, świetnie wyćwiczonym ruchem sięgając do kabury na plecach. Ostry rozbłysk, tak jak sądził, dokumentnie zaskoczył i oślepił stwory, co z kolei dało mu odrobinę czasu na celowanie...

Ten człowiek nie mógł być doświadczonym Wędkarzem, szedł owszem, bezgłośnie, był niemal niezauważalny, ale bijący od niego odór chemikaliów o owocowym zabarwieniu, wszyscy zainteresowani czuli doskonale. Wodnik powstrzymał strzyga i gryfa, sam też chciał mieć jakiś ubaw z walki. Ukrył się za grubym pniem pobliskiego dębu i czekał aż człowiek znajdzie się w zasięgu jego łap. Uderzył mocno, ale tak, by zostało coś dla pozostałych. Człowiek z ostrym stęknięciem wzleciał w powietrze i zwalił się pod krzak czeremchy. Wodnik i pozostali ruszyli naprzód, lecz nagłe, ostre światło zupełnie poraziło ich czułe zmysły. Wodnik i gryf wykazali się płynącym z doświadczenia refleksem, momentalnie odskakując w bok i przypadając do ziemi, ale strzyg - z jego ogromnymi oczami żaby - po prostu stanął jak wryty. Tuż po rozbłysku nastąpiły trzy mniejsze, połączone z głośnym hukiem, a strzyg, potwierdzając swe najgorsze obawy zauważył, że strzyg podrygiwał w ich takt, na jego plecach wykwitały przy tym gejzery krwi i mięcha. Zaraz po ostrzale strzyg sztywno runął w trawę. Choć strzyg był w szoku, po ledwie kilku sekundach zerwał się z ziemi i skoczył na człowieka machając łapskami! Nie udało się. Człowiek w końcu wyplatał się z gęstwiny, stanął prosto i tym razem - wrzucając strzelbę za plecy - sięgnął po miecz, zrobił krok w bok, wypracowanym ruchem ciała unikając szponów strzyga, po czym ciął z rozmachem... Ucięty równo łeb strzyga zatoczył szeroki łuk, a jego ciało zadygotało silnie i opadło na bok - niemalże u samych stóp człowieka. Gryf natychmiast, nie czekając na reakcję wodnika, z wizgiem rozpaczy rzucił się na wroga. Machnął przy tym skrzydłami by falą powierza zbić go z nóg, ale wodnik widział szerokie obuwie wędkarza i wiedział, że nic z tego nie będzie. Człowiek zaś znów uczynił coś niespodziewanego - rzucił mieczem w kierunku nadlatującego gryfa - jednocześnie sięgając po rewolwer. Wodnik nie czekał na rozwój wypadków, ścigany piskami gryfa i głośnym hukiem ludzkiej broni, umykał długimi susami ku bezpiecznej głębi pobliskiego jeziorka.

Robert dobrze wyczuł, że gryf nie potrafi przezwyciężyć odruchów i oczywiście odwróci łeb kłapiąc dziobem w kierunku rzuconego mu miecza, przy czym szczęśliwie zaplątał się we własne skrzydła i w efekcie zarył łbem w ściółkę. Już rzucając bronią wędkarz wyszarpnął z kabury rewolwer, wymierzył i opróżnił cały magazynek. 
Strzelając pomyślał o wodniku, ale nie miał czasu... Gdy jednak gryf leżał martwy, a wodnik nie atakował, Robert rozejrzał się powoli...
- Pusto - wyszeptał zaskoczony - uciekł?
Odetchnął głęboko, drżącymi palcami opróżnił, po czym ponownie załadował bębenek rewolweru. Powoli, przezwyciężając ból pleców i boku zmacanego przez wodnika - podniósł miecz, potem i sztucer, naładował go, chwycił w rękę upuszczoną pod krzakiem lampę błyskową i podążył za ostatnim przeciwnikiem. Obiecał sobie w duchu - wodnik zapłaci za obolałe żebra! Jednocześnie jednak musiał przełknąć świadomość własnej głupoty, przez którą nieomalże stracił życie. Zresztą, i tak nikomu nie wspomni jak w pośpiechu pomylił ekstrakt leśnych ziół specjalnie przygotowany przez miejscowego Znającego, z ulubioną wodą kolońską…, eh, będzie musiał wymyślić coś mądrego by wyjaśnić jak wodnik zaskoczył go, skoro miał na sobie aktywne amulety...

Wodnik tymczasem dobiegł jeziorka i jednym susem ukrył się pod powierzchnią wody. Nagle wzdrygnął się, czując szturchniecie w bok. Ach, ach, a..., to tylko przepływający obok Ocznik, zwiadowca Wodnych Pań, który zamachał płetwami nadając kodem:
- „jak poszło, co się stało”?
Wodnik wzruszył ramionami, ale odpowiedział gestami:
- „Radzę Ci, ostrzeż Panie i ukryj się najlepiej jak potrafisz” - a potem dodał z rezygnacją na facjacie:
- „gryf i strzyg polegli, popełniliśmy błąd w ocenie, Wędkarz dał się zaskoczyć jak dzieciak, ale potem...”.
Ocznik zamachał płetewkami
- „??!”
- „Tak, to musi być członek tej ich Kadry, ja zbieram manatki i uciekam, Tobie radzę to samo” - po czym zmęczony machaniem łapami, zanurkował ku swojemu domostwu. 
Ocznik zabulgotał cicho i wystawił nad wodę jedyne oko na długiej szypułce. 
Gdy wędkarz stanął nad brzegiem jeziorka - nadal chroniony aktywnym czarem ciszy i niewidzialności - zdjął z ramienia sztucer i spokojnie wycelował w kierunku tafli wody. 
Wielkie oko wynurzyło się zupełnie niespodziewanie, przyprawiając go o dreszcz strachu. Nie znał stwora, który posiadłoby taaakie oko..., oko rozmiaru koła od roweru, na szypułce wystającej blisko metr nad wodę... 
Klnąc pod nosem i modląc się, by stwór nie był zbyt wielki jak na możliwości broni - wycelował w środek źrenicy i pociągnął za spust.
To, co stało się później, przyprawiło go atak histerycznego śmiechu...
Już wiedział, czemu stwora nie ma w katalogach łowców... 
Oko stanowiło największą część ciała stworzonka... 
Zamiast ogromnego raka, na powierzchni pływały zwłoki przypominające skrzyżowanie płoci i pająka - o dwunastu długich, wieloczłonowych odnóżach - zakończonych czerwonawymi płetwami. Całość proporcji zaburzało tylko owo ogromne oko... Robert sięgnął za plecy po wędkę, zarzucił ją i sprawnie ściągnął niezwykłe truchło na brzeg. 
Rzucił zewłok na kępę traw i znów podniósł sztucer, jednak po chwili namysłu przesunął się o dwa kroki w prawo i jeden do tyłu. Niemalże w tym samym momencie z pomiędzy traw - dokładnie w miejscu, w którym stał przed chwilą - wychynęła zielona łapa. Wędkarz nie stracił głowy, błyskawicznie odrzucił sztucer, silnym pchnięciem w dół zanurzył pod kożuch traw lampę błyskową i nacisnął wyzwalacz. Rozbłysk prześwietlił każdą szparkę podmokłego podłoża, a gwałtowny ruch ręki wodnika niemal natychmiast ustał. Robert przekonany iż wodnik jest w szoku, dla pewności podniósł strzelbę i wystrzelił dwa razy celując tak, jak by miał do czynienia z dowolnym innym humanoidem. Gdy i tym razem nie doczekał się reakcji wodnika, szturchnął łapę sztucerem. Była przedziwnie sztywna, palce nawet nie drgnęły. Zarzucił strzelbę i wędkę za plecy, odłożył lampę i wyciągając rewolwer prawą ręką, lewą ostrożnie chwycił za łapsko. Po chwili włożył rewolwer do kabury i z mozołem wyciągnął stwora z bagniska. Wodnik był sztywny, a jego ramiona i głowę pokrywały czarne żyłki popękanych naczyń krwionośnych..., wyglądało na to, że po prostu dostał udaru... Pociągnął wodnika do miejsca, gdzie leżał już stwór o wielkim oku, wyprostował się, uspokoił oddech i zamarł. Dopiero w tej chwili spostrzegł, że w lesie i na bagnisku zapadła kompletna, absolutna cisza. Żadna żaba, żaden ptak, nie wydawały z siebie najcichszego choćby dźwięku. Wobec niedawnego koncertu na setki, jeśli nie tysiące głosów, było to bardzo dziwne. Spojrzał na zegarek, minęła już dziewiąta rano i słońce pięknie rozświetliło okolicę. Czekał dłuższą chwilę, cisza... W końcu wzruszył ramionami i skoncentrował się na głównej części wyznaczonego mu zadania. Jako Łowca - Wędkarz Kadry, musiał znaleźć tu sobie żonę, dom i środki wystarczające do dalszej pracy na własny rachunek. Strażnicy Jeziora zostali pokonani. Rozłożył ponownie wędkę, wyjąłem też przypięty do pasa składany, teleskopowy hak z ceramitu - służący podhaczeniu za skrzela i wydobyciu z wody zdobyczy - po czym jął systematycznie obrzucać powierzchnię jeziora posrebrzanym błyszczem. Po dwudziestym rzucie wydało mu się, że nastąpił zaczep o podwodną roślinność, ale gdy tylko przyciął, „zaczep” odpowiedział dynamicznym przygięciem wędziska. Zaczął się regularny hol. Hamulec kołowrotka piszczał, a wysnuwana przez rybę żyłka, wydawała ten jedyny w swoim rodzaju, intensywny szum, niemalże gwizd... Hol trwał długo, krople potu zalewały oczy, lecz przecież nie został członkiem Kadry bez powodu, czarny pas karate, dobre wyniki w sporcie i końskie zdrowie, łączyły się z przekazywaną z dziada pradziada wiedzą o nadwiślańskim wędkarstwie... Hol trwał, acz mimo najszczerszych chęci i starań nie mógł przyciągnąć zdobyczy na odległość mniejszą niż dziesięć metrów. Jednak kilka razy zobaczył już grzbiet przeciwnika, wiedział, że dobrze trafił. Legendarna Złota Ryba walczyła z nim szaleńczo, ale w końcu, walczyła o odmowę Prawa Trzech Życzeń...
Powoli zdobycz straciła siły, zbliżała się, w końcu była tuż tuż. Po ponad godzinnym holu Złota Ryba dała się podciągnąć pod powierzchnię i gdy wciągnęła pyszczkiem powietrze, jak każda ryba, szybko osłabła. Gdy wywindował ją na brzeg z pomocą haka, próbowała jeszcze podciąć mu nogi skrętem umięśnionego ciała, ale przestała natychmiast, gdy tylko odrzucił hak i sięgnął po rewolwer...
- Czego chcesz złoczyńco! - wysyczała ryba, z trudem odklejając wilgotne skrzela, szybko schnące pod działaniem powietrza. 
 - Żądam Prawa Trzech Życzeń!
- Ty żądasz, Ty..., ty morderco! Degeneracie, posłuchaj - nic nie słyszysz? Tak właśnie las milczeniem wynagradza morderców! Widzę, wędkarzu, jesteś młody i naiwny, napompowany adrenaliną i oczekiwaniami, widzę to doskonale, starszy Kadrowicz nie przyszedłby tu zabijać tak łatwo jak Ty, pod wpływem propagandy, pod wpływem pragnienia pieniędzy i żądzy seksualnej. Wasi wiedzą czego macie żądać, byście na lata zapomnieli kim jesteście!
Wędkarz westchnął i wzruszył ramionami, po czym odciągnął kurek rewolweru. - Rybo, przestań chrzanić, spełnisz Prawo Trzech Życzeń, czy mam ci łeb odstrzelić? 
 - Wypowiadaj! 
- Oto pierwsze - chcę wygrać w totolotka, którego los wysłałem wczoraj! 
Po drugie - chcę zawsze mieć szczęście w sprawiedliwej walce! 
Po trzecie i ostatnie - chcę spotkać rusałkę, kobietę piękną wedle wszelkich mych wyobrażeń, taką, która zaspokoi moje żądze, która będzie mi wierna, posłuszna do śmierci!
Widać było, że Ryba myśli intensywnie, jej małe oczka zrobiły się zupełnie wypukłe, a potem, wciąż zezując na rewolwer, odpowiedziała: 
 - Wygrałeś, będziesz miał swoje pieniądze, będziesz miał zawsze szczęście w uczciwej, sprawiedliwej walce. Spotkasz kogo chcesz spotkać już dziś, tutaj, u wylotu dróg leśnych i waszych, możesz już odejść, wypuść mnie!  
- Tego chciałem - powiedział, po czym kopniakiem zrzucił Rybę w głębiny.
U rozstaju dróg, rusałka, dotąd z pnia drzewa przyglądająca się zajściu, nagle znalazła się na ziemi. Zawsze naga, teraz czuła się nierealnie spokojna, cicha i pokorna. Zrozumiała - to było Życzenie Wodnej Pani. Miała okiełznać gniew i agresję czające się w duszy przedstawiciela najbardziej zaborczego gatunku - człowieka. Stała cicho pod pniem, patrząc jak jej wspaniały, intensywnie zielony kolor skóry przechodzi w szaro-siną, miejscami różową barwę ludzkości. Wzdrygnęła się, objęła rękami piersi. Spojrzała w stronę lasu, oto nadchodził jej los...
Po koniecznej dokumentacji miejsc łowów oraz ciał stworów, młody wędkarz poszedł w stronę samochodu. Już dochodząc do rozstaju dróg zauważył rusałkę o jasnej, delikatnej skórze i popielatych włosach. Oto ona, tam stoi, jaka piękna... Wyciągnął do niej ręce, przyszła, przytuliła się, razem poszli do samochodu. Gdy dojeżdżał pod blok była jedenasta, więc zarzucił na rusałkę kurtkę, oddał wzięte przezornie spodnie wyjściowe. Po wejściu do mieszkania pozwolił jej wszystko zdjąć i położyć się w łóżku. Powstrzymując się od tego, by rzucić się na nią od razu, poszedł sprawdzić wyniki totolotka, o tak, trafione! Zamknął oczy..., udało się, ach, żeby ojciec to widział!

*****

Noce i dnie upływają jej spokojnie..., a nawet nieco rozkosznie. Wędkarz nie jest złym panem, stara się, choć przecież nie musi. Pije bez zastrzeżeń jej zioła, powoli zabijające w nim agresję, przytępiające zmysły, ale, ale to przecież nie łamie obowiązku posłuszeństwa, to nic takiego, zwłaszcza, że na razie Robert nie ma żadnych zadań i nad Wisłę chodzi jedynie powalczyć z Utopcami..., upiorami ludzi... Tym, co teraz robi nie szkodzi Wodnym Paniom ani jej własnym siostrom - rusałkom i driadom. 
Mijają dni, tygodnie, miesiące, mija w końcu rocznica ich spotkania. Kadra jednak w końcu wysłała jej pana, jej młodego pogromcę, na bagna pod Opolem. Poszedł z ochotą pewny zwycięstwa obiecanego przez swą pierwszą zdobycz i spotkał przeznaczenie - parę ogromnych strzyg - a że nie walczył uczciwie, nie miał tym razem szczęścia... 
Mimo, iż czuła że zginął, a jej skóra powoli nabierała szorstkości i zmieniała barwę, czekała na niego długo, zwinięta w koc. Potem, gdy w końcu podali w mediach wiadomość o tragicznej śmierci wędkarza nieopodal Opola, już wiedziała. Jej blada skóra szybko traciła brzydki, szaro-różowy kolor. Wyjrzała przez okno, obok domu był park, w którym tak bardzo polubiła przesiadywać. Są i parkowe drzewa, one też potrzebują opieki rusałek, a w stawkach i oczkach, pełnych hodowlanych „złotych” rybek, jest jeszcze miejsce dla potomstwa Wodnych Pań. Czas się zbierać.
Otworzyła okno, wyskoczyła balkonem na pobliskie drzewo, zsunęła się po pniu jak wiewiórka i naga pobiegła do parku. Tyle czekała, oto wszystko zacznie się od nowa. Gdy dotarła do małego oczka wodnego, przed zanurzeniem w zieloną toń, położyła dłoń na brzuchu. Tam, pod przejrzystą, zielonkawą skórą, wiły się już małe, delikatne, złote wstęgi. Co i rusz migały małe łebki młodych Wodnych Pań, płetwy i łuski ich przepięknych ciał, potomstwo, narybek!

Koniec.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz