poniedziałek, 14 listopada 2016

Malarz Cz.1 - nieostatnia...

To opowiadanie miało być częścią dłuższego cyklu, a właściwie jest..., 
ale cykl rozrósł się już niemal w mikro powieść i dlatego postanowiłem 
skończyć ją i spróbować innej formy promocji swoich pomysłów, zwłaszcza, 
że to nie jedyny cykl, który się powoli rozrasta, a i ogólnie mam opowiadań 
około trzykroć więcej, niż dotąd opublikowałem. 
Dlatego na razie na blogu prezentowany będzie jedynie poniższy wstęp
do serii tekstów na temat...

*************************************************************

Naprawdę nie rozumiem, co mnie pchnęło do pisania pamiętnika.
Nigdy nie uważałem się za osobnika wybitnego, wiem też, że kilka..., istot...,
byłoby tej decyzji przeciwnych. 
Zresztą, pewnie i tak nikt mi nie uwierzy.
Lecz czuję niesprecyzowaną potrzebę by opisać moją małą, osobistą przygodę,
która z czasem przerodziła się w coś znacznie poważniejszego... 

Jako dzieciak i młodzieniec nie byłem zdecydowany, co też chcę w życiu robić.
Nie powiem, że nie miałem talentu, czy chęci do malowania i rysowania, lecz trudno
mi moje ówczesne bazgraniny uznać za coś, co realnie wpłynęło na mój ostateczny wybór
drogi życia - nie - tamto, było raczej tylko młodzieńczą zabawą...
Przełom nastąpił gdy byłem już po „szkole dla leśników”, z przeczuciem, że być leśniczym
to to, co chciałbym robić w życiu... Zacząłem nawet praktyki u miejscowego nadleśniczego.

Była bodajże sobota, mroźny jeszcze, marcowy poranek. Szedłem przez las sprawdzić stan 
paśników dla zwierząt, a przy okazji wypłoszyć ewentualnych kłusowników, przejrzeć okolice
w poszukiwaniu wnyków i potrzasków, które leśni przestępcy chętnie rozstawiają tam, gdzie
z pewnością mogą się spodziewać dużych ilości zwierzyny...

Pamiętam stupor w jaki wprawił mnie widok starcia, bez wątpienia ratującego mi życie.
Gdy obchodziłem trzeci paśnik i znalazłem już bodajże piąte wnyki, zaskoczyło mnie dwóch 
kłusowników. Obaj uzbrojeni w kałasznikowy - prawdopodobnie pamiętające czasy zimnej wojny,
nie wyglądali na zachwyconych moją ingerencją. Wycelowali broń, odbezpieczyli zgodnie, a ja już
żegnałem się z życiem. Byli zbyt blisko, a las jeszcze zbyt zimowy, przejrzysty, żebym mógł uskoczyć
w bok, lub próbować ucieczki. Nie próbowałem ich też przekonywać - samo spojrzenie 
na zaciśnięte usta, zdecydowane ruchy, kaprawe ślepia, sino fioletowe nosy, czy wystającą
jednemu z kieszeni butlę denaturatu - przekonały nie, że nic nie poradzę. 
Zacząłem się chyba modlić.
Jednak nie zginąłem. Nie, nie jestem żadnym superbohaterem, nie unikam kul, ani nie zatrzymuję
ich jak Neo z Matrixa, nie stał się też żaden cud, ani przebłysk sumienia kłusowników... 
Po prostu strzały padły w bok gdy tylko ciszę poranka przeszył okropny wizg - gwizd 
przenikający na wskroś, wibrujący i niesamowicie wysoki. Kłusownicy musieli znać ten głos, 
choć mnie był całkiem obcy. Sekundę później dowiedziałem się, jakim - mimo studiów - byłem 
ignorantem...
Na kłusowników wyskoczył - zza niskich choinek z lewej - ogromny stwór. 
W pierwszej chwili myślałem, że to orzeł, ale nie, orły są ze trzy razy mniejsze, a rozpiętość 
skrzydeł chyba z pięć razy, poza tym nie miewają raczej grubo-futrzanych ciał kotów, 
pięciopalczastych iście kocich łap, czy łuskowatego ogona zakończonego czymś, 
co do złudzenia przypominało kolec jadowy skorpiona...
Stwór rzucił się na kłusowników ignorując ich uzbrojenie, jednym tylko machnięciem skrzydeł, 
szybko, długim, tygrysim skokiem dopadł pierwszego, szarpnął przednią łapą aż krew
ochlapała wszystko wokół, potem pochylił dziób i zmiażdżył mu szyję.
Drugi kłusownik próbował odskoczyć w bok i wycelować, ale nie zdążył!
Gryf - w końcu mój mózg zaskoczył - rzucił pierwszym kłusownikiem w drugiego,
przysiadł na nich i uderzył ogonem prosto w oczodół tego pod spodem.
Chciałem odwrócić wzrok, ale nie mogłem...
Gdy kolec z ogona gryfa wzniósł się znów do góry, spojrzał w końcu na mnie.
Zadrżałem.
Lecz nie zaatakował. Przeciągnął po mnie wzrokiem, po czym odwrócił się z godnością
typową tylko dla kotów... i odszedł. 
Chciał mi chyba pokazać, że nie dla mnie było to widowisko, ot, przypadkiem udało się 
przeżyć. Gdy już poczułem, że mogę się ruszać, tuż za mną strzeliła gałązka złamana czyjąś stopą.
Dziś myślę - umyślnie - bowiem istota, która wyszła wówczas zza moich pleców stąpała ze zbyt 
dużą gracją by popełnić taki błąd. Rusałka, driada? - myślałem intensywnie bojąc się choć 
poruszyć - pamiętałem o obecności gryfa... 
Driada ( wiem to dziś, mądrzejszy o wiele doświadczeń ), podeszła do zabitych, przyjrzała się, 
potem odwróciła do mnie. Mimo strachu i mrozu czułem, że się zaczerwieniłem na twarzy - istota, 
choć wydawała się pokryta jakby kożuszkiem delikatnej, cieniutkiej sierści w barwie 
szaro-zielonkawej, była poza tym zupełnie naga. Niska, może z metr pięćdziesiąt wzrostu, 
proporcjami przypominała młodą, może 20-to letnią kobietę... Była piękna, bez dwóch zdań,
nie spotkałem dotąd tak ślicznej dziewczyny. Jej włosy równie delikatne jak sierść, miały barwę
trudnej do opisania - oliwkowej zieleni z nutą szarości. Oczy zaś miała bursztynowe, nie brązowe, 
ale właśnie jak jasny, złocisty bursztyn.
Podeszła do mnie z gracją, zupełnie bezgłośnie stąpając po ściółce. Stanęła na wyciągnięcie ręki, 
obejrzała mnie dokładnie, uśmiechnęła się, i odeszła, skąd przyszła.
Długo jeszcze stałem tam, marznąc, nie śmiejąc się odwrócić, aż do chwili gdy poczułem, że nie 
wytrzymam i chyba zaraz zamarznę. Odwróciłem się, rozejrzałem po lesie, przeszedłem po 
okolicy, ale nigdzie nie zauważyłem niczego dziwnego. 
W końcu usłyszałem kroki kilku ludzi, a nauczony doświadczeniem natychmiast ukryłem się w młode choinki, zza których poprzednio wyskoczył gryf. Tym razem byli to jednak - zdyszany i blady 
nadleśniczy i dwóch pracowników pobliskiego tartaku - on miał w ręku pistolet, oni siekiery. 
Zobaczyli zabitych kłusowników, nadleśniczy niemal zemdlał... Podeszli szybko, odwrócili
pierwszego, zobaczyli ciało pod spodem i miałem wrażenie, że wszyscy odetchnęli z ulgą. 
Wtedy dopiero wyszedłem zza choinek robiąc to na tyle głośno by nie było żadnych nerwowych
reakcji z ich strony... Głęboka ulga malująca się na twarzy szefa podziałała na mnie tak, że w końcu 
dotarło do mnie wszystko i... to ja zemdlałem.

Niemal dobę później oprzytomniałem w pobliskim szpitalu.
Nie było przy mnie nikogo... i dobrze.
Zanim przyszedł lekarz z policjantem - zdążyłem sobie wszystko dobrze przemyśleć. 
Nawet nie próbowałem im tłumaczyć - co naprawdę zaszło w lesie - zasłoniłem się szokiem, 
amnezją. Lekarz patrzył z powątpiewaniem ale nie naciskał, policjant zaś chyba czuł ulgę,
że nie musi zadawać zbyt wielu pytań. Poszli sobie, a ja zasnąłem.

Po wyjściu ze szpitala wiedziałem tylko jedno - chciałem namalować driadę - istotę, którą spotkałem
w lesie. Najpierw myślałem - co prawda - by kupić aparat i poszukać tych istot osobiście, lecz 
zapał mój ostudziło wspomnienie gryfa... Zamiast tego, zaraz po rezygnacji z praktyk 
w nadleśnictwie, pojechałem do miasta wojewódzkiego i zapisałem się na kurs malarski, wybrany
pod kątem licznych zajęć z ludzkiej anatomii... Na studia malarskie nie miałem ochoty, czułem,
że nie są mi potrzebne bo nie będę malował tematów tradycyjnych... Nie myślałem jeszcze wówczas
jak będę zarabiał, w tamtej chwili miałem kasy dość, plus spadek po babci - i kasę sporą i dom 
na wsi, pod lasem, blisko sporego jeziora, w tej chwili wynajmowany, ale już niedługo...

Koniec cz.1.



czwartek, 3 listopada 2016

Dom z ogrodem II

Tak, to oznacza rezygnację z cyklu o zombiakach, pewnie jeszcze do niego wrócę,
ale nie wiem czy na blogu. Zbyt łatwo było mi pisać - względem wcale nie lekkiego
 przecież tematu - z czasem mógłby się w ten cykl wkraść banał, chyba najgorsze,
co się może zdarzyć... 

Zatem tym razem wracam do groteski zmieszanej z czarnym humorem i...
czymś jeszcze...

Dom z ogrodem.


Na przedmieściach jednego z miast wojewódzkich, nieważne jakiego, na skraju osiedla,
przycupnięty pod starym sosnowym lasem, stoi sobie spory dom z ogrodem.
Spadzisty dach pokryty omszałą nieco czerwoną dachówką, miodowo szare ściany.
W oknach stare drewniane ramy i szyby, acz szyby błyszczą w słońcu, jakby dopiero
co umyte. Piękny przykład przedwojennej architektury, jedyny w okolicy tak stary dom,
a jednak wciąż przyzwoicie utrzymany - zwłaszcza, gdyby ktoś mógł zajrzeć za bujny
i wysoki żywopłot i obejrzeć wypielęgnowany ogród. 

Wprawdzie, nie polecałbym nikomu rozkopywać grządek, ale o tym później...

Zazwyczaj w południe i wieczorem z domu wychodzą czterej podstarzali panowie,
zasiadają w fotelach, grzeją się w słońcu, lub - w dni słotne - grają w karty pod altanką,
zimą zaś, lub w szczególnie chłodne dni, osobliwie, przynajmniej czterokrotnie
obchodzą ogród tuż pod żywopłotem. Dwie mieszkanki domu, posiwiałe starsze panie,
czasem tylko ujrzeć można, gdy przyglądają się światu z okien na piętrze.
Raczej nie wychodzą. Dopiero po zmroku pokazują się młodsi mieszkańcy, gdyby uważnie
obserwować cały teren, zauważyć można czterech eleganckich chłopaków w wieku na oko
lat 20, oraz dwie młodziutkie, wesołe panienki, razem, a tak, sześcioro. Co robią nocami
w altance, pisać nie będę, bo nie moja to sprawa, ani wasza, bez urazy, szanowni panowie
i szanowne panie, po prostu mi nie wypada...
Ale nikt postronny raczej tam nie zagląda, sąsiedzi wkładają korki w uszy i śpią smacznie.., 
lub słuchają i marzą, choć wiadomo, że młodym nie należy przeszkadzać, bo muszą
się wyszumieć. Choć, trzeba zaznaczyć, starsi mieszkańcy osiedla patrzą na to nieco inaczej.
Ci młodzi bowiem nigdy nie przekraczają granicy posesji, a poza tym, ile lat można mieć 20 lat? 
Bo chyba nie 20, 30, 40..., bez ustanku, bez końca, w ciąż tak samo wyglądać i mieć tyle
samo sił w nocnych sprawnościach? Tymczasem nocny rytuał w ogrodzie trwa zawsze,
może poza porą śniegów - w każdym razie - odkąd w latach 50 XX wieku powstało to osiedle. 
Lecz większość sąsiadów nie wnika w sprawy innych, mają swoje życie i problemy, poza tym... 
Miejskie legendy powstają łatwo, wystarczą dwie wścibskie rodziny, utrudniające życie
komu popadnie, które wkrótce po tym, gdy próbowały utrudnić je mieszkańcom starego domu,
cóż, znikali bez śladu...
Oczywiście osiedlowi intelektualiści i sceptycy sądzą, że po prostu się wyprowadzili, pewnie 
do centrum, do nowoczesnych blokowisk, gdzie o plotki i uprzykrzanie życia sąsiadom jest
o wiele łatwiej... Lecz są i ludzie obdarzeni sporą dozą wyobraźni, i ci nie kuszą losu
w miejscowym hipermarkecie zanotowano znaczący wzrost sprzedaży zatyczek do uszu,
zwłaszcza w porze letniej... 

Zazwyczaj z terenu posesji wychodzą tylko starsi panowie, tylko w dzień, po zakupy. 
Ta prosta czynność nieco oswaja mieszkańców dziwnego domu z okolicą. Są mili, nie milczą,
kłaniają się sąsiadom, wypytują nawet o życie, grzeczni, taktowni, widać po nich ludzi
starej daty. Jakiż to kontrast z młodzieżą, szalejącą po nocy. Zakupy robią proste, codzienne,
nic ekstrawaganckiego. 

Zanim przejdę do clou, warto zaznaczyć, że jest to najbezpieczniejsze osiedle w całym mieście,
a kto wie, czy i nie w kraju. Nie ma włamań, ani kradzieży, nie szwendają się po nocy grupki
rozwydrzonej młodzieży...

16.04.2016, dom z ogrodem, przedmieścia dużego miasta, nieważne którego...
godzina 00:05. 

Przez pogrążone w sennej ciszy osiedle przejeżdża po cichu miniwan, spory - czarny lakier
błyszczy czystością w świetle pojedynczych, z rzadka poustawianych ulicznych latarni. 
Samochód podjeżdża do starego domu, a potem, zwalniając jeszcze kawałek, wgłąb lasu...
Światła gasną po chwili - nie wiadomo - wjechał głębiej w las, czy też je zgasił po prostu.
Wkrótce okazuje się, że to drugie - z lasu wychodzi grupa pięciu barczystych, niewysokich
mężczyzn. Odziani szczelnie na czarno, pierwszy ma w rękach spory sekator, innym
u kabur pobłyskują pistolety, zza pasa wystają rękojeści noży...
Raczej trudno uznać ich za spóźnionych gości, lub zabłąkaną młodzież pragnącą spytać
o drogę... Nie, to znana w kraju i od lat bezskutecznie ścigana grupa ludzi od wszelkiej,
w tym mokrej roboty, i właśnie dopiero co dostali zlecenie - trzeba "odwiedzić" najstarszy
dom w okolicy, "grzecznie" zapytać o fundusze na dalszą działalność i dla zleceniodawcy,
oraz w miarę możliwości "pozbyć się" mieszkańców. Już za dnia, przechodząc niby spacerkiem,
jeden z rzezimieszków wypytał w okolicy o dom i mieszkańców, wiedzieli zatem, że to tylko
 sześcioro starszych ludzi - błahostka - dla ich zgranej ekipy... 

Podchodzą po cichu do żywopłotu, pierwszy sprawnie wycina w nim dziurę, po kolei
wchodzą na posesję. Gęsiego podchodzą do drzwi, starannie rozglądając się na boki.
Wyłamują zamek, przekraczają próg, znikają we wnętrzu.

Przez jakieś 10 minut nic nie słychać. Potem coś szura, trzeszczy, słychać szybkie kroki,
jakiś cichy jęk, potem przerywany w pół okropny krzyk, charczenie...
Dla odmiany słychać teraz dziwne mlaskanie i siorbanie, przeciąganie ciężkich obiektów
po podłodze drewnianej... Następnie, przez dwie, może trzy minuty coś świszczy
złowieszczo i stuka, wypisz wymaluj, jak w rzeźni, gdy tasaki oddzielają połcie mięsa od kości... 

W starym domu nie zapaliło się dotąd żadne światło, nikt nie wychodzi przez uchylone wciąż
drzwi, nic nie słychać. Mija kwadrans w absolutnej ciszy. Potem z domu wychodzi dwójka
młodzieńców, szybko zbiegają po schodkach, pędem doskakują do żywopłotu, przechodzą
przez dziurę i biegną w stronę samochodu ukrytego w lesie. Słychać odpalany silnik, potem
samochód wjeżdża głębiej w las...
Mniej więcej dziesięć minut później - z lasu wychodzi dwóch posiwiałych starszych panów, 
wypisz wymaluj codzienni mieszkańcy domu... Zasapani, możliwie szybko przekraczają dziurę 
w żywopłocie, po czym maskują ją od wewnątrz... Od płotu odrywają się już jednak dwaj
młodzieńcy i sprawnie podchodzą do domu.
Grozę sytuacji niech podkreśli fakt, że zarówno widziani dotąd młodzieńcy, jak i staruszkowie,
przez cały czas byli nadzy... 
Stając w świetle księżyca słyszą płynące z głębi domu, przeciągłe, dziwne zawołanie, wchodzą
by po chwili wyjść gęsiego - już w sześcioro.
Kobiety niosą latarki i łopaty, panowie ciągną za sobą kilka wypchanych dziwnie, wielkich,
czarnych worków.rozkopują grządki jeszcze nie obsiane, wrzucają do dołów mokrą dziwnie
mieszaninę kości i mięsa, zakopują je i formują śliczne dołki, do których jedna z kobiet wsypuje
nasiona dyni, cukinii i kabaczków. Podczas wszystkich tych czynności cała szóstka jest naga,
ale cóż, co kraj to obyczaj, nie ma sensu wnikać w nieistotne szczegóły...
Po wykonaniu zadania, w świetle latarek oglądają rozkopaną ziemię, wkrótce jeden z panów
zauważa kawałek piszczeli, drugi fragment czaszki, na oko, należących do osobników gatunku
homo sapiens, kości zakopują pod żywopłotem, po czym, jak przyszli - gęsiego i po cichu
udają się do domu...

Tuż przed progiem, ostatnia w rzędzie, niewysoka dziewczyna obraca twarz ku tarczy księżyca, 
gdyby ktoś mógł teraz zajrzeć w to oblicze...

Czarne oczy bez białek, tęczówek i źrenic, duże jak w japońskich kreskówkach, elfia twarz,
blada, napięta, wokół ust - karminowo czerwonych i ponętnie grubych - ciężko osiadło kilka
gęstych, prawie czarnych już kropel krwi...
Kobieta odwraca się i przekracza próg, drzwi zamykają się za nią, cisza. 

Ogród tego lata zakwitnie wspaniale, zwłaszcza, że to nie ostatnia partia nawozu, którą
mieszkańcy domu użyźnią czarną, pulchną wciąż glebę..., nie ostatnia, nie pierwsza,
nie tysięczna jeszcze, ale niewiele brakuje...

Tak to bywa, w najbezpieczniejszym osiedlu w kraju...