czwartek, 20 października 2016

Zombiaki po polsku - Epizod III



Epizod 3

Wynalazca II - Dziwne dni...”

Obudziłem się w środku dnia - słońce stało w zenicie, w zamkniętym szczenie pokoju było nieznośnie duszno. Wstałem i otworzyłem okna, ale nie przyniosło mi to ukojenia, wręcz odwrotnie... Zapach powietrza był przerażający - mieszanina spalenizny i zgnilizny, tylko raz czułem coś tak okropnego - gdy byłem u rodziny na wsi, obok fermy lisów, a właściwie miejsca, gdzie „utylizowano” szczątki wcześniej oskórowanych zwierząt. Łzy zakręciły się pod powiekami, nos zaprotestował, i gardło...
- Duszno - kha, khhe, khhe, akha kha... - oczy szczypią, dziwnie zimno, wieje, ale i tak śmierdzi...
Dopiero po chwili mózg się przyzwyczaja, znam to, czytałem o tym, ale to, że mniej czuję wcale mi nie pomaga, bo w końcu kojarzę zapach z wczorajszymi rewelacjami z mediów, z wybuchami...
- O kurde, to pewnie spaleni sztywni - gadam na głos, jak Piotrek...
Przymykam okno, zapalam TV, kanałów o połowę ubyło od wczorajszego dnia... Na dodatek większość pokazuje stare filmy, tu komedie, tak akcję, tu SF..., jest nawet kanał z horrorami. Tylko trzy stacje nadają normalnie - TVP1, BBC, oraz główna stacja pro rządowa w Rosji... Nie jest dobrze. Cop ja gadam, mamy przesrane. Zombiaki krążą po ulicach w zatrważających ilościach, ludzie siedzą zamknięci gdzie się da, ale rozpacz zbiera żniwo - zawały, wylewy - u ludzi, których nie ma kto ratować, głód sprawił, że gdzieniegdzie ludzie próbowali wyjść, ponoć nigdzie nie dali rady, albo zombiaki wdzierały się do środka, albo grupki odważnych nie wróciły... Do tego samobójstwa, gdzie się dało, najbardziej wrażliwi szli na najwyższe piętra i... Rosyjska stacja podawała wprawdzie, że wojsko radzi sobie i powoli zdobywa co większe miasta, a wkrótce ogłosi się wolne strefy, ale jakoś nie widziałem przekonania i radości na twarzy dziennikarza, podejrzewałem zatem, że prędzej rząd siedzi w bunkrze przeciwatomowym, a redakcja TV jest otoczona tłumami sztywnych... BBC odwrotnie, pokazywali jak jest do bólu, bez cenzury. Walki niemal ustały, wysłane oddziały wojskowe albo same były w oblężeniu, albo nie dawały znaku życia, za to wśród zombiaków dało się zauważyć więcej mundurowych... Trochę się temu dziwiłem, w końcu były te wszystkie karabiny maszynowe, śmigłowce szturmowe..., bomby kasetonowe, czemu nie skorzystano z nich? Co się do cholery stało, że uziemiono większą część sił zbrojnych? Nawet jeśli media coś wiedziały, wolały epatować koszmarem... To tym bardziej niepokoiło, ale cóż poradzić, skoro nie pokazano dotąd żadnej bazy wojskowej? Eksperci, wczoraj będący jeszcze „ekspertami”..., dawali z siebie wszystko. Radzili co i jak, wymyślali niedorzeczne sposoby obrony, lub zalecali czekać na ratunek, choć wciąż nie było żadnych informacji, co by to mogło być... Ale zbadano w miarę możliwości i czasu czynnik chorobotwórczy, tu mieliśmy prawdziwą bombę..., to nie były, jak wcześniej sądzono, żadne bakterie, ale mikro-boty, sztuczne twory, których centrum zarządzania miało sztuczny charakter, przypominając raczej nano-układ scalony, zbudowany z atomów i cząsteczek organicznych... Najwyższa szkoła jazdy, jak wyjaśnił jeden z czołowych amerykańskich biocybernetyków. Oni ( Amerykanie ) dopiero zaczęli próby nad tego typu maszynami, poziom, o którym mowa uważali jeszcze za znany jedynie z powieści SF... Zastanowiłem się - skoro czołowi naukowcy świata uważali ten czynnik za niemożliwy do wytworzenia na dzień dzisiejszy, to kto do cholery to stworzył? Jakiś pierdzielony szalony geniusz? A może obcy, ludzie z przyszłości? Co by nie powiedzieć, powiało grozą, bo skoro to sztuczny twór, prawdopodobnie nie znajdą na niego lekarstwa..., w każdym razie nie szybko. Po prostu trzeba unikać zarażenia..., po prostu...
No nic - pomyślałem - czas wyjść na pierwszy rekonesans - wyłączyłem TV i poszedłem do moich zabawek, całe szczęście, że je uprzednio tak dobrze przygotowałem... Najpierw jednak, tknięty przeczuciem poszedłem do kuchni - woda jeszcze była, choć tylko zimna..., lodówka? No tak, nie ma prądu, sprawdziłem jeszcze światło, to samo. Ale mam generator, mam świece, co mi tam. Z drugiej strony, wiem już czego nie powinienem brać ze sklepu, o ile tylko do niego dotrę... Uświadomiłem sobie jeszcze, że w mediach naszych ani innych nie było nic o nalotach, a przecież sobie tego nie wymyśliłem..., co się dzieje, do cholery... Jednak nie miałem ochoty kolejnego dnia spędzać na oglądaniu TV. Czasem cieszyłem się, jak teraz, że mieszkam sam... Zamykam lodówkę wyjmując z niej jeszcze chłodną zgrzewkę piwa i wracam do pracowni... Wiem, zapewne jestem w szoku, ten kompletny obłęd powinien mnie zaboleć bardziej, ale nie boli, może nie teraz, a może w końcu dotarło do mnie, że dawne życie się skończyło? Poczekamy, zobaczymy... Wyszukałem pojemny i wygodny plecak, torbę na łuk i pochwę, zdolną pomieścić kilka „gadżetów” do obrony... Przebrałem się w pancerz własnej produkcji, założyłem hełm, do plecaka włożyłem kolka bajerów, w tym kupiony ledwie rok temu noktowizor, do kołczanu zapakowałem zapasowe bełty i strzały..., złożony łuk. Do pochwy zapakowałem składaną dzidę i jeden z mieczy..., do ręki wziąłem tylko sportową kuszę. To powinno wystarczyć. Choć nic nie słyszę, choć mało prawdopodobne jest spotkanie żołnierzy, nie mogę tego wykluczyć. A że zombiaki są ślepe, jaskrawy strój mi nie zaszkodzi - teraz nie uważam za głupotę, wczorajszej decyzji o pokryciu pancerza i tyłu hełmu farbą w sprayu - na żółto i na fluorescencyjną zieleń... Do plecaka wkładam jeszcze nieco wody i parę gotowych kanapek, może nie są najzdrowsze, ale jakoś mało mnie to obchodzi...
Czas iść.
Ostrożnie i cicho otwieram drzwi wejściowe.
Na moim poziomie nikogo, na korytarzu cisza, wsłuchuję się w nią kilka minut..., potem zamykam drzwi, i idę po cichutku w dół... Cisza, pusto, sprawdzam kolejne drzwi na mijanych piętrach, zamknięte - albo ludzi nie było w doku, albo są ale się boją, albo też nie wiedzą już, jak je otworzyć... Na zewnątrz też cisza, dziwna, nawet ptaki nie kwilą, jak by wszystkie uciekły z miasta... Dosłownie głucha cisza, co mnie przeraża bardziej, niż wszystko co dotąd widziałem w mediach - raz, bo jest środek wiosennego dnia, dwa, bo zombiaki ponoć świetnie słyszą... Ciekawe, czy to wynik programu tych mikro-botów, czy jakaś aberracja ewolucji? Postanawiam najpierw pójść na rynek, muszę zobaczyć czego dotyczył nalot...
Idę..., to ledwie dwie przecznice, dobrze znam rozkład ulic, wiem przez które podwórko teoretycznie da się przedrzeć do mnie... Słabe pocieszenie, ale zawsze...
Idę - powoli, po cichu, rozglądając się wokół, w miarę możliwości środkiem drogi..., w survivalu jedną z rzeczy, które poznajesz, to że lepiej zwracać uwagę na ewentualne pułapki - a tak postrzegałem teraz zaułki i wyloty bram domów... W końcu, zestresowany, dochodzę do rynku i przez chwilę nie wiem, na co patrzę. Opuszczam rękę z kuszą, rozdziawiam usta... Dopiero teraz widzę do czego strzelał pilot..., wokół leży masa szczątków... To musiał być prawdziwy tłum... Zapewne wielu z tych ludzi znałem, zanim zamienili się e te..., o tym też muszę pamiętać, jeśli zobaczę np. kroczącego sztywno Piotrka, albo Kasię, to niestety, ale muszę im strzelić w łeb... Wzdragam się, dreszcz przebiega po ciele, ale zmuszam się do podniesienia kuszy i obejścia rynku dookoła...
Idę.
Powoli, po cichu, między gruzami, w świecie spowitym ni to mgłą, ni to kurzawą z pyłu, przestępując szczątki... Idę. Dopiero po około pięciu minutach, stwierdzam, że doszedłem już do wylotu ulicy, którą tu dotarłem... Ciągle niczego nie słyszę, żadnego zombiaka, żadnych krzyków, nic. Był taki film, „Jestem legendą” chyba, gość był sam i walczył z potworami..., ale miał przynajmniej psa, poza tym był chyba lekarzem, badał potwory..., ja tam o żadnego nie będę się zbliżał, zresztą po co, co może zbadać grafik-wynalazca? Gówno. No, i tego muszę się trzymać.
Wracam do domu..., ale nie zaszedłem daleko, ledwie przecznicę dalej usłyszałem jakieś charczenie i szuranie... Nie myśląc wiele chowam się w sieni najbliższego domu, oczywiście sprawdziwszy, czy tam..., ale jest pusto. Na wszelki wypadek wchodzę piętro wyżej..., potem znów, sprawdzam drzwi, zamknięte, nikogo. Schodzę na półpiętro i patrzę w dół.
- Kurwa - szepczę z przejęciem - sztywni... - nieruchomieję.
Szlo ich ulicą z sześciu, sześcioro, właściwe. Dwie kobiety i czterech facetów, raczej podstarzali, szli powoli w kierunku rynku, zapewne przyciągnął ich zapach... Gdy przeszli tak, że straciłem ich z oczu, poczekawszy jeszcze minutę, wychodzę. Na progu rozglądam się ostrożnie, już ich nie widać, musieli wejść za róg, albo doszli do rynku... i gdzieś zboczyli... Nic nie słyszę, ale idę teraz znacznie ostrożniej... Do domu dochodzę zlany zimnym potem, słaby..., czuję, że muszę się napić. Rozbieram się, przebieram w suche ubranie, bo przeziębienie nie byłoby najlepszym pomysłem..., potem robię sobie kilka drinków - dwa wypijam duszkiem, trzeci biorę do łóżka, na dziś mam dość..., nawet nie wiem, kiedy zasypiam i już, cisza.

Tym razem obudziłem się w nocy, no, nad ranem, przez chwilę nie wiem gdzie jestem, mam wrażenie, że muszę iść do pracy, dopiero po minucie dociera do mnie, że nie, już nie muszę...
Wstaję z ociąganiem, dopijam drink, robię sobie kolejny, muszę uważać wiem, że alkohol otępia, ale trochę po prostu potrzebuję... Wczorajsze „spotkanie” z zombiakami uświadamia mi, że żaden ze mnie bohater, że nie będzie łatwego celowania, że... Sześciu sztywnych, gdybym ich spotkał bez ostrzeżenia, blisko..., nie wiem czy byłbym w stanie zareagować właściwe. Podchodzę do okna, tak, widzę dwóch, idą zataczając się, na pewno sztywni, bo jeden nie ma ręki... Odruchowo cofam się o krok od okna, mimo że rozsądek podpowiada, że mnie nie widzą..., że w ogóle nie widzą. A jednak nie mogę przezwyciężyć odruchu. Oj, zabawy w żołnierzy jednak nie przygotowały mnie do sytuacji, tak jak sądziłem. Oj nie. Idę coś zjeść... zupka z puszki, chrupiący chlebek orkiszowy, jogurt owocowy i szklanka soku. Tak, było mi to potrzebne. Jeszcze rozpuszczalna witamina c i do roboty... Ubieram się, ale tym razem rozkładam zawczasu dzidę, a odkładam kuszę. Biorę za to kupiony kiedyś ( na czarnym rynku ) ak-47, plus dwa magazynki. Mam jeszcze cztery w zapasie. Lepiej narobić hałasu i musieć szybko spieprzać po rozwaleniu kilku sztywnych, niż narażać się na zbędne niebezpieczeństwo..., poza tym broń palna pozwala strzelać także szybko się wycofując...
Wychodzę swobodniej, w końcu zamknąłem drzwi wejściowe, a zombiaki nie były ponoć na tyle inteligentne, żeby radzić sobie z zamkami... Tak, na razie cisza i spokój. Wychodzę na zewnątrz, nadal cisza, nikogo w pobliżu, tamtych dwóch musiało pójść gdzieś dalej i bardzo dobrze, nie maiłem najmniejszej ochoty ich spotykać... Tym razem idę do sklepu. To tylko jakieś 300 metrów.
Gdy zbliżyłem się już do pobliskiego sklepu, widzę jak wygląda całe osiedle. Cisza, nikogo, tu i tam coś się pali, tu i tam stoją jakieś rozbite, jak i całe samochody. Nie mam prawka, ale może jednak będzie trzeba spróbować..., chyba, że spotkam kogoś, kto potrafi... Na razie nie zaprzątam sobie tym głowy. Najważniejsze, że wciąż nie widzę żadnego zombiaka... Wchodzę do sklepu z ręką na kolbie kałacha... Niepotrzebnie, nikogo. No to zamykam drzwi, klamkę wzmacniam podstawiając pod nią dzidę, z kałachem obchodzę sklep i zaplecze. Pusto. No to do roboty, odkładam broń, plecak otwieram... Znajduję całkiem sporo produktów, przede wszystkim wodę i soki, trochę słodyczy, płatków, długoterminowych wędlin i itp. Zabieram ile mogę i wracam. Jutro będzie trzeba zrobić dłuższy spacer, ale teraz..., teraz rozlokuję zapasy, zamknę się na 4 spusty i posłucham, co tam w eterze..., może sieć działa..., informacje to w tej chwili bardzo ważna sprawa...
Jednak nie uda mi się wejść do domu bezproblemowo. Tuż pod klatką stoi sztywniak, a właściwie sztywniaczka... Musiała być piękna, ale..., nie daję się zwieść jak ludzie w filmach, przekładam kałacha na plecy, bo głupotą byłoby robić raban tuż koło swojego domu... Zatem, pierwsze koty za płoty. Drżącą mimo tych myśli ręką sięgam do kołczana, wyjmuję łuk, rozkładam możliwe najciszej, wyjmuję strzałę - wszystko powoli metodycznie, bo nie powinienem chybić... Naciągam cięciwę, zwalniam ją na wydechu, jak na szkoleniu. Strzała mknie, ale mnie się wydaje, że czas zwolnił, że widzę jej lot. Trafiłem. Sztywniaczka osuwa się na ścianę i pada bezwładnie. Strzała wystaje jej ze skroni, trafienie na piątkę... Ja jednak drżę cały i nie mam siły się cieszyć. Po pierwsze, to był, kiedyś to był człowiek, piękna młoda kobietka, po drugie boję się, że hałas, choć znikomy, jednak mógł zwrócić uwagę innych. Powoli składam łuk, rozglądam się co i rusz, biorę w rękę dzidę i idę ku klatce schodowej. Nagle staję jak wryty, za drzwiami widzę twarz. Odruchowo sięgam do kałacha, ale kobieta macha do mnie, widzę strach w oczach. Zombiaki nie czują, nie reagują strachem... Przekładam broń za plecy, i widzę ulgę w obliczu za drzwiami... i dopiero teraz rozpoznaję tę twarz, to Kasia! Koleżanka z pracy...

C.D.N.

Zombi po polsku - epizod II


Epizod II

"Wynalazca I"

Obudziłem się koło 10, chwilę przestraszony że tak późno..., szybko uświadomiłem sobie, że przecież sobota, mogę spać ile chcę... Dziwnie byłem rześki, biorąc pod uwagę, że cały poprzedni dzień i noc popijałem jakieś alkohole. Co innego Piotrek, ten się spił w trzy dupy. Niby dwa lata już opowiada, jaki to teraz jest szczęśliwy, jak mu dobrze samemu..., choć było widać, że tęskni za swoją byłą..., prędzej czy później wpadnie w alkoholizm..., a pić nie umie, głąb jeden, szkoda by było - był dla mnie niemal jak młodszy brat. Razem w firmie od dekady, wiele wieczorów przegadanych, nie byliśmy może przyjaciółmi, ale... Ale korzystał - podpowiedziałem mu nawet jakie wybrać mieszkanie żeby było w miarę bezpiecznie - sam też mieszkałem na 4 piętrze w bloku, też miałem drzwi - „antywłamaniówki”, a choć nie było mnie stać na drugie mieszkanie obok, sprawa rozwiązała się niejako sama, od lat lokal stał pusty... Ja z kolei byłem zadeklarowanym singlem, bez bliskiej rodziny, bez pseudo przyjaciół, bez kobity, byłem samowystarczalny i mogłem robić to co chciałem, tak jak chciałem..., a pracę po prostu lubiłem - idealny układ, jak dla mnie. Wstałem i poszedłem zrobić sobie herbatę - zawsze piłem czarną, mocną, bez zbędnych dodatków. Po herbacie i śniadanku włączyłem radio, trzeba posłuchać co tam panie w polityce... Mniej więcej po 10 minutach zdobyłem się na wyłączenie radia i podszedłem do okna. Nic, nikogo, cicho jak na sobotę, ale... Wróciłem do kuchni, wyłączyłem radio, potem podreptałem do salonu i włączyłem TV. Lecąc po kanałach szybko odkryłem, że mam tylko z 20 informacyjnych, reszta nie działa. Wczoraj, szczerze to nie oglądałem więc teraz trudno było mi ocenić, odkąd świat zaczął się przewracać... Pomyślałem, że przynajmniej w jednym miałem szczęście - mieszkałem blisko knajpy, więc nie łaziłem po nocy, ale Piotrek... Zresztą, jeśli tylko przeżył, na razie jest bezpieczny, ale zadzwonię..., nie kurde, nie zadzwonię, sygnału brak. Wziąłem komcię, ale też brak zasięgu, akurat, tu go nigdy nie brakowało, znaczy się, już zablokowali... No nic, wyślę mu maila, jeśli prąd będzie...
Zombi..., o kurde, a sądziłem dotąd, że to tylko bajki dla dzieci, owszem, liczyłem się z zielonymi ludzikami zza wschodniej granicy, albo nawet z takimi z innego świata, może z kataklizmem, jakimś super wulkanem, rozbłyskiem na słońcu, który może załatwić elektronikę i spowodować wywrócenie się cywilizacji na lewą stronę..., może światowy terroryzm, ale żeby takie coś? Matko z córką, co za popierdzielona sytuacja... Oglądając TV nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że to jakiś chory żart - od razu zwróciło moją uwagę, że zombiaki pojawiły się jakby nagle, z 17 na 18 kwietnia, w dużej ilości, na dodatek głównie w dużych i średnich miastach, zawsze blisko centrum... Oczywiście infekcja mogła trwać kilka dni rozwijając się w postępie kwadratowym, a biorąc pod uwagę jak szybko zagryzieni stawali się potworami... Ale to i tak pozostawało dziwne - że tylko w dużych skupiskach i to na całym świecie..., nie wyglądało mi to, na działanie natury... Przebieg walk z sztywniakami był całkiem podobny jak na filmach, choć znacznie więcej ludzi ukryło się wszędzie, gdzie to było możliwe, znacznie mniej z nich wniosło też zarazę do wnętrz..., zresztą, w dobie mediów społecznościowych w ciągu dwóch godzin ludzie zorientowali się, że pogryzionych lub umierających z niewiadomych przyczyn trzeba jak najszybciej izolować, lub po prostu..., uśmiercać - niszcząc ośrodkowy układ nerwowy... Tacy już nie wstawali. Co ciekawe, w Polsce, w Rosji i chyba w Niemczech, pojawili się obrońcy używający średniowiecznych rodzajów uzbrojenia, albo strzelb wojskowych z bagnetami, ba, gdzieniegdzie do boju skierowano wojsko..., ale... mimo wszystko, wieczorem niemal wszyscy nie zamknięci w bezpiecznych miejscach, byli albo ostatecznie martwi, albo łazili sztywno i szukali zdrowych... Ależ tempo - pomyślałem - tak, jak by to była zaplanowana akcja, jacyś bioterroryzm, a może obcy, cholera wie, ale nie opuszczała mnie myśl, że to jednak nie był zbieg okoliczności... Poczułem, że muszę się napić. Nie lubię pić sam w domu, ale..., poszedłem do kuchni i przyrządziłem sobie drinka - 1/3 soku z pomarańczy 1/3 coli i 1/3 czystej wódeczki...Głodu jakoś nie czułem..., zjem sobie później, może śniadanie dopiero, o ile oczywiście pożyję odpowiednio długo - pomyślałem - uświadamiając sobie z całą zgrozą wszystko, czego tak real byłem świadkiem... I co nas czeka? Albo wojsko i ludzie opanują sytuację, na co raczej nie wyglądało, albo mamy właśnie szybciutki upadek cywilizacji, upadek wszelkich norm..., zatem nie tylko zombiaków będzie się trzeba obawiać... Co do tego ostatniego nie miałem najmniejszych wątpliwości - tyle lat w survivalu - nie, nie ma tak dobrze, i nie będzie... Zresztą, jeśli za plagę odpowiadają jacyś terroryści... Znów włączyłem TV - ale ledwie pół godziny przekonało mnie, że wiele się nie zmieniło, choć gdzieniegdzie zaczęto konkretne walki - armia - a zombiaki, gdzieniegdzie nawet udawało się zdobyć jakieś przyczółki, jednak w innych miejscach szły ulicami takie tłumy martwych, że... Więcej było tylko w studiach różnych „ekspertów”, no bo ani nikt tego nie przewidział, ani nie było planów przeciwdziałania, a teorie, które niektórzy wymyślali..., ech, szkoda gadać. Wyłączyłem telewizor przekonany, że muszę się zająć czymś pożytecznym, siedzenie i gapienie się, w tej sytuacji nie rokuje dobrze dla mózgownicy... Poszedłem do większego pokoju - dawno już zamienionego w pracownię wynalazcy. Dla zabicia czasu od lat, właściwe niemal od dzieciństwa, bawiłem się z różnymi wynalazkami... Praca grafika / informatyka w miejscowym wydawnictwie nie była może szczególnie ekskluzywna, ale na skromne dość życie singla i eksperymenty wystarczała aż nadto. No cóż, tak czy siak, praca, zdaje się, odeszła w siną dal. Problem czynszów też raczej znikł... Problemem mógł się okazać natomiast brak prądu, żarcia i wody, bo choć teraz jeszcze wszystko działało, sytuacja w telefonią dawała znać, że jednak nie wszystko gra... Głupotą byłoby wierzyć, że prąd będzie dłużej niż kilka dni, no może tydzień..., podobnie woda. W tym jednym przypadku, mieszkanie na 4 piętrze miało swoje minusy... Prąd to jednak rzecz trzeciorzędna - miałem jednak swój mały generator i dość paliwa na miesiąc - oczywiście przy oszczędnym używaniu. Co do wody, zacząłem od nalewania jej do wszystkich butelek, pojemników i garnków, poza tym miałem trochę zapasów mineralnej dobrych gatunków, ale taką wodę lepiej zatrzymać na lepszą okazję... Żarcia miałem też sporo, dużo zresztą wszelkich długoterminowych konserw, czy żywności suszonej, batonów energetycznych i itp., zatem tym się na razie nie martwiłem. No dobra, ale mimo wszystko warto byłoby zaopatrzyć się lepiej, a poza tym i tak i tak będę musiał w końcu wyjść z domu...
A zombiaki?
Co wiedziałem z TV i sieci?
Zombiaki musiały by mnie pogryźć, lub solidnie opluć, żeby zarazić. Na zarazę nie ma lekarstwa, infekcja zmienia w zombiaka w kilka godzin, więc po ugryzieniu lub zapluciu - dupa blada. Zobmiaki chodzą dość sztywno, nieporadnie, niebezpieczne są tylko w grupie, bo w pojedynkę łatwo je załatwić albo przewrócić i dopiero zaciukać, a grupie zazwyczaj da się uciec. Teoretycznie. Jak widziałem w TV, zombiaki nie miały większej siły niż zdrowi ludzie, ale byli całkiem skuteczni wobec spanikowanych ludzi, zwłaszcza staruszków, kobiet i dzieci… Zabicie zombiaka nie było tak trudne jak na filmach, lecz czy ja kiedyś - poza symulacjami i zabawami w strzelanie farbą..., zabiłem coś większego niż karpia na święta? Właśnie... No cóż, będę musiał przejść ekspresowy kurs ukatrupiania większych stworzeń, lub prędko stanę się jednym z nich... Zacząłem przetrząsać moją graciarnię, wyjmować projekty, przeglądać narzędzia, stroje, itp. Nie udało mi się skonstruować całkowicie kuloodpornego pancerza dla służb porządkowych, ale skoro napastnicy raczej nie używali broni palnej… Ha, ale nadawał się teraz, aż nadto - pancerz z wielowarstwowej tkaniny i tworzyw sztucznych był gotowy, robiony na miarę, dość lekki, na pewno wezmę go na pierwszy rekonesans. Poza tym wypustki na naramiennikach, kołnierz, i hełm trochę podobny do dawnych chroniły kark i szyję - szczególnie od tyłu i z boków. Na twarz nałożę przejrzystą przyłbicę, wzorowaną kształtem na średniowiecznych hełmach, oraz - pod nią, moją maskę z filtrami przeciwpyłowymi, bprzeciw-bakteryjnymi, wyłapującymi też płyny, aerozole..., nałożę ze dwie pary, plus osłonka z tworzywa, powinny razem ochronić mnie także przed opluciem... Zresztą zapasowych osłon miałem pod dostatkiem. Teraz uzbrojenie... No cóż, inaczej niż w serialach grozy na pewno odpadają krótkie noże - za duże ryzyko kontaktu ze śliną... Moją uwagę zwróciły moje dawne eksperymenty płatnerskie, gdy bawiłem się w dostarczanie projektów broni białej dla kolekcjonerów..., a przede wszystkim dawny projekt halabardy. Ostrze miałem prawie ukończone, lecz w obecnej sytuacji chodziło raczej o skuteczność niż postrach... Postanowiłem więc upodobnić to ostrze do obosiecznej kosy - uderzenie z jednej strony przypominałoby cięcie szablą na długim trzonku, a z drugiej kosą... zaostrzę też czubek... Pracując nad halabardą pomyślałem, że muszę mieć jeszcze coś w rodzaju oszczepu, może składaną dzidę, coś, dzięki czemu będę mógł utrzymać zombiaki na dystans nawet wówczas, gdybym stracił halabardę... Taki sprzęt wymaga innego podejścia, zacząłem więc od przeglądu starych wędek... Wyszukałem najdłuższą, a zarazem lekką i sztywną, z mocnego włókna węglowego..., nie teleskop, ale kilku częściową, z częściami połączonymi tak, że nawet złożona, dawała się szybko wyjąć z torby i złożyć, a złączki zapewniały odpowiednią wytrzymałość. Rzemieślnik, który zrobił mi te złączki stwierdził, że prędzej złamie się włókno węglowe, niż one..., cóż, niedługo to sprawdzę... Odczepiłem ostatnią, węższą część, a zamiast niej, dorobiłem bagnet... Mając broń do rażenia na dystans, zająłem się przygotowaniem broni nieco krótszej i... miotającej... Oczyściłem, przeszlifowałem i naoliwiłem dwa najbardziej obiecujące ostrza przygotowane pod fikuśne miecze ozdobne... Kolejne dwie godziny zabrało mi dorobienie do nich dwuręcznych rękojeści - teoretycznie za długich, ale przecież raczej będzie się liczyć się zasięg i potencjalna siła ciosu, fechtowania z zombiakami raczej nie przewidywałem... Spojrzawszy na okno zauważyłem, że znów jest jasno... Ale nie wiedziałem ile czasu będę miał spokój, zatem..., zatem dalej, do pracy. Teraz broń miotająca. W tym przypadku postawiłem na sprzęt kupny... Miałem lekką kuszę sportową i jakieś 10 strzał, mało, ale... No to jeszcze łuk. Krótki, tzw. podwójny, tyle, że z tworzyw sztucznych, spora moc, dobra cięciwa, a właściwie, modą nowoczesnych łuków sportowych trzy cięciwy - by mieć co najmniej trzy opcje strzału i zostało mi jakieś 30 strzał... Broń palna? Niby mam..., ale jest za głośna, może zwrócić uwagę zombiaków. W TV stwierdzili przecież, że sztywni nie widzą, ale słuch mają po przemianie chyba lepszy, niż my... Poza tym amunicja..., kto ją teraz wyprodukuje? Zapewne wkrótce będzie towarem mocno deficytowym. Chyba, że czarny proch, teoretycznie znałem recepturę, ba miałem nawet składniki, formy do kul z ołowiu..., ale to z kolei broń zbyt toporna i jeszcze głośniejsza. Na razie nie będzie przydatna...
Tak, to teraz coś zjem, łyknę kilka drinków i spać, potem obejrzę wiadomości, przygotuję się i wyruszę sprawdzić, co i jak w bloku, w okolicy..., czy mam czego szukać w najbliższych sklepach. Gdy wychodziłem z pracowni usłyszałem nagły ryk odrzutowców - lecących na niskim pułapie, a potem okolicą wstrząsnęła pierwsza z wielu, potężnych eksplozji! Jedna była nawet całkiem bliska, aż zatrzęsły się szyby, a ja o mało nie wlazłem pod stół... Zaa okna zobaczyłem ogromny kłąb dymu nad dachami... Jak gdyby spora bomba rozwaliła właśnie rynek staromiejski..., o Ku..., czyżby zdecydowano się na naloty miast? A może po prostu odkryto tam jakieś duże skupisko zombiaków? Miałem nadzieję, że to jednak to drugie... Czekałem w napięciu kilka minut, ale nalot się nie powtórzył..., no to jednak, najpierw drinki, potem spać...Muszę mieć siły do rekonesansu, a jeśli wojsko chce biegać po mieście, to lepiej, żebym się za bardzo nie wychylał...



C.D.N.









środa, 19 października 2016

Zombi po polsku...

A teraz czas na zabawę z konwencją ostatnio popularną, ale dla odmiany, pisaną ze słowiańskiej perspektywy..., i z góry zaznaczam, cykl parę razy zaskoczy, nie będę się bowiem trzymał kurczowo tego, co wymyślili inni..., choć i jednak czasem nawiązuję do znanych rozwiązań.



 Epizod I


"Samotnik I - Kac”

18 kwietnia, pewnego roku, w każdym razie, w przyszłości...,
niewielkie miasteczko, Województwo Pomorskie, Polska.

Nie wiem co mnie obudziło. Z trudem rozklejałem ciężkie powieki, przekręciłem się na bok i mało brakowało, a od razu puściłbym pawia. Przy pierwszej próbie uniesienia się, ból żelaznymi szczękami zaciskał się na czaszce. Ból był prawie nie do zniesienia, ale przynajmniej przestało mnie mdlić. Ha, przez chwilę nie mogłem sobie nawet przypomnieć, co robiłem poprzedniego dnia.
- pijesz pijesz, krócej żyjesz, głąbie - zamruczałem przez ściśnięte zęby...
Po chwili, gdy zacząłem „przyzwyczajać się” do bólu, ostrożnie, powolutku wstałem i sięgnąłem ręką 
do turystycznej lodóweczki - dawno temu przezornie przeniesionej z kuchni do sypialni... 
Po krytycznej ocenie zawartości wyciągnąłem setkę czystej, odkręciłem i wychyliłem jednym haustem. 
Klin zadziałał jak to klin, gdy tylko ciepło rozlało się po brzuchu, pulsowanie we łbie zelżało, zacząłem myśleć i nawet przestało mi się troić w oczach...
- ufff... - szepnąłem, i tym razem otworzyłem sobie portera. Sącząc piwo małymi łykami, podreptałem do kuchni. Tam, odłożywszy pustą butelkę wyjąłem z większej lodówki zgrzewkę słabszego, czeskiego piwka. Charakterystyczny trzask, syk i już zimny płyn zalewał mi gardło.
- łaaa, to jest smak, ahhh, jak dobrze... - nie mogłem oduczyć się gadania do siebie, choć słowa wypowiedziane na głos potęgowały tylko ciszę i wrażenie pustki. Dopiero, gdy porządnie ugasiłem pragnienie, a pulsujący ból głowy zamienił się w lekki szum w tle, dotarły do mnie krzyki i wrzaski zza okna. Podszedłem i ledwie rzuciwszy okiem zamarłem, wbijając wzrok w pogmatwaną scenę.
Tam zaś - cztery piętra niżej - ludzie biegali po podwórku, krzyczeli, niektórzy walili innych
po głowach czym popadnie, inni przewracali się na siebie, szarpali, zabierali do czegoś więcej, chyba…
- Nie, nie, kurde, śpię jeszcze, albo... - mruczałem sam do siebie.
W celu eliminacji kilku możliwości..., uszczypnąłem się w tyłek.
- Auuu! - w oczach stanęły mi łzy. Ból dupy wzmógł na chwilę ból głowy..., jednak galimatias
na zewnątrz trwał w najlepsze. Dopiero teraz zauważyłem, że część z ludzi na dole jest brudna, obdarta, chodzi dziwnie sztywno. Co więcej, gdy obdarci i brudni próbowali biegać, co i rusz zataczali się i potykali 
o własne nogi. Po chwili prawidłowość stała się oczywista - jakieś 30 brudnych, ubłoconych postaci ganiało po podwórku około 20 osób wyglądających w miarę normalnie, tyle, że ewidentnie spanikowanych, wrzeszczących wniebogłosy.
- Eee? - bąknąłem zaniepokojony... Ledwie trzy dni temu oglądałem 10 odcinek 18 serii amerykańskiego tasiemca grozy, i teraz, w wyobraźni wyraźnie ujrzałem kroczące krzywo, toczone rozkładem zombiaki..., oraz walecznego szeryfa, jego dorosłego już syna i nastoletnią córkę, jak razem z grupą innych zabijaków
z odcinku na odcinek koszą stada truposzy...
Ci na dole nie wyglądali wprawdzie aż tak..., ale zachowanie, sposób, w jaki się poruszali...
Chwilowo niezdolny do innego działania, podreptałem do pokoju i włączyłem TV, odpaliłem też komp. 
W TV działały tylko kanały informacyjne - wszędzie pokazywali z grubsza to samo, jednak już po chwili zrozumiałem, że po prostu „to samo”, rozgrywa się w zadziwiająco wielu miejscach na Ziemi. Wszyscy wyglądający na zdrowych i normalnych biegali w panice i wrzeszczeli, lub próbowali bronić wrzeszczących 
i rozbieganych, a wszyscy wyglądający jak trupki, chodzili sztywno zagryzając co i rusz tak obrońców, wrzeszczących, jak i relacjonujących wszystko dziennikarzy... Byłoby to równie abstrakcyjne jak wspomniany serial, gdyby nie rozgrywało się naprawdę...
Znów zabolał mnie łeb więc wlałem w siebie kolejne piwko - rausz w końcu znieczulił mnie, skutecznie wygasił ostatnie objawy kaca. W końcu mogłem skupić się na wiadomościach. Przez kilka godzin miałem nadzieję na szybkie, a pozytywne stłumienie zagrożenia. Przede wszystkim większość pracowników służb porządkowych kojarzyła zadziwiająco szybko i wkraczając do akcji przeciw obdartusom, nie wahała się używać paralizatorów, pałek i - wkrótce - broni palnej.
Broni używali też zresztą coraz liczniejsi cywile, nagle okazało się, że nie tylko w Stanach ale i w naszym kraju strzelb, karabinów i krótszej broni palnej było znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać...
Od początku uwagę moją zwróciły różnice między filmową fikcją, a rzeczywistością:
wprawdzie zombiaki nie reagowały na postrzały w kończyny, jednak trafieni w korpusy większą ilością lub większym kalibrem pocisków przewracali się i choć umierali zastanawiająco powoli, eliminowało ich to z walki tak samo, jak i trafionych w głowy.
W Rosji, USA, we Francji, służby radziły sobie lepiej niż u nas, ale u nas sytuację zrównoważyło pojawienie się rzesz ludzi ubranych w stroje i uzbrojonych w broń z innej epoki – zabłysły pierwsze kolczugi, półpancerze, hełmy, a zombiaków razić zaczęły miecze, szable, topory bojowe i dzidy, lub bagnety... Wkrótce też ulice zasłały dziesiątki, potem setki ciał zombiaków. Niestety ginęli i cywile, policjanci, rekonstruktorzy, a nawet komandosi..., a wkrótce nie sposób było odróżnić kto kim, bowiem i wśród zombiaków pojawili się ubrani jak komandosi, policjanci, b\widziałem nawet jednego z rekonstruktorów, jak sztywno kroczy w srebrzystej płytowej zbroi...
Ledwie około południa sytuacja zdrowych zaczęła przypominać tę z filmów grozy - zombiaków było po prostu „ciut” za dużo, a poza tym atakowali tłumnie i śmierć jednych, w żaden sposób nie wpływała na zachowanie pozostałych. Poza tym, walczącym w ciągu godziny zabrakło amunicji, a inne rodzaje uzbrojenia, choć nierzadko widowiskowe, skracały znacznie dystans między obrońcami i zombiakami... Przez kilka godzin losy miejskich bitew z zombiakami zdawały się rokować pewne szanse rychłego rozgromienia - bezrozumnego w końcu - wroga. Za oceanem zdrowi także wykazywali się kreatywnością - większą niż w serialach i filmach grozy... Pokazywano zombiaka zarąbanego grabiami, ktoś opędzał się motyką, innemu sztywniakowi z oczodołu wystawała plastikowa ekierka, a jakaś puszysta kobieta z Kanady, ratując dziennikarza, zatłukła zombiaka wałkiem do ciasta...
Niemniej - zwłaszcza w centrum dużych miast - sztywniaków było na pęczki i wciąż zdawali się nadchodzić nowi. Szli, atakowali, nieczuli na ból, bez uczuć, bez zmęczenia... Późnym popołudniem zdrowi byli już w odwrocie. Na tym etapie akcji większa część służb
i aktywnych cywili ograniczyła się już głównie do zaganiania innych ludzi w bezpieczne miejsca, barykadowania wejść sklepów, galerii handlowych i wszelkich innych budynków.
Zmierzch nadszedł niespodziewanie, a noc zastała setki tysięcy ludzi na świecie w bardzo nieciekawej sytuacji...
Wyłączyłem TV godzinę po zmierzchu.
Przecierając twarz, dziwnie otępiały, podszedłem do okna.
Krzyki ucichły, na podwórku nie było żadnego ciała, żadnego zombiaka, nikogo. Zrozumiałem, że muszą zmieniać się szybko, że wszyscy rano zagryzieni, teraz są już... Nie mając nic do roboty, ani nie znajdując siły by dzwonić do przyjaciół, usiadłem przed kompem. Sieć działała sprawnie, choć, jak łatwo sobie wyobrazić, panował w niej totalny chaos. Włączyłem dobrą muzę po czym poszedłem zrobić sobie coś konkretnego do żarcia, a ugasiwszy pierwszy głód, zacząłem zastanawiać się jak do tego doszło, czemu nie zauważyłem niczego nad ranem, wracając z imprezy na mieście? Gdy wysiliłem pamięć napłynęły pierwsze, oderwane od siebie obrazy. Po kilku minutach ujrzałem kilka przerywanych, krótkich „filmów”, hmmm, tak, wracając do domu widziałem wielu idących obok mnie, silnie zataczających się ludzi! Jeśli to byli oni, zombiaki, to czemu żyję? Czyżby uratowało mnie pijaństwo!?
- Hihihihiihiieieihih...., hhh... - zaśmiałem się histerycznie - jeśli obok mnie łaziły zombiaki i żaden mnie nie zaatakował, to jedyne logiczne wyjaśnienie zakrawa na bardzo ponury żart... Ha, sztywniaki musiały w swych móżdżkach kojarzyć i słabo i..., podobnie, jak ja wówczas - gość obok zatacza się, śmierdzi ( w moim przypadku głównie alkoholem ), nie wrzeszczy i nie ucieka, znaczy się - swój chłop... Znów ogarnęła mnie wesołość, ale zaraz stłumiłem ją, zakryłem usta ręką, w końcu, nic w tym śmiesznego... Zresztą, jeśli nawet tak właśnie było, nie wyjaśniało to, skąd się nagle wyroiło tylu tych... Zresztą - pomyślałem wyjątkowo trzeźwo - nawet gdyby moje domniemania były słuszne nie rozwiązywały podstawowego problemu - co dalej?
Tu w domu chyba nie było najgorzej, mocne drzwi, okna na 4 piętrze, daleko poza zasięgiem truposzy... Zapasy - parę dni nie chodziłem do sklepu, zatem - pomyślałem - trzeba sprawdzić jak stoję z żywnością. Po pobieżnym przejrzeniu kuchni stwierdziłem, że oszczędnie gospodarując mam żarcia na dziesięć dni, może dwanaście.
Woda, o tak, mieszkam na czwartym piętrze, bieżącej wody może mi dość szybko zabraknąć. Sprawdziłem przezornie, na razie była. Powyjmowałem wszelkie butelki, słoiki i garnki, miski i itp., i napełniłem je wodą... Paradoksalnie, tylko wódy i piwka miałem spory zapas, zresztą, jak trzeba, mam aparaturę, zrobię sobie bimberek, nie ma sprawy... Spojrzałem na zegar, dochodziła północ...
Znów wyjrzałem przez okno - w okolicy uspokoiło się choć, zdaje się, na obrzeżach podwórka leżało kilka ciał... Wcześniej słyszałem kilka trzasków, jakby wybijanego szkła. Wyglądało, jak by ludzie wyskoczyli przez okno, może zarażeni, może nie, szczerze mówiąc..., nie chciałem o tym myśleć, nie teraz. Otworzyłem szeroko okno - zapach nie należał do przyjemnych - słodkawy, metaliczny, lekko zalatywał zgnilizną, jednak ważniejsze były dla mnie dźwięki - słychać było jakieś odległe syreny, gdzieś kwilił ptak, ale poza tym, panowała przysłowiowa martwa cisza...
Pomyślałem, że można by wyjść na klatkę, sprawdzić, lecz po chwili rozmyśliłem się. Lepiej z mieszkania nie wychodzić, w każdym razie nie, nieuzbrojonym... Drzwi miałem mocne, antywłamaniowe, mieszkanie niedawno połączone z wykupionym mieszkaniem sąsiadów naprzeciwko, zatem na tym piętrze nie było innych ludzi..., chyba, żeby coś weszło po schodach... Poza tym miałem łatwy dostęp na dach - można będzie przekształcić go w niezły punkt obserwacyjny...
Poczułem nagłe zmęczenie, zakręciło mi się w głowie, zapewne mijał pierwszy szok...
Zarazem jednak chciałem zaktualizować informacje, zatem, zamiast zabrać się do jakiejś konstruktywnej roboty otworzyłem barek, nalałem sobie Whisky, dolałem wody, usiadłem w salonie i znów włączyłem TV.
Od razu rzucało się w oczy, że ludzie z mediów zaczęli w końcu myśleć. W każdym razie, podawano kilka ciekawych informacji. Naukowcy - na ile w ogóle dało się prognozować coś w obecnej sytuacji - na podstawie pierwszych obserwacji - ogłaszali, że zmarli na zawały, w szpitalach w których zapanował chaos, albo np., skaczący z dachów samobójcy, nie zmieniali się w zombiaki. Zmieniali się tylko i wyłącznie pogryzieni i to zaledwie po 2-3 godzinach... To ostatnie łatwo było stwierdzić także po zamieszaniu jakie z początku wybuchało, co i rusz, w zamkniętych pomieszczeniach gdzie zgromadziły się większe grupy ludzi, w tym niestety, pogryzieni.
W jednej z galerii handlowych w Wielkiej Brytanii ktoś musiał, jak ja, mieć dostęp do najświeższych danych, zatem jeszcze pod wieczór odizolowano pogryzionych od zdrowych zamykając ich w mniejszych sklepowych boksach. Dopiero teraz można było zobaczyć jak zmieniają się, zaczynają dziwnie poruszać i rzeżąc, skrzecząc, bezrozumnie pchają do drzwi i okien wystawowych... Jeśli ktokolwiek miał jeszcze wątpliwości, obserwowanie tych potworków działało jak przysłowiowe wiadro zimnej wody. Z obserwacji wynikało, że zombiaki po przemianie permanentnie traciły wzrok, kierując się odtąd głównie słuchem i węchem - lecz te zmyły ulegały najwyraźniej, gwałtownemu wzmocnieniu! Poza tym rozważano, czemu epidemia rozpoczęła się niezauważona i to tak nagle, co więcej, niezrozumiałym było, czemu zombiaki atakowały początkowo głównie w dużych i średnich miastach, rzadziej na przedmieściach, a prawie nie było przypadków na wsi... Ten problem na razie musiał pozostać tajemnicą, choć oczywiście pojawiły się pierwsze, na razie mało wiarygodne teorie... Jeden z komentatorów wyraził nawet pogląd, iż być może jakaś organizacja terrorystyczna, po porwaniu pewnej liczby osób, musiała tych ludzi infekować nieznanym czynnikiem biologicznym, a potem rozwiązła po świecie, lecz przecież trudność logistyczna takiego przedsięwzięcia..., na razie komentator został zakrzyczany. Nie było też jeszcze czasu na odpowiednie badania, nie udało się nawet wyizolować czynnika, który powodował zmiany... Za wielkie szczęście - jak by to idiotycznie nie brzmiało - uznano, że choroba powodowała zanik wyższych funkcji mózgu i częściowy paraliż usztywniający obwodowe nerwy, czy mięśnie... Z drugiej strony, zauważano - paradoksalnie trudniej było z zombiakami walczyć - sztywni, kroczący zazwyczaj w masie, nieczuli na ból i drobne zranienia, przypominali żywy, poruszający się i trudny do powstrzymania mur wrogich nam robotów...
Wszyscy eksperci podkreślali z powagą, że są plusy nawet tej sytuacji, bowiem stosunkowo łatwo było zombiakom uciec, albo się przed nimi bronić utrzymując bezpieczny dystans, lub także atakując grupowo, w zorganizowany sposób.
Żachnąłem się na te słowa, przełączyłem na inny kanał...
To ostatnie - ta „zorganizowana obrona” dotyczyła być może wojska, które gdzieniegdzie jeszcze walczyło, ale poza tym..., obserwując poprzednie wysiłki ludzi, mur „robotów” był niepowstrzymany, a to, że dołączali do nich wcześniej pogryzieni... Łatwo było siedzieć w fotelu, w bezpiecznym studiu i pieprzyć takie głodne kawałki do kamery, byle nie dopuścić do siebie prawdy..., a prawda była prosta, nim minie doba, większość ludzi będzie zombiakami, a reszcie odtąd zupełnie przetasuje się życie... Czasy wielkiej cywilizacji, psiamać, właśnie mijają, a ten „ekspert” pierdzieli tak, jak by recenzował film... Tak samo potraktowałem gadanie, że o wiele ważniejsze było, by społeczeństwa nie ogarnęła bezrozumna panika, byśmy się miarę możliwości trzymali w grupach, a przede wszystkim, nie walczyli w pojedynkę z dużymi grupami zombiaków... No kurwa, co oni, mieli ludzi za kompletnych idiotów? Przecież wystarczyło oglądać TV, by zrozumieć, że odpowiedzialni za porządek sami na to wpadli i to też niewiele dało..., poza tym co to znaczy nie wpadać w panikę, gdy idzie na ciebie spełniony w realu koszmar z horroru? Pieprzenie i tyle! Jedyna informacja, która do mnie przemawiała, to prośba, by ludzie zdrowi, wychodząc, ubierali się w jaskrawe barwy, w ramach sygnału: „żyję, jestem zdrowy, niech mnie nikt przypadkiem nie odstrzeli...” Wedle mediów, wkrótce do boju z zombiakami miały być skierowane duże oddziały wojska, komandosów i ciężki sprzęt, w tym lotnictwo..., ale jakoś za bardzo nie napawało mnie to nadzieją... Bo niby czemu wcześniej nie działało wojsko, czemu, do cholery, wśród atakujących już za dnia było sporo mundurowych? Chociaż, kto wie... Byłem jednak pesymistą - trudno walczyć z zombiakami w miastach, nie mogąc używać pełni możliwości najpotężniejszych form uzbrojenia, np., broni masowego rażenia, przynajmniej, nie zabijając przy tym większej części ocalałych - zdrowych ludzi..., a co się dzieje z małymi oddziałami chroniącymi cywili, otoczonymi przez zombiaków..., każdy mógł obejrzeć w ciągu dnia...
Dopiero po głośnym burczeniu w brzuchu zorientowałem się, że minęła już noc i zbliża się ranek, a ja siedzę przed telewizorem i tracę czas na przysłuchiwanie się jałowym dyskursom naukowców, którzy jak zwykle wymądrzali się dopiero po szkodzie... Już miałem wyłączyć TV, kiedy jeden z ekspertów pokazał wyniki wstępnych badań zombiaków. W ich ślinie stwierdzono nieznany typ bakterii nie posiadających typowego DNA, co wskazywało na ich sztuczne pochodzenie, przy czym czynnik chorobotwórczy ograniczał się głównie do śliny i ślinianek, zatem należało uważać by nie zostać pogryzionym lub i... oplutym, przynajmniej, jeśli miało się jakieś otwarte rany, zadrapania.
Złapałem się na tym, że opadają mi powieki, zasypiam siedząc... Wyłączyłem TV. Być może mieli jeszcze coś ważnego do powiedzenia lecz czułem, że muszę się przespać...
C.D.N.

( jeszcze dziś wieczorem epizod 2 )