poniedziałek, 13 listopada 2017

Zombiaki cz. 5 - Artysta / Przemiany.

Artysta...

Podobnie jak większość ludzi, którzy przetrwali pierwsze dni plagi zombi, początek
zwyczajnie przespałem. Poza tym, nie czułem potrzeby - tak typowej dla tanich
horrorów - osobistego sprawdzania czy stwory łażące po ulicy, to aby na pewno nie
jakaś zabawa... Zapewne, nie bez znaczenia był i fakt, iż mieszkałem podówczas
w cichym, niewielkim domku na przedmieściach, odgrodzonym od świata liczącym
sobie 100 lat - wysokim murem z grubej cegły, mocną żeliwną bramą, żywopłotem,
a okna mojej sypialni nie wychodzą na ulicę - nikt zatem nie wiedział, czy dom zajmują
żywi, czy może...

Gdy odpaliłem komputer i obejrzałem sobie, w przerwach na przyrządzanie kolejnych dań,
przebieg pierwszych dni plagi, zrozumiałem, jakim szczęściem był mój żywot.
Nie lubię odwiedzin, jestem samotnikiem, kiedyś mieszkała tu jeszcze jedna pani, ale
dawno znalazła sobie "lepszą partię", i odtąd, oprócz modelek, nie miałem niemal
gości. Także lekka mania zbieractwa i sknerstwa, z pewnością pomogła mi przetrwać - zapasy
w zamrażalkach, własny generator prądu, własna studnia, szafki pełne żarcia czy to
suszonego, czy w przetworach i puszkach, barek pełen napojów..., dawały mi sporo
szans na spokojne przetrwanie paru miesięcy, niezależnie od tego, co dzieje się w okolicy.
Nie wziąłem pod uwagę, że obok zombiaków, przyjdą też szabrownicy...

Och, przyszły i modelki, nie mając się gdzie podziać, albo w szalonej ucieczce,
nie wiedzieć czemu, wybrały właśnie mnie. I tak, z pięciu-sześciu miesięcy
w spokoju, zrobiły się może dwa i to, oszczędzając zapasy. Owszem, obecność
trzech pięknych kobiet nie była mi niemiłą, a ich potrzeba bliskości zaowocowała
nawet czymś w rodzaju mini-haremu..., ale troska o przyszłość zaczęła wdzierać się
w moje, dotąd, mimo wszystko, spokojne życie.

Potem, dwudziestego dnia, wdarli się do mnie dwaj bandyci.
Wraz z dziewczynami zamknąłem się w piwnicy. Nie odkryto nas,
nie szukano, tak naprawdę. Zapasy musiały zaskoczyć obu, nie
zastanawiali się, gdzie gospodarz - ukradli ile mogli unieść,
i uciekli. Byłem jednak pewien, że wrócą.
Cóż. Nie jestem pacyfistą, ani wielkim fanem wojny, ale
mam w domu niezłą kolekcję broni. Białej, dawnej, zamorskiej,
japońskiej ( nie, nie tandetnych podróbek ! ), łuki, kusze,
sporo strzał i bełtów, oraz maszyny do ich wyrobu...
Mam egzotyczne dmuchawki i strzałki, tasery i gazy wszelakie,
w tym w pistoletach, wiatrówki i broń czarno-prochową, wszystko,
w skrócie, co dozwolone prawem... zwłaszcza, jako zbiór na poły
muzealny, artystyczny...

Wybrałem kusze - duży zasięg, wielka moc, szerokie ostrza bełtów,
te, które wziąłem m.in. wielokrotnego strzału - jedna "chińska", , jedna nawet,
z ładownicą bębenkową, jak w rewolwerze i elektrycznym naciągiem.
Przygotowałem przezornie pięć ( naładowanych ) kusz, japońską katanę
i parę starych, inkrustowanych srebrem pistoletów, o kalibrze tego
rozmiaru, że wada starej broni - to, że były jednostrzałowe, w przypadki trafienia,
nie robiła żadnej różnicy = trafiony / zatopiony.

Przyszli następnego dnia. Jedna z dziewczyn, Kasia, zgodziła się wyjść na wabia,
oczywiście, nago..., że niby rozwiesza pranie w sąsiednim ogródku ( wcześniej,
naturalnie, sprawdziliśmy, czy nie ma tam zombiaków... ).
Gdy bandziory przeszły przez płot zauważyłem, że nie są uzbrojeni w broń
palną - a jedynie w maczetę, siekierkę i noże.

Zapatrzeni w nagą Kasię nie zdążyli zareagować. Dawniej może bym ich tylko
przepędził, teraz, z czasie bezprawia i chaosu, nie mogłem. Gdyby wrócili, zwłaszcza
w większej sile, zapewne nie mógłbym liczyć na litość, a i moje dziewczyny...

Albo oni, albo my.

Pierwszego postrzeliłem z kuszy o najmocniejszym naciągu, bełt przeszedł przez tors
bandziora jak przez masło, wbił się jeszcze, blisko w połowie, w mur za ich plecami.
Napastnik nawet nie jęknął, spojrzał tylko w stronę otwartych drzwi, potem na
dziurę w piersi i zwalił się na ziemię.
Drugi sięgnął po maczetę, w drugą rękę chwycił nóż i próbował zbliżyć się do Kasi,
przeczuwając, słusznie, że warto byłoby mieć zakładnika...
Nie zdążył. Bełty drugi i trzeci - wystrzelone z bębenkowej kuszy, choć
o mniejszej mocy, z chrzęstem wbiły się w jego ramię i udo.
Celowałem wprawdzie w tors, ale...
Przewrócił się jęcząc głośno, czym, ku mojemu niezadowoleniu, ściągnął uwagę
kilku łażących po ulicy sztywnych..., ale to musiałem odłożyć na później.
Podszedłem i z odległości kilku kroków, nie słuchając próśb, władowałem w niego
wszystkie pozostałe - 4 bełty. Potem odrzuciłem kuszę, poszedłem do domu,
wróciłem z trzecią - sporej mocy. Ostatni bełt wystrzeliłem z bliska,
z dwóch kroków, niechybnie pakując go w głowę... zombiaka, bo już zaczął
się przemieniać... Widać, musiał być wcześniej ugryziony..., jego kompan leżał
tak, jak padł, nic nie wskazywało, aby był zarażony. I tyle, koniec.
A nie, przepraszam, jeszcze zwłoki - postąpiliśmy z nimi tak, jak dawniej
postępowano - wykonaliśmy wspólnymi siłami głęboki dół i... posadziliśmy na
czarnej, uklepanej ziemi kwiatki.

Poza tym, musiałem wystrzelać z kusz także 5 sztywnych na ulicy, nowi na szczęście
nie przyszli, nie tego dnia... Niemniej, bilans tego starcia nie był tak jednoznaczny,
jak można by pomyśleć. Po podliczeniu co zostało z moich zapasów, doszedłem
do wniosku, że wytrzymamy - siedząc w domu - maksymalnie dwa tygodnie.
Mało. Nawet, jeśli ludzkość podniesie się z tej tragedii, nie nastąpi to w 14 dni...

Jedyne, co mogliśmy zrobić, to solidnie przygotować się do drogi...
Jedliśmy zatem solidnie i pożywnie, by być przygotowanymi do
dłuższych wypadów. Zaczęliśmy przeszukiwać pobliskie domy,
na szczęście wolne od zombiaków - ludzi musieli wyjść rano, i...

Nieważne, rozpaczanie nie mogło nas uratować. Być może,
jeśli przeżyję, opiszę to kiedyś w pamiętnikach, namaluję znaczące
zaangażowane obrazy, ale teraz... Teraz zacząłem ćwiczyć dziewczyny
w strzelaniu z kusz i łuków. To drugie opanowała szybko tylko Kasia,
ponoć w dzieciństwie uwielbiała łuki...

Zbieraliśmy wszystko, co mogło być przydatne. Udało się znaleźć jeden
samochód dostawczy, na chodzie i dość benzyny, gdyby trzeba było uciekać.
Poza tym ubiory - te szyliśmy i konstruowaliśmy tak, by zabezpieczyć się
przed ugryzieniami... Dziewczyny okazały się bardzo pomysłowe...
Broń..., w samochodzie umieściliśmy wszystko, co tylko znalazłem,
nawet tasaki, siekiery, zaostrzoną z boku łopatę i dwa kilofy, oraz sporo noży.
I broń palną, bo nie zamierzałem jej używać bez potrzeby - produkt deficytowy,
a poza tym, czarno prochowa broń była jednak bardziej uniwersalna, niż
nowoczesna - choćby ze względu na produkcję amunicji...

Po tygodniu wyruszyłem na pierwszy rekonesans, sam, dziewczyny musiały pilnować
zapasów i domu... Przerażający był widok opustoszałych ulic, wolnych
teraz od wszystkiego, poza bezpańskimi zwierzętami i trupami..., tymi już, nieruchomymi.
Zombiaki na szczęście nie były nieśmiertelnymi zjawami z amerykańskich seriali,
rozkładały się już tydzień po ostatnim żarciu..., w dwa tygodnie nieruchomiejąc,
sztywniejąc zupełnie, choć, trzeba przyznać, nadal, z bliska, widać było nieznaczne
podrygiwania, chrzęszczące poruszenia palców, ruchy powiek, pod którymi nie
było już oczu...

Nie udało się.

Tak, znalazłem sporo zapasów i dobrą metę w pobliskiej galerii handlowej,
ale nadziałem się też na stadko sztywnych. Całkiem ruchawych.
Choć udało mi się zastrzelić 5, potem 3 zatłuc siekierą i kataną - oczywiście
nie z miejsca - ale uciekając po całej Galerii, po ponad pół-godzinnym wysiłku...
Gdy w końcu osłabłem, a adrenalina nie mogła dłużej sztucznie podtrzymywać
mojej kondycji 45 latka..., potknąłem się i cóż, jeden z dwóch ostatnich mnie ugryzł.
Zabiłem ich, w szale, w ostatnim wysiłku woli, a potem, potem zemdlałem,
z przemęczenia, szoku, a może...

Przemiany...

Odzyskałem przytomność dwie godziny później, zegarek wskazywał, że powinno
się już ściemniać. Dla mnie wszystko było jasne, jaskrawe, wyraziste jak nigdy.
Pomyślałem, że to już, zmieniam się w sztywnego, ale ku swojemu zdziwieniu wstałem
z gracją, lekkością, jakiej nie czułem w sobie od kilkudziesięciu lat...
Spojrzałem w lustrzaną ścianę pobliskiego sklepu, oczy miałem nie pokryte bielmem,
jak u innych sztywnych, ale oleiście czarne, bez źrenic, bez tęczówek i bielma...
A jednak, pomyślałem, zmieniam się.

Ale, inaczej.

Ach tak, dziewczyny przebąkiwały, że wiadomości z ostatnich, funkcjonujących
serwisów internetowych, opowiadały niesamowite historie o potworach i ludziach
z czarnymi oczami, walczącymi z sztywnymi i potworami, ale szczerze pisząc,
brałem to za współczesną, dopasowaną do sytuacji mitologię, opowieści o nowych
super-bohaterach, rodem z pewnej gry i serii filmów akcji...
A jednak, zostałem ugryziony i nie przemieniłem się w sztywniaka, mam czarne oczy,
gładszą skórę i ogólnie czuję się o połowę młodszy...

Ba, widzę w nocy. Wychyliłem się przez okno w jednym ze sklepów - które teraz
obchodziłem sprężystym, szybkim krokiem - widzę gwiazdy, miliony...,
widzę księżyc w nowiu, a tam, to pewnie Jowisz... Wróciłem na korytarz, teraz
słyszałem też jakby lepiej, gdzieś coś zaszeleściło, spojrzałem, kot...
Poczułem..., poczułem coś na kształt rozczarowania... Jakbym wręcz chciał
spotkania ze sztywnym. W końcu zauważyłem jednego, przed wejściem do Galerii,
nie mógł wejść, elektroniczne / automatyczne drzwi nie działały, a normalnych
nie potrafił otworzyć... Nawet nie myśląc co robię wyskoczyłem przed budynek i...

Zabiłem go jednym uderzeniem w głowę, nie, nie kataną, czy siekierą, ręką.
Jestem zatem także szybszy i silniejszy niż..., chyba, niż większość ludzi.
Nie jestem pewien, czy np., kulturysta lub zawodowy zapaśnik - nie rozłożyliby
mnie na czynniki pierwsze - nawet po przemianie której ulegam, ale przy moim
wzroście, masie..., zaskakujące.

Czułem, że to jeszcze nie koniec.

Po pół godzinie marszu, ledwie kilometr od domu, zauważyłem dziwne stworzenie,
jakby 3-4 metrowego jaszczura, przemykającego bokiem, skrajem ulicy.
A więc są i potwory...
Jednak zmierzał w przeciwną stronę i nie zatrzymywałem się, by sprawdzić, czy
nie byłby zainteresowany walką, nie czułem tej samej euforii, co w spotkaniu
z sztywnym, zdaje się, moje instynkty też wyostrzyły się ponad zwykłe ludzkie
odruchy...

Gdy o tym myślałem, nagle wyraźnie poczułem strach jednej z moich towarzyszek.
Byłem daleko, nic nie słyszałem, nie widziałem jeszcze zabudowań, ale czułem...
Potem strach przeszedł w przerażenie i całym mną wstrząsnął dreszcz - tam też był
jakiś potwór, czy taki jak ten, sprzed chwili, czy inny..., zagrażał dziewczynom.

Ściągnąłem z ramienia bębenkową kuszę, w drugą rękę chwyciłem katanę i pobiegłem.
W domu znalazłem się zbyt szybko, nawet, gdybym był 20-latkiem..., przeskoczyłem
przez mur nawet nie zwalniając, czując, że tam, po wylądowaniu, będę miał pole do
popisu. Strzeliłem z kuszy także, nawet nie celując - jeszcze w locie zacząłem
opróżniać magazynek. Gdy wylądowałem na lekko ugiętych nogach, rzuciłem
opróżnioną kuszę przed siebie, znów, nawet nie celując, a potem skoczyłem,
nieprawdopodobnym, pięcio-metrowym susem, zamachując się kataną.
Weszła w jakieś ciało, potem znowu i znowu, potem z całych sił pchnąłem to
co atakowałem w tył, pod ścianę.

Dopiero teraz tak naprawdę przyjrzałem się istocie, z którą walczyłem.
Koszmar..., który właśnie zdychał pod ścianą domu, nie mógł być realny,
a jednak, syczał i gwizdał przerażająco do ostatniego tchnienia.

Minutę później.

Rozejrzałem się po okolicy.

Kasia..., była ranna, stwór niemal odgryzł jej dłoń. Dopadłem jej niemal natychmiast
i nie myśląc wcale, ponownie wiedziony nieznanym mi instynktem, uciąłem jej ramię
tuż pod łokciem. Zawiązałem ranę zdartą z niej spódnicą, i rozpłaszczyłem się na ziemi,
o włos unikając bełtu!

To Gabrysia, najmłodsza z dziewczyn, nie rozpoznając mnie o zmroku strzeliła z kuszy
widząc, jak okaleczam jej koleżankę... Prawidłowa reakcja, ale nie mogłem pozwolić
jej na kolejny strzał, więc gdy sięgnęła po drugą z kusz, skoczyłem.
Dwoma susami dopadłem drzwi, przytrzymałem rękę dziewczyny.
Spojrzała na mnie, poznała, potem zobaczyła czarne oczy, i zemdlała.

Zaniosłem obie do jadalni, przerażona Justysia siedziała za stołem i wodziła po mnie
oczami. Poczekałem aż się uspokoją, no, poza Kasią, której podałem leki i odniosłem
do wspólnej sypialni...
- To ja, nie bójcie się, nie zrobię wam krzywdy, wiem, dziwnie wyglądam, wiem, nie
wierzyłem w opowieści z internetu, ale..., same widziałyście. Potwora też.
- Coś ty zrobił Kasi, ty, ty mutancie pierdolony! - rozwrzeszczała się Justysia...
Znów odczekałem, aż się uspokoi..., przestanie trząść...
- Uratowałem. Tak, nie koś oczkami, to coś, co was napadło, ugryzło ją.
Prawie odgryzło jej dłoń, a ja odciąłem nieco więcej, by zatrzymać zakażenie.
Alternatywą była przemiana Kasi w zombiaka.
- Albo w takiego jak Ty - mutanta!
- Albo, ale ilu widziano dotąd takich jak ja? Może piętnastu, powiedzmy, że jestem
szesnasty. Na całą ludzkość. Powiedzmy, że będzie nas nawet i stu..., i dwa razy tyle
potworów, bo takie są statystyki, ponoć. Jakie jest prawdopodobieństwo, że
zamieniłaby się w mnie, a nie sztywnego, lub... - zawiesiłem głos.
Zrozumiała, nie oponowała..., wstała i poszła do sypialni...
Gabrysia podeszła do mnie, położyła mi rękę na policzku...
- Przyzwyczaimy się, uratowałeś nas. Uratujesz pewnie, jeszcze wiele razy. Teraz,
teraz w to wierzę. Ale dziś śpij tutaj, sam wiesz...
Pokiwałem głową - rozumiem.
Poszła.

Zostałem sam.

Obudziłem się inny.

Czułem - wszystkie emocje przewijające się w głowach dziewczyn.
Słyszałem - nie mogąc, ich ściszone głosy w sypialni.
Rozumiałem każdą reakcję.
Czułem też obecność innych - żywych ludzi, w tym mieście, ale i dalej, i, że są wśród nich
potencjalni myśliwi - tak już o sobie myślałem - oraz i potwory, na tych będzie
trzeba uważać, bo tych stworzeń - przemienionych - już nie wyczuwałem...,
podobnie, jak sztywnych.

Telepatia? Nie wiem, nieważne. Przyjdzie jeszcze czas, na takie rozważania...


C.D.N.